Poezye (Odyniec, 1874)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
POEZYE
ANTONIEGO EDWARDA
ODYŃCA.

WYDANIE CZWARTE
POPRAWNE I POMNOŻONE.

Tom I.

WARSZAWA.
w Drukarni Gazety Lekarskiéj,
ulica Ś-to Krzyzka Nr 1343 (9 nowy).

1874.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 (21) Марта 1874 г.




PRZEDMOWA.



Sie hören nicht die folgende Gesänge,
Die Seelen, denen ich die ersten sang;
Zerstoben ist das freundliche Gedränge,
Verklungen ach! der erste Wiederklang!
Mein Leid ertönt der unbekannten Menge,
Ihr Beifall selbst macht meinem Herzen bang,
Und was sich sonst an meinem Lied erfreuet,
Wenn es noch lebt, irrt in der Welt zerstreuet.

Und mich ergreift ein längst entwöhntes Sehnen
Nach jenem stillen ernsten Geisterreich.

Göthe.
[1]

Gdym piérwsze pieśni, w lat moich zaraniu,
Słał, jak skowronki, nócić swojéj ziemi:
Nadzieja była w starszych pobłażaniu,
Nadzieja była w młodém zaufaniu,
Że wnet dojrzalsze pośpieszą za niemi.

O! i jak świetny był sąd téj starszyzny,
Na któréj wyrok naprzód stanąć miały!
Rycerze, Rajcy, Pasterze ojczyzny,
W podwójnych wieńcach lauru i siwizny,
Obywatelskiéj i śpiewaczéj chwały!

Nowa pieśń drżała przed dawnéj mistrzami,
Lecz ją ośmielał huf braci rowiennéj.
Geniusz w wodzu szedł gwiazdą przed nami;
Byliśmy silni wspólnemi siłami,
Wierzyli w tryumf swéj myśli plemiennéj.


I duch snać wieszczy nie zawiódł w nadziejach.
Aż zbytni zapał, i sztukę zbyt chłodną,
Po krótkich swaru i gwaru kolejach,
W dziedzinie pieśni — jak po stokroć w dziejach —
Miłość złączyła w harmonię zgodną. —

Gdzież dziś to grono mistrzów, towarzyszy,
Ojcowskich sędziów i obrońców bratnich? —
Najbliżsi sercu śpią w grobowéj ciszy;
Reszta rozpierzchła — czyż nawet dosłyszy,
Z ust przyjaciela, głos pieśni — ostatnich?

A wkoło twarze nowe mi i cudze.
Surowszy Czasu sąd i wymagania. —
Pieśni me! losem waszym się nie łudzę.
Nie śmiem ni poledz na waszéj zasłudze,
Ani od młodszych czekać pobłażania. —

Dość przeto będzie gwoli chęci mojéj,
Gdy dźwięk wasz może czyjeś serce wzruszy,
Do wyższych marzeń czyjąś myśl nastroi,
Czyjąś łzę żalu lub tęskność ukoi,
Echem z za świata zabrzmi w czyjéjś duszy. —

A wy, ku którym, okiem łzą zalaném,
Patrzę i tęsknię: duchy moje bliźnie!
Wam serce moje najlepiéj jest znaném:
Wy mi tam dajcie świadectwo przed Panem,
Czym, jak mógł, służył Bogu i Ojczyznie!
1859, Stycznia 26.






Legendy.
ŚWIADEK Ś. STANISŁAWA.



 
Ruch, gwar, strach w całém Krakowie,
Król, dwór, rycerstwo, sędziowie,
Lud cały, wątpią, — azali
Mąż Boży, sługa ołtarzy,
Pasterz, któremu ufali,
Co go już świętym być zwali,
Biskup Stanisław — azali
I on się fałszem nie kali,
Na krzywdę bliźnich nie waży?
Gdy bez pisma, bez dowodu,
Przed sądem się upomina
U możnego mieszczan rodu,
O część pola i ogrodu,
Co wrzkomo u Piotrowina
Kupił — nie pod pałac sobie,
Pod kościół — lecz cóż to znaczy,
Gdy nic, nikt za nim nie świadczy,
A sam Piotrowin już w grobie? —

I oto tłumy ciekawe
Obległy pałac sądowy.
Dziś sąd rozstrzygnie tę sprawę:
Biskup, lub akta umowy
Złoży, lub świadków postawi,
Lub będzie sądzon o napaść. —
Sąd zasiadł — on się nie jawi.
Czas mija — wyrok ma zapaść —
Biskupa nié ma.
Gdzież bawi?

Na Skałce on już od świtu,
W kościele, u stóp ołtarza,
Na zimnych głazach granitu,
Powagę lat i zaszczytu
W pokutniczym prochu tarza.
„Wszechmocny! — woła — Ty widzisz
„Prawdę mą i sprawiedliwość!
„Wiész, że mię wiedzie nie chciwość,
„Że mię nie trwoży zelżywość:
„Że przyjmę, czém mię nawidzisz,
„Że zniosę, gdy mię zawstydzisz,
„Aż jak na nędzę Hioba
„Wejrzysz — gdy ci się podoba!
Lecz wejrzyj, o! Miłosierny!
„Na lud ten dobry i wierny,
„Coś sam méj pieczy powierzył:
„I gdyś Pasterza uderzył,
„Spraw, niech się on zeń nie zgorszy! —
„Skory do wiary, lecz skorszy

„Do posądzenia; on kocha,
„Lecz miłość zmienna czy płocha,
„Lecz zapał jego za lada
„Pozorem ćmi się i spada. —
„Ty znasz go, Panie nad Pany!
„Ten lud Twój nowo-wybrany:
„Jak wespół z dobrém, podziela
„I wszystko złe Izraela:
„I by Twe spełnił zamiary,
„I by nie ściągnął Twéj kary,
„Jak jeden tylko duch wiary
„Wspomódz go może w potrzebie:
„Wiary w Twój Kościół, i w Ciebie! —
„Zbawże go, Ojcze na Niebie!
„Strzeż od zwątpienia! — A jeśli
„Maja mię strącić, jak wznieśli:
„Panie! mnie dotrwać w téj próbie,
„A choćby na mym już grobie,
„Daj chwałę: Prawdzie i Sobie!“ —

Skończył.— Lecz jakaż otucha,
Jaki strach przenikł w nim duszę? —
Porwał się z ziemi, i słucha. —
Lecz wkoło pusto, noc głucha —
On jednak słyszał! — głos Ducha.
I w rozrzewnieniu i skrusze
Poznał, że Pan doń przemówił.
I pełen wiary Mojżesza,
Jak on z Horebu, pośpiesza,
Gdzie już szemrała nań rzesza,
A sąd swój wyrok stanowił.


Wszedł — gwar zamilknął dokoła,
A z oczu jego, a z czoła,
Z postawy całéj, z oblicza,
Tchnie świętość tak tajemnicza,
Tak uroczysta — że w sali
I sąd, i wszyscy powstali,
I cześć ich zdjęła.
On rzecze:
„Przeciw mnie prawo człowiecze,
„Lecz Prawda za mną! — Dowodów
„Nie mam; boć wiecie, śród godów
„Piotrowin zmarł niespodzianie.
„Ale mam świadka, co stanie
„Za mnie, i razem za siebie,
„Świadczyć przed wami wszystkiemi,
„Że jest Bóg żywy na Niebie,
„Bóg wszechmogący na ziemi!“ —

Rzekł — i sam piérwszy po przedzie,
I sąd, i cały lud wiedzie
Na świeży grób Piotrowina.
I — „W imię Ojca i Syna
„I Ducha Świętego“ — rzecze:
„Z grobu twojego, człowiecze!
„Wstań, i świadectwo daj cudem
„Bogu i Prawdzie przed ludem!“ —
Skończył — struchlała gromada.
Ziemia drży — grób się rozpada,
I na mogiły rozłomie
Piotrowin stanął widomie.

I woła: „Biada wam, biada!
„Wy świętéj Prawdy oszczercy!
„Wy cudzéj właści wydziercy!
„Na wstyd wasz i ukaranie
„Umarły z martwych powstanie,
„Aby obaczył świat żywy,
„Że Bóg jest — Bóg sprawiedliwy“ —

Umilkł — a głos ten grobowy,
Jak z chmury grom piorunowy,
Na twarz obalił co żyło. —
A gdy po chwili struchlenia,
Ku górze wznieśli spojrzenia,
Już ani śladu widzenia,
Ani widziadła nie było.
 
Ale na Skałce, w kościele,
Grzmią trąby, kotły, organy.
Sąd, lud, z Biskupem na czele,
Żal swój, cześć, dzięki, wesele,
Idą nieść Panu nad Pany.

I Biskup już u ołtarza
Wzniósł hymn — i lud go powtarza,
Hymn uroczysty, zwycięzki.
A nad nim w górze Anieli,
Co już i przyszłość wiedzieli,
Wzruszeni — ale weseli,
Unoszą wieniec męczeński.
1854.





POKUTNIK.



Ubrany w szaty kościelne,
Z potęgą od nieba wziętą,
Rozgrzeszać ludy śmiertelne,
Papież odprawiał mszę świętą,
Święte rozdawał odpusty.
Lud tłumny zbiegł się z okoła,
Kornemi całując usty
Zimne podłogi kościoła.

Do ziemi spadły kolana,
Cichość osiadła sklepienia,
Gdy Bóg przez usta kapłana
Miał rozlać słowo zbawienia.
Przebóg! lecz jakaż to trwoga
Nagle Pasterza przeraża? —
Z rąk mu krzyż, z obrazem Boga,
Upadł na stopnie ołtarza.

„Nieba! rzekł, cóż to za zbrodzień
Śmie się znajdować tu z wami?
Snąć odpuszczenia niegodzien
Tchem swoim świętość dnia plami.

Serce zamknięte przed skruchą,
Próżną zgryzotą usycha;
Niegodne słyszeć ich ucho,
Słowa zbawienia odpycha.

„Nieszczęsny! zbrodni twych zbytek
Przepełnił miarę szaleństwa.
Wstań, opuść święty przybytek,
Lub się bój mego przeklęstwa!...“ —
Z północnéj przybyły ziemi
Do Rzymu, w nizkiéj pokorze,
Klęczał pomiędzy wiernemi
Pielgrzym, w pokutnym ubiorze.

Lecz nikt go nie znał w tém mieście ;
W samotnéj mieszkał gospodzie,
Przez dni i nocy czterdzieście
Poszcząc o chlebie i wodzie.
Nikt silniéj w pierś nie uderza,
Nikt korniéj nie schyla czoła —
Jednak na słowa Papieża,
Powstał, i wyszedł z kościoła.

I wziąwszy podróżne szaty,
Powracał do kraju swego. —
Szedł, gdzie skaliste Karpaty
Sarmackiéj granicy strzegą,
Gdzie Wisła nurt swój rozwija. —
Zaprawdę, pięknie w tym kraju!
Ale go pielgrzym omija,
Idzie nad brzegi Dunaju.


Idzie na dziką pustynię.
Samotna wiedzie go ścieżka,
W posępną, głuchą jaskinię,
Gdzie obca słońcu noc mieszka.
Miejsce to zewsząd zakryte
Podniebnych modrzewi ciszą;
W górze piorunem rozbite
Czarne się skały kołyszą.

Promień letniego wieczoru
Rumienił wierzchołki Ossy[2],
A dzwonek z wieży klasztoru
Mięszał się z hymnów odgłosy:
Gdy pielgrzym, w smutném milczeniu,
Zważał swój pobyt straszliwy. —
Przed nim, na zimnym kamieniu,
Spoczywał kapłan sędziwy.

„Niechaj cię Chrystus wysłucha,
Rzekł — bogobojny pielgrzymie!
Miéj ufność — grzech zmaże skrucha,
Bóg szczere modlitwy przyjmie.“ —
Głos-li ten strwożył pielgrzyma?
Ogniem spłonęła twarz blada.
Mierzy go długo oczyma,
Lecz nic mu nie odpowiada.

„Wracasz-li z Solimy grodu?“
Rzekł kapłan łagodną mową —

„Masz-li relikwie Wschodu,
Albo gałązkę palmową?... —
— „Nie z świętéj Solimy grodu,
Lecz wracam z Tybru nadbrzeża;
Zamiast relikwii Wschodu,
Niosę przeklęstwo Papieża!“ —

— „Nieszczęsny! nie trać pociechy,
Strzeż się poddawać rozpaczy!
Wyznaj ze skruchą twe grzechy,
Bóg je przezemnie przebaczy.“ —
— „Ktoś ty jest, co chcesz pielgrzyma
Nieszczęśliwego pocieszyć?
Gdy ten, co Nieba klucz trzyma,
Gdy ten mię nie mógł rozgrzeszyć?“ —

— „Nie trwóż się myślami temi;
Z wyższych rozkazów tu dążę.
A wiedz, że co ja na ziemi,
Wszechmocny w Niebie rozwiąże.“ —
Pielgrzym więc, zgiąwszy kolana.
Tak mu swe serce otwiera:
Gdy biała głowa kapłana
Na drżącéj dłoni się wspiera.

— „Czy cię tu, Ojcze, wysłały
Kraje Zachodu, czy Wschodu,
Wiész, kto był Bolesław Śmiały.
Król Sarmackiego narodu.

Chciwy nie łupów, lecz sławy,
Brał, i rozdawał korony:
Lennikom zwierzchnik łaskawy,
Poddanym ojciec lubiony.

„Jam nim jest; — moje to ramię,
Starłszy potęgę dumnego,
Na złotéj Kijowa bramie
Wznowiło razy Chrobrego.
Lecz ach! tam zbytków ponęta,
Ojczyzny głusząc wołanie,
W zgubne ujęła mię pęta. —
Znasz-li ty rozkosz, kapłanie?“ —

— „Piérwszym z Nieba upominków,
Piérwszym jest rozkosz prawdziwa,
Rozkosz, co z dobrych uczynków,
Z pełnienia cnoty wypływa.
Lecz dusz piastunka zdradziecka
Jest rozkosz zmysły mamiąca,
Co zasłoniwszy wzrok dziecka,
W bezdenną przepaść je wtrąca.“ —

— „Ach! tak jest! ona mię pchnęła
W myśli i uczuć zawiłość:
Aż to, co miękkość zaczęła,
Występna skończyła miłość.
Na uciech drzémiący łonie,
Trudne narodem władanie
W pochlebcze zwierzyłem dłonie. —
Ach! znasz ty miłość, kapłanie?“ —


— „Jak w ziemi słońca blask zloty
Obfite kwiaty i żniwa,
Tak w duszy męztwo i cnoty
Rozwija miłość cnotliwa.
Lecz biada, kto ją znieważy!
Straszna się zemsta wykona,
Gdy go przed Bogiem oskarży
Niewinna dusza zgubiona!“ —

— „Kochałem młodą dziewicę,
Niestety! miłością drugą.
Sławni jéj byli rodzice,
Rodem, potęgą, zasługą.
Młodzian dostojny, bogaty
W rycerską chwałę i męztwo,
Liczne do ojców słał swaty.
Prosząc o córkę w małżeństwo.

„I już przy świętéj ofierze
Dłoń ich związali kapłani:
Gdy zbrojni wpadli rycerze,
Z mego rozkazu posłani.
Próżno na kochanka łonie
Tuli twarz łzami zalaną —
Młodzieniec zginął w obronie,
Dziewicę gwałtem porwano.

„Naonczas, w gronie kapłanów,
Stanisław, Biskup Krakowski,
Wobec mych dworzan i panów,
Śmiał mi ogłaszać gniew Boski,

Grozić mi klątwa kościelną!... —
Ach! płomień zawrzał w wulkanie! —
Przysiągłem zemstę śmiertelną. —
Znasz-że ty zemstę, kapłanie?“ —

— „Napój; — kto gniewem spragniony,
Za nektar bierze go snadnie;
Lecz skoro puhar spełniony,
Jad i śmierć tylko w nim na dnie.
— „Ach! tak jest, tak jest, niestety!
Nadto mi tego boleśnie
Dowiodły zgryzot sztylety —
Ale już było niewcześnie!

„Na Skałce, u stóp ołtarzy,
Wskazałem zgubę kapłana.
Trzykroć dłoń płatnych zbrodniarzy
Odparła siła nieznana.
Lecz czegóż przemoc nie dopnie? —
Przypadłem — Ojcze! drżysz cały!—
Przypadłem — a święte stopnie
Krwią się niewinną oblały.

„Między rozpaczą i szałem
Odtąd się życie me wlekło;
Nie śmiałem umrzeć, nie śmiałem
W otwarte rzucić się piekło.
Przeklęstwem ludu ścigany,
Wkrótce dziesiąty rok minie[3],
Jak z króla tułacz wygnany,
W dziką się skryłem jaskinię.


„Tu w piersiach zamknąwszy głosy,
Dnia widzieć nie dałem oku;
Chleb tylko z klasztoru Ossy,
Wodę czerpając ze stoku. —
Pokutowałem — a przecie
Papież mię przeklął! — Kapłanie!
Jest-że kto jeszcze na świecie,
Co grzech mój zgładzić jest w stanie? —

— „Zaprawdę, straszny sąd Pana,
Lecz litość Jego bez końca.
Krew Zbawcy za nas wylana,
To przed Nim grzesznych obrońca.
Jęk twej boleści i skruchy
Usłyszał Sędzia na Niebie;
Przodków i ziomków twych duchy
Ojca błagały za Ciebie.

„I Pan policzył dni twoje.
Żałuj! — lecz strzeż się rozpaczy! —
Jak ja ci chętnie śmierć moję,
Niech ci tak Pan Bóg przebaczy!“ —
Strach Króla przejął głęboko,
Krew ścięła trwoga nieznana;
Wzniósł nagle zdumione oko —
Lecz już nie było kapłana.

Któż on był? — próżne pytanie!
Samże to Stanisław Święty
Opuścił chwały mieszkanie.
Pokutą Króla dotknięty? —

Tego nikt wiedzieć nie może,
Lecz tak przynajmniej Król wierzył.
Nim drugie zabłysło zorze,
Bolesław Śmiały już nie żył.

Choć umarł w żalu i skrusze,
Ani żałobny jęk dzwonu,
Ani modlitwy za duszę.
Nie głosiły króla zgonu.
Człek jakiś w prostej odzieży,
W cichém go pogrzebł ustroniu.
Na grobie jego głaz leży,
Na głazie rycerz na koniu.
1824.





Ś. ANTONI PADEWSKI.



W imię Cesarza, wódz Gibellinów,
Marek Ezzelin urąga z Boga[4].
Synów Kościoła, Italji synów,
Ściga jak zbrodniów, mord i pożoga.


We krwi swych dzieci pływa Werona,
Z Wiczency tyran zdarł stosy łupów;
Drżąca Ferrara, Padwa strwożona.
Żebrząc wołają do swych Biskupów:

„Stróże praw Boskich! ojce Kościoła!
„Za Kościół cierpim, za prawo Boże:
„Gdy już nas bronić głos wasz nie zdoła,
„Niech nam choć cierpieć wzór wasz pomoże!“ —

Lecz nie chcą duszy dać za owczarnię
O samych siebie trwożni Pasterze.
Niemiec w krwi Włoskiéj brodzi bezkarnie,
I lud z rozpaczy zachwiał się w wierze.


A wszakoż biada! kto złych sług winy
Śmie kłaść na Pana, i tém się trwoży! —
Kościół Chrystusow — to nie gmach z gliny,
Nie chór Lewitów — ale Duch Boży!

Duch, Zbawca świata; duch, Pasterz ludu;
Duch, żar Miłości; duch, światło Wiary;
Duch, tchnienie Łaski; duch, siła cudu;
Duch, wieniec krzyża każdéj ofiary!

Kto w tym kościele hołd Panu składa,
Kto w nim za Prawdę poświęca siebie;
W tym Pan na ziemi żyje i włada.
Jak Wszechmogący w Trójcy na Niebie. —

I był mąż taki w Padwie strwożonéj,
Mąż znaczny tylko w gronie klasztorném,
Jak zakon jego między zakony,[5]
Wysokim duchem, sercem pokorném.

Świat dziś i Kościół czczą jego imię,
Ale nikt wonczas nie wiedział o nim.
Obcy we we Włoszech,[6] nieznany w Rzymie,
W Padwie był tylko bratem Antonim.

On jęk usłyszał dzieci Kościoła,
On poczuł świętość stanu kapłana.
On zdał się w duchu na głos Anioła,
Poszedł, i stanął w obec tyrana.


W szatańskiéj grozie gniewu i pychy,
Ezzelin z tronu miotał swe gromy.
Tygrys — a przed nim baranek cichy;
Mocarz — a przed nim mnich nieznajomy.

Czyjaż w tém sprawa, że z ust cichego,
Z ócz pokornego, zagrzmiał i błyska:
Głos, jak grom sadu ostatecznego,
Blask, jako łuna piekieł ogniska;

Gdy uniesiony tchem wyższéj mocy.
Miota na oczy, w krwawéj jasności,
I wszystkie zbrodnie dzikiéj przemocy,
I wszystkie kary strasznéj wieczności?... —

Czyja w tém sprawa — że tyran hardy,
Zamiast zapłonąć gniewem zawziętym,
Zamiast w proch zetrzeć sprawcę swéj wzgardy.
Sam na twarz z tronu upadł przed Świętym?

I jako żmija grotem przebita,
U stóp się jego czołga i wije;
Całuje obów, za ręce chwyta,
Pasek szat jego wiąże na szyję?.. —

„Wiedź mię, wiedź na nim!“ — z rozpaczą woła —
„Wiedź do pokuty! pojednaj z Bogiem! —
„Gdybym wprzód takich znał sług Kościoła,
„Bóg mię i Kościół nie zwałby wrogiem!“ —






Bóg, świat i Kościół woła do xięży:
„Idźcie w ślad za nim! bądźcie takiemi!
„A Prawda przez was piekło zwycięży,
„I tryumfować będzie na ziemi!“ —
1854.





Ś. GENOWEFA.

Patronka Paryża.

(Podanie z r. 541).



Gniew Pański nad światem się sroży.
Attila, król Hunnów, bicz Boży,
Połowę już ziemi krwią zalał,
I Franków najechał granice.
Narodzie! coś bujał i szalał,
I krzyż, jak swych bożyszcz świątnice,
Zbluźniwszy i sercem i usty,
W świat tylko uwierzył widomy!
Lutecyo![7] grodzie rozpusty!
Nad tobą już ogień Sodomy!
Attila poprzysiągł twą zgubę,
I wydał sąd ognia i miecza.

Nie ufaj w sił swoich rachubę,
Nie zbawi cię siła człowiecza! —
Ten chyba, coć zesłał tę chwile,
Pan świata i mocarz mocarzy,
Obaczy czy cnoty masz tyle,
Że szalę twych grzechów przeważy! —





Jak w głębi mórz koncha miotana
Falami o skały brzeg twardy,
Jest w tobie gromadka wybrana,
Cel twego szyderstwa i wzgardy.

Gromadka to krzyża czcicieli,
Co w lochach ukryta bez wieści,
Stroniła twych biesiad, — lecz dzieli
Żałobę i kielich boleści.

A jako w ciemnościach poczęta,
W blask perła się w konsze rozświeca,
Tak w gronie jej czysta i święta
Zakwitła cudowna dziewica.

Genowefa było jéj miano.
Wdzięk lica zdumiewał patrzących:
Lecz wdzięk ten i imię li znano
W świątyni i w progu płaczących. —

Na Forum się rada zebrała,
W niej mądrość, powaga i władza;
Jej uznać i wybrać — co chwała,
Co miasta pożytek doradza.


„Do broni! — rzekł młodzian — dłoń nasza
Nawykła do rzutu piorunów! —
Jak wicher obłoki rozprasza,
Rozproszym niesforny tłum Hunnów!“ —

A na to najstarszy z starszyzny:
— „Dość z męztwa u świata, już słyniem:
A jakaż ztąd korzyść ojczyzny,
Że wszystko utracim i zginiem?

„Mnogości nam wroga nie sprostać! —
Więc nim nas tu w gruzach zagrzebie,
Ocalmy się z miasta, by zostać
Ku przyszłej ojczyzny potrzebie!“ —

I rada na zdania się dzieli. —
Wtem okrzyk się podniósł, i wzrasta.
Prowadząc niewieści chór w bieli,
Na Forum wstępuje niewiasta.

Jéj postać, jéj piękność dziewicza,
Rajskiemu podobna zjawieniu,
A jakoby światło z oblicza.
Blask dziwny goreje w spójrzeniu.

„Ziomkowie! o! biada wam, biada!
Źle radzi wasz zapał i trwoga.
Zuchwałość ni podłość nie nada!
Nie wroga się bójcie, lecz Boga!

„Wróg tylko jest Jego narzędziem,
Gniew Jego rozbrójmy kajaniem! —

My z wami tu błagać Go będziem,
Lub same choć bez was zostaniem.“ —

— „I ktoś ty? zuchwała, szalona!“
Krzyknęli i rajcy i tłuszcza.
„Toś ty jest złowieszczka natchniona
Téj władzy, co klęski dopuszcza?...

„Ha! bądźże więc pierwszą ofiarą
Twojemu dzikiemu bożyszczu! —
On przez cię zagraża nam karą,
Ty nieś mu odpowiedź na zgliszczu!“ —

I zgraja śród przeklęstw odgłosu,
Jak dzikie zwierzęta w arenie —
Ci kłody ztaczają do stosu,
Ci dłoń uzbroili w kamienie.

A ona spokojna i śmiała,
Wzrok w Niebo podniosła, i czeka. —
Lecz czemuż się zgraja wstrzymała?
Co znaczą te głosy zdaleka?

Tłum nowy na Forum się tłoczy .—
I oto zzjajany od trudu,
Śród tłumu sędziwy mąż kroczy —
To German! to ojciec, mistrz ludu!

To kapłan téj wiary ściganej,
Na którą pogaństwo się miota! —
Lecz nawet pomiędzy pogany
Wié każdy, że German — to cnota;


To każdej boleści pociecha,
To każdej słabości obrona! —
Wkrąg niego radosne brzmią echa,
I wściekłość zamilkła szalona.

On słyszy co zaszło, i rzecze:
„Ziomkowie! skrzywdziliście Świętą! —
Nie było w tem dzieło człowiecze.
Że przyjść ją tu ku wam natchnięto.
 
„Ziomkowie! Bóg który ją zsyła,
Nic nigdy nie czyni daremno.
Jest prawdą, co ona mówiła,
Słuchajcież, i wierzcie wraz ze mną!“ —

I w głosie świętego kapłana
Powionął jakgdyby duch Boży. —
Przed chwilą wściekłością pijana.
Gromada się kruszy i korzy.

I radna starszyzna wraz z ludem,
Dziewicę wkrąg ze czcią okala. —
A ona: „Widzicie, jak cudem
„Bóg w Nim ufających ocala!“ —

Płacz głośny się rozległ po tłumie,
I wszyscy w ślad niewiast, co przy niéj,
Pokutni, niepomni o dumie,
Hołd Panu złożyli w świątyni.






Lecz przed kim, o! Panie! twa wola
Zasłonę tajemnic uchyli:
Kto zmiękczył dzikiego gniew króla?
Kto zmienił zamiary Attili?

Że miasto mijając pokorne,
Ku drugim wiódł hordy najemne,
W proch burząc i łupiąc oporne,
A w pień wycinając nikczemne? —

Lutecyo! lecz biada ci, biada!
Gdy wzgardzisz znów Bogiem i żalem! —
Bóg czeka — lecz straszny sąd spada
Na Babilon i Jeruzalem.
1870.





Z ŻYCIA Ś. FRANCISZKA Z ASSYŻU:



I.

WILK.



Onego czasu, mąż, sługa Boski,
Święty Franciszek, po ziemi Włoskiéj
Chodząc i ucząc, z wioski do wioski,
Obaczył w jednéj niewiast gromadę,
Zebranych tłumnie jakby na radę,
A w twarzach wszystkich boleść wyryta:
A więc przystąpił ku nim i pyta.
„Ach! ojcze! — z płaczem niewiasty rzekły —
Bóg nas pokarał; — zwierz jakiś wściekły
Zjawił się w górach, i codzień wpada,
Nie już na nasze trzody i stada,
Których nie śmiemy puszczać na paszę:
Lecz na nas samych, na dzieci nasze!
I już kilkoro porwał w dzień biały. —

Niczém na niego oszczep i strzały!
Najśmielsi, co się spotkać z nim śmieli,
Albo uciekli, albo zginęli.
„Dziś więc mężowie nasi obławą
Poszli, by ścigać bestyę krwawą,
I na ich powrót my tu czekamy.“ —

Ledwie skończyły — hałas u bramy
Dał znać, że łowcy wrócili z łowów.
Ale śród dzikich skał i parowów,
Próżno śledzili kryjówki wroga. —
Więc po staremu boleść i trwoga
Wybuchły niewiast jękiem i łkaniem.

Widząc to Święty, z ubolewaniem
Rzekł: “Bracia moi! wyznajcie szczerze.
Czy nim Bóg na was nasłał to zwierzę,
Nikt z was i nigdy przedtem nikomu
Nie zrobił krzywdy, w polu czy w domu:
Czy to przez jaki podstęp zdradziecki,
Czy to przez napaść lub gwałt zbójecki?“ —
Na to pytanie, stojący kołem
Jedni na drugich spojrzeli społem,
I nastąpiło milczenie głuche.
Święty zgadł winę — ale i skruchę.
A więc rzekł znowu: „Bracia i siostry!
Miecz kary Bożej ciężki i ostry,
I przeciw niemu nie ma puklerza.
Ziemski wasz oręż nie zwalczy zwierza;
Sam płacz i jęki Nieba nie wzruszą.
Ale pojmijcie sercem i duszą:

Za co spaść na was mogła ta plaga,
I czego po was Bóg się domaga?
A wtedy wierzcie Jego dobroci,
Że wam złe nawet w dobro obróci..“ —

Rzekł — oni wszyscy padli na twarze.
„Ojcze! my grzeszni; Bóg słusznie karze!
Żal i poprawce ślubujem sami,
Lecz ty, ty Święty, módl się za nami!“ —

Święty się wzruszył, i snąć w milczeniu
Modlił się myślą; — aż jak w natchnieniu
Zawołał „Bądźcie dobréj otuchy!
Grom w ręku Pana gaszą łzy skruchy;
Pokora grzesznych, jest ich puklerzem.
„Ja sam się za was spotkam ze zwierzem.
Co będzie daléj — nie umiem dociec.
Lecz Bóg jest wszystkich i Pan i Ojciec,
W Nim złóżcie ufność — On was pocieszy!“ —

I błogosławiąc struchlałej rzeszy.
Mimo jéj przestróg, próśb, rad, i zgrozy,
Święty sam poszedł w dzikie wąwozy,
Gdy się już słońce skryło za góry,
A głąb ich zaległ cień ich ponury.

Straszna to była noc dla mieszkańców!
Każdy przy świetle lamp czy kagańców,
Trwał na modlitwie, w domu zamknięty.
Lecz nikt nie wiedział, co pocznie Święty,
Nikt nie śmiał myśléć, co się z nim stanie? —


O! i Ty tylko, Wszechmocny Panie!
Ty wiesz, przez jaki cud Twego ducha,
Gdy człowiek Ciebie, świat jego słucha ;
I jak Twój wierny sługa z Assyżu,
W ubóstwie tylko, w pracy i krzyżu,
Sam naśladując Cię — ze zdumieniem
Posiadł snąć Twoje moc na stworzeniem,
I wznowił w sobie ów sojusz święty,
Co łączył w Raju ludzi z zwierzęty:
Gdy zwierz w człowieka twarzy ojcowskiéj
Cził i miłował obraz Twój Boski,
I pod opiekę jego się cisnął! —

Noc przeminęła — i dzień zabłysnął;
Święty nie wraca.— We łzach i trwodze
Tłum go znów cały czeka na drodze,
Każdy miotany wnętrzną zgryzotą. —

Wtém słychać z wiatrem śpiew — psalm — i oto
Widzą go, widzą! — Lecz dziw nad dziwy!
ów dziki potwór, ów zwierz straszliwy.
Jak pies, jak jagnię, z karkiem ugiętym,
Ślad w ślad, tuż z tyłu, idzie za Świętym,
Jakby się wstydził i bał zarazem.

Tłum oniemiały skamieniał głazem.
Głos w ustach, w piersiach zamarło tchnienie. —
Aż Święty piérwszy przerwał milczenie,
I przeżegnawszy, tak do nich powie:

„Siostry niewiasty! bracia mężowie!
Brat wilk — to mówiąc wskazał na zwierzę —
Przyszedł tu z wami zawrzeć przymierze.
Zna on i czuje w czem wam zawinił! —
A więc przebaczcie złe, co uczynił!
Nigdy on odtąd już nie zapragnie
Napaść na żadną owce lub jagnię,
I jak sam przy mnie śmiało tu stoi.
Tak niech go odtąd nikt się nie boi! —

„Lecz że jak każde stworzenie Boże,
On téż bez jadła zostać nie może,
Wy więc dlań wzajem wspólnie musicie
Obmyśléć sposób i koszt na życie,
I niech mi każdy dłoń na to poda.“ —
— „Zgoda! — krzyknęli radośnie — zgoda!“
I głaskać zwierza jęło wnet kilku.

A Święty znowu rzekł: „Bracie wilku!
Słyszysz? Nie zbędzie tobie na niczem.
Lecz ty mi także przed ich obliczem
Daj znak, że wzajem stwierdzasz umowę.“ —
Na to zwierz kornie pochylił głowę,
I jakby głosem żalu i trwogi,
Skomląc, Świętemu przypełzł do nogi,
A pogłaskany dłonią łaskawą.
Sam na niéj złożył nogę swą prawą. —

Płacz i śmiech razem powstał śród ludu:
Śmieszy ich widok, wzrusza moc cudu.
Aż wszyscy razem, jak zwierz przed chwilą,
U stóp Świętego kolana chylą;

Głośne wyznania, śluby, ofiary,
Świadczą żarliwość skruchy i wiary.
Aż głos ich wszystkich, w chór jeden zlany,
Wzniósł hymn dziękczynny Panu nad Pany.

I od téj chwili ludzie i zwierzę
Chowali wiernie wspólne przymierze.
Wilk, gość codzienny każdéj gospody,
W polu i w domu sam strzegł ich trzody,
I ku zabawie dziatwy wioskowéj,
Służył ochoczo jak pies domowy.

Toć gdy żyć przestał po latach kilku,
Ludzie płakali po bracie-wilku.
Bo przezeń każdy, sam w głębi siebie.
Czuł moc i miłość Ojca na Niebie,
I czcił w nim pamięć Świętego, który
Wiarą pokonał prawa natury,
I stanął, w obec świata i wieku.
Cudem potęgi — ducha w człowieku.
1868





II.
TURKAWKI.


Onego czasu, Franciszek święty
Spotkał młodzieńca — a ten w zamkniętéj
Klatce, jak w kojcu, turkawki niesie.
A tak ich mnogo nałowił w lesie,
Że niebożątka, w niewoli długiéj.
Drżące, stulone jedna przy drugiéj,
Widać musiały cierpieć okrutnie:
Bo tak gruchały smutnie, pokutnie,
Jakby duch z czysca ratunku wolał.
Święty zaledwo łzy wstrzymać zdołał,
Tak mu się nagle żal ich zrobiło.
Bo choć on kochał wszystko, co żyło.
Nad wszystkie jednak stworzenia inne
Lubił turkawki: ciche, niewinne.
A tak nadobne i słabe razem.
Że mu dusz czystych były obrazem,
Co choć im Pan Bóg dał lot i skrzydła,
Najłatwiéj dają ująć się w sidła.
A potém jęczą w grzesznej niedoli,
Aż je pokuta i żal wyzwoli.

Święty więc zaszedł drogę, i rzecze:
„Pan Jezus z tobą, młody człowiecze!
Co myślisz z temi ptaszęty robić?“ —
— „A cóż innego miałbym, jak pobić,
Lub przedać komu — jeśli je płacą?“ —

Nasz Święty nie miał kupić ich za co.
Westchnął więc w duchu, i znów przemówił:
„Powiédz mi, proszę, jakżeś je łowił?“ —
— „W sidła, na wabik. — Bo powiém Ojcu,
Że te tak niby zbiednione w kojcu,
Niechby je tylko popuścić trochę,
Wnetby znów były śmiałe i płoche,
Jak — jak już widać Bóg postanowił,
Aby je każdy kto chce, to łowił.“ —

Ale tu Święty zagadnął znowu:
„Jakiż jest sposób owego łowu?“ —
— „E! najłatwiejszy! Naprzód po trochu
Sypie się ziarna pszenicy, grochu.
Co lśni zdaleka, a tak migota
Jak białe perły, lub ziarnka złota.
Nad tem się wiesza sieć — lecz tak składnie,
By jéj nie dojrzeć piérwéj, aż spadnie.
Potém się zręcznie skrywszy na stronę,
Dość już jest umieć gruchać jak one.
To byle tylko poczekać nieco.
Jedna za drugą oślep wnet lecą.
A ja — jak która wpadnie już w sidła,
Zaraz jej wiążę nogi i skrzydła,
By u nóg moich czekała nowéj.

„Lecz już mię w końcu nudzą te łowy.
I bylem pozbył tych — byle za co,
Chcę jakąś lepszą zająć się pracą. —“

— „Słusznie — rzekł Święty — słusznie, młodzianie!

Ale poczekaj, spójrz tylko na nie!
I czyż ci nie żal nieść je pod noże? —
Słabeć to, prawda, stworzenia Boże!
Lecz przeto właśnie, że siły słabéj,
Bóg dał im taki wdzięk i powaby,
By je przed krzywdą silniejszych bronić. —
Patrz, jak to oczko zda się łzę ronić!
Patrz na te ruchy główki i szyi.
Istna powiewność smukłych lilii!
Sam już ich nawet głos tajemniczy
Zdaje się tylko żebrzeć słodyczy.
A gdy z wysoka w lot która grucha.
Czyż to nie obraz Świętego Ducha? —
I nieraz przez to, w niejednem łonie,
Czysty, niebieski ogień zapłonie.
I myśl za niemi wzięci do góry.
„Biadaż więc temu, biada mu! który,
Mięszając Boży porządek świata.
Słabość pokrzywdza, wdziękiem pomiata!...
Wszechmocny pomści za słabe ptaszę.
Boć i turkawki są siostry nasze,
A kto o Ojcu w nich zapomina,
Ojciec w nim wzajem zapomni syna.“ —


Święty to mówił z takiém wzruszeniem,
Że młodzian, jakby wosk przed płomieniem,
Miękczył się, topniał, w żal, w łzy — aż wreście
Łkając zawołał: „Weźcie je, weźcie!
Wszystkie za darmo!— róbcie co chcecie! —
Jam się chciał tylko bawić na świecie,
Lecz nie wiedziałem, że to grzech taki!“ —

Święty co prędzéj rozpętał ptaki,
I do młodzieńca rzekł: „Miły synu!
Nie pożałujesz dobrego czynu,
Żeś się okrutnej wyrzekł zabawki!“ —
A do turkawek: „Siostry turkawki!
A wam-że nie wstyd, na lada ziarno,
Na piérwszą lepszą przynętę marną,
Lecieć tak oślep, z takim pośpiechem?
Dać się tak łudzić kłamaném echem?...
„Toć gdy brat szczery szuka was wiosną,
Czyż będzie gruchał tak wciąż, tak głośno? —
Nie! on się ozwie zrzadka i zcicha;
On nie was woła, lecz ku wam wzdycha.
Gdy nazbyt jęczy, nazbyt wykrzyka,
O! to już pewnie wabik ptasznika! —
„Niechże przynajmniéj, miłe ptaszątka!
Z nieszczęścia dla was będzie pamiątka,
Byście uchodząc ponęt i siatek,
Szukały sobie gniazdek — nie klatek.
A w nich, z wybranym po woli Bożéj,
Niech się wasz piękny ród coraz mnoży,
By być pod niebem, jak i pod strzechą,
Światu ozdobą, ludziom pociechą!“ —


Skończył — lecz one, czy topojmując
Z głosu myśl słowa; czy sił nie czując:
Choć rozwiązane, jeszcze nie śmiały
Próbować lotu, i tak siedziały,
Jak w skwar czekając kropli napoju.

Święty zrozumiał: „Lećcież w pokoju!“ —
Rzekł, i znak krzyża zrobił nad niemi ... —
Wnet wszystkie razem furkły od ziemi, —
Lecz na powietrzu, zwinąwszy lotem.
Zawisły nad nim, jak piór namiotem,
Ważąc się na swych skrzydłach rozpiętycli.
Jak chór aniołków w obrazach Świętych. —

Cześć i zdumienie zdjęły młodziana.
Kornie przed Świętym padł na kolana,
I sam oblókłszy suknię zakonu,
Jak syn mu wiernie służył do zgonu.

A zaś turkawki, w pobliskim gaju.
Gnieżdżąc się, mnożąc, śmiało jak w raju,
Same z swém całém plemieniem nowém,
Z dzikich się stały ptastwem domowém.
1868





III.

JASKÓŁKI.



Święty Franciszek kazał raz w polu.
Lud stał skupiony w wielkiém półkolu,
Lud, co go wszędzie z czcią, i pokorą
Witał i słuchał; — lecz było sporo
Pomiędzy ludem i takich, którzy,
Jak Faryzejscy niegdyś doktorzy,
Hardzi z nauki, pyszni z rozumu,
Wyszli téż z miasta, za śladem tłumu,
Aby usłyszeć — nie słowo Boże,
Lecz coś w tem słowie, przez coby może
Zawiść ich mogła nabyć oręża
Przeciwko chwale świętego męża.

Święty się wcale nie troszczył o to.
Co czuł i wierzył, mówił z prostotą.
Lecz sam posłuszny natchnieniom ducha,
Jakby przenikał, kto i jak słucha,

Nie myśląc nad tém, treść słów swych nieraz
Stosował właśnie k'temu. —
Lecz teraz,
Cobądź miał mówić z razu: — jaskółki,
Jak przed odlotem zebrane w półki —
Czy to za ludźmi? czy na pogodę?
Czy to zwabione przez blizką wodę?
Czy zły duch może wzbudził je raczéj,
Jak zwykł na ziemi wzbudzać krzykaczy,
Aby zagłuszyć: czy radę zdrową,
Czy dobrą sławię, czy święte słowo? —
Dość, że się takie jaskółek stado,
Po nad zebraną ludu gromadą.
Wzdłuż, wszerz zwijając kręconym lotem.
Tak zagłuszało głos swym świegotem.
Że nikt Świętego słyszeć nie zdołał.

Święty więc podniósł dłoń i zawołał:
„Siostry jaskółki! na imię Pana!
Proszę was, zmilczcie!— Pieśń na to dana,
By czy to w waszym, czy w naszym rodzie,
Być ku czci Pana, nie ku jéj szkodzie.
A żeście dość Go wielbiły pieniem,
Więc go uczcijcie teraz — milczeniem!“ —

Skończył — i oto, cud niepojęty!
Nowy ruch powstał między ptaszęty,
Znać jedna drugiéj podaje hasło.
Aż jakby światło, co nagle zgasło.
Szczebiot ich ustał:— i w ciszy głuchéj,
Słychać już tylko skrzydeł ich ruchy,

Gdy na gałęziach drzew nad pagórkiem.
Jedna przy drugiej siadały sznurkiem:
Jakby różańca czarne kaliwa
Nizała w rzędy ręka cierpliwa;
Jak gdyby rzesza słuchaczów nowa
Przybyła słuchać Bożego słowa. —

I duch w Świętego wstąpił z wysoka.
Zapłonął w duszy, zajaśniał z oka,
I jak blask słońca w zwierciadłach fali.
Odbił się w duszach tych, co słuchali.

„Bracia i siostry! ptaki i ludzie!
Co ludzkie słowo przy Bożym cudzie?
Lecz cud ten mówi, co słowo może,
Rzeczone z wiarą, a w imię Boże.

„Błogosławionaż ziemia ta, w któréj
Brzmi takie słowo natchnione z góry!
Błogosławione usta i uszy,
Co je podają do serc i duszy!
A w sercach przed niem, zawiść i pycha,
Jak gwar tych ptasząt, kornie ucicha;
A dusza przez nie uczci i pojmie
Prawdę i Miłość — szczęścia rękojmie! —

„Lecz biada, biada, i trzykroć biada!
Gdzie jak złowrogich ptaków gromada:
Chełpliwa próżność, szydercza zawiść,
Złośliwa potwarz, gorzka nienawiść,
Prawdę i miłość w słowie zagłuszą!

Bo gdzie ich światło zgaśnie nad duszą,
Tam ciemnych myśli spory i swary
Uciszy chyba — grom Bożéj kary. —

„O! Bóg was uchroń przed temi gromy,
I wasze serca, i wasze domy!
O! bracia moi! i wy, co macie
W ustach dar słowa! i co słuchacie! —

„Mówca niech bada sądu sumienia :
Z jakiego ducha jakie natchnienia?
Jaki plon wzrośnie z jakiego siewu?
I jakie echo z jakiego śpiewu? —

„W słuchaczach naprzód rozum niech baczy,
Za Apostołów nie brać krzykaczy,
A potem zamknąć przystęp ku sercom,
Wiary bluźniercom, braci oszczercom! —

Wtedy, jak nocne ptastwo przed zorzą,
Zmilkną i pierzchną przed Prawdą Bożą,
A Słowo Pańskie śród was zagości
Bożym Zakonem bratniéj miłości.“
1868





POLICZEK X. SKARGI.
DO X. JANA MARKIEWICZA.



Sługo stateczny w Winnicy Pańskiéj!
Ty snać najlepiéj, z xiąg i żywota,
Wiész, jako pycha złości szatańskiéj
Na Chrześcijańskie męże się miota.

I jak cudowna potęga Krzyża
W słów ich prostocie Prawdę objawia;
Przez ich pokorę harde uniża,
Przez krew jednego — narody zbawia.

Lecz jeślić kiedy krzywda od ludzi
Boleśnie ludzkiém sercem zatarga,
Niech i w téj drodze w ślad swój cię budzi
Święty twój u nas poprzednik — Skarga.[8]



Kacerstwo, jak burza, jak potop, z obczyzny
Lunęło od Warty do Dźwiny.

Szał, w masce rozumu, sum warząc trucizny,
Truł niemi kraj, domy, rodziny.

I naród serc bratnich rozpadł się na wrogów,
Języki przybrały ostrz mieczy;
Ten mędrzec — kto nowych przyniesie zkądś bogów,
Ten rycerz — kto Kościół kaleczy.

Lecz byli i wtedy Rycerze–Wyznawcy,
Lecz byli i Mędrcy–Prorocy,
Co w Duchu a Prawdzie krzyż nieśli w ślad Zbawcy.
W Nim tylko szukąjąc pomocy.

Bo jakażby ludzka potęga i siła.
Bo jakażby mądrość od ludzi,
Zdołała na Litwie zmódz wpływ Radziwiłła,
Lub wpływ Chodkiewicza na Żmudzi? —

Z nich hardość potęgi, z nich krnąbrność swawoli,
Z nich upór kacerstwo natężył;
Powstali nad Kościół, nad prawa, nad króli —
Bóg jednak — lecz przez co zwyciężył?



Po Wilnie, w Zapusty, ulice, gospody,
Brzmią gwarem, pieśniami, i śmiechem;
l pałac Hetmana, i dwór Wojewody
Kapeli rozlega się echem.

Lecz głośniéj nad panów, nad ludu wesele,
Brzmią klątwy i groźby kacerzy,
Na synów Lojoli, co właśnie w kościele
Chór wiodą nieszpornych pacierzy.

Na mówcę–zuchwalca, co właśnie z ambony
Ich sidła wykrywa i targa;
Uczony, serdeczny, ognisty, natchniony,
Kochany od ludu — Piotr Skarga.

Bo w czynach, jak w słowach, on ludu wiernego
Mistrz, rajca, opiekun, pośrednik;
On wsparcie słabego, pociecha smutnego,
On umierających spowiednik! —

I prosto z ambony szedł zaraz wezwany
Do chorych, w ubogim szpitalu;
I wracał — gdy tańcem i winem rozgrzany
Tłum młodzi rozjeżdżał się z balu.

Spotkali, poznali — Ślepowron na czele,
Arcy–kacerz z głowy i z serca,
Wprzód uczeń sekt wszystkich, dziś w kłótni z wszystkiemi,
Chrztu, Trójcy i Zbawcy bluźnierca! —

Jak wybuch płomienia, na widok kapłana
Gniew myśli i krew w nim zapalił.
Spiął konia, by zdeptać; — lecz mędrszy od pana
Koń wspiął się — i na wznak obalił.

Cud zbawił szaleńca: — lecz jawna moc cudu
W niewiernym złość tylko rozżarza.
Poskoczył — i w obec kościoła i ludu,
Kapłana policzkiem znieważa! —

Struchleli widzowie — a w duszy Wyznawcy
I radość, i boleść, i trwoga!

On, sługa szczęśliwy! ucierpiał dla Zbawcy!
Lecz brat zgrzeszył — a kara nań sroga!... —

I zaraz nazajutrz sąd zasiadł do sprawy.
Czyn jawny — są świadki, jest prawo.
Napastnik ma pozbyć szlachectwa i sławy.
Świętokradzca stracić dłoń prawą.

I któż go obroni? — Z wspólnictwa bojaźni —
Odbiegli go wodze kacerzy;
Gród cały, lud cały domaga się kaźni,
Lub sam sprawiedliwość wymierzy! —

Zamknięto namowy, i wyrok gotowy,
Podpisać — i sprawa u końca. —
Wtém blady z pośpiechu, do izby sądowéj
Wszedł Skarga — winnego obrońca!

Obrońca bliźniego — człowieka, nie czynu.
Czyn sprośny u Boga i ludzi.
Lecz dość go przypisać nie sercu, lecz winu,
A litość, nie zemstę obudzi.

„Sędziowie!“ — rzekł wreście, łez tłumiąc strumienie;
„Na Boga! na straszny sąd świata!
„Na myśl mą, na serce, na moje sumienie
„Nie kładźcie mi, proszę, krwi brata!

„Bo sąd wasz surowy zabije nas obu.
„Z nim razem — jak Pan Bóg na Niebie!
„W pustyni, w jaskini, żyw zstąpię do grobu,
„Pokutnik za jego i siebie.“ —

Nie było sędziego, nie było słuchacza.
By wzruszon wzruszeniem okolném,
Nie wołał: „Przebaczmy! Bóg przezeń przebacza!“ —
Sąd powstał — i więzień był wolnym.

Był wolnym — lecz wstydu i zgryzot katusze
Sumieniem targały dopóty,
Aż grzesznik zmiękczony, w pokorze i skrusze,
Padł na twarz przed tronem pokuty.

I jakby cud Boży duch Litwy ożywił,
Tysiącom przodkując z okoła,
Jan–Karol Chodkiewicz, Sierotka Radziwiłł,
Wrócili do Matki–Kościoła.
1868





MEMENTO MORI.
(Z życia Papieża Piusa VII).



W Rzymie — znużon zgiełkiem świata,
Ochłonąwszy z żądz zapału.
Młodzian, dworak, dyplomata,
Stanął u konfessjonału.

I raz piérwszy, śród wyznania
Tajni serca, skruchą zdjęty,
Poczuł rozkosz zaufania,
Poczuł urok Prawdy świętéj.

I jak na blask rannéj zorzy
Ptak budzący się z uśpienia.
Dusza jego, na głos Boży,
Zatęskniła do zbawienia.

„Ojcze! — rzekł — ty mi wskaż drogę!
Iść nią czuję chęć i męztwo;
Lecz wprzód osądź, co znieść mogę,
Bym nie wpadł w nieposłuszeństwo.“ —

— „W modlitwie duszy otucha;
To droga prosta i jedna,
Co cię wprowadzi w świat ducha,
I światło Łaski ci zjedna.“ —

— „Ach, ojcze! urzędów tyle,
Tyle mi pracy nadano.
Że ledwo mogę mieć chwilę
Na pacierz w wieczór i rano.“ —

— „W ciele największa pokusa,
Co nas odwraca od Boga.
Post za przykładem Chrystusa,
Najlepszy oręż na wroga.“ —

— „Niestety! ojcze! me ciało.
Służąc swej żądzy zepsutej,
Tak już swe siły stargało,
Że tej nie zniesie pokuty.“ —

— „Jeśli wymówka nie próżna,
Synu! toć sposób jedyny
Został ci jeszcze — Jałmużna.
Jałmużną odkup twe winy“. —

— „Biada mi, ojcze! z próżności
Tylem roztrwonił i dłużny,
Że choć na pozór pan włości,
Sam żyję z króla jałmużny.“ —

—„Ha! gdy wiec siły nie starczą
Na dzieła czynnych cnót ducha,
Niechże ci będą choć tarczą
Bierne: Pokora i Skrucha.

„Ilekroć będziesz miał porę,
Sam w siebie wnikaj tajemnie,
Budź skruchę: — a przez pokorę,
Przyjm upominek odemnie.“ —

Rzekł, i twarz kryjąc w kapturze,
Ku klęczącemu, przez kraty,
Dłonią znaczącą krzyż w górze,
Podał mu pierścień bogaty:

Pierścień w oprawie żałobnéj,
Z obrazem trumny, na któréj.
Jakoby napis nagrobny,
Czerniało: „Memento mori.“

„Noś go — rzekł — a ile razy
Wzrok twój z myślą, czy niepomnie,
Zwróci się na te wyrazy,
Powtórz je — i wspomnij o mnie!“ —

Penitent pełen zdumienia.
Biorąc pamiątkę tak drogą,
Rzekł: „Spełniam twoje życzenia,
Lecz niech wiem przecie od kogo?“ —

— „Teraz nie! — lecz od téj chwili
Za rok, w świątyni téj saméj,
Przyjdź! — a gdy duch mię nie myli,
Bliżéj się wzajem poznamy.“ —

Penitent odszedł, odjechał
Do kraju swego i pana;
Lecz pomniał, i nie zaniechał
Rad pobożnego kapłana.

I coraz częściéj w pierścieniu
Topiąc wzrok, dumał o życiu.
Aż w myśli, w sercu, w sumieniu,
Głos jego poczuł w odbiciu.

I w rok o téjże godzinie,
Jak mu mąż święty powiedział,
Wstąpił w tęż samą świątynię. —
Kapłan już w miéjscu swém siedział.

„Ojcze! tyś zbawił mą duszę,
Talizman dałeś mi z Nieba. —
Poczuwszy że umrzeć muszę,
Pojąłem na co żyć trzeba.

„I wszystko nagle, jak cudem,
Postać swą dla mnie zmieniło. —
Odkąd mi wielkość jest trudem,
Modlitwa stała się siłą.

„Kto jak cień idzie za ciałem,
Cień tylko w duszy mu roście. —
Odkąd treść ducha poznałem.
Karm’ ducha znajduję w poście.

„W drodze do górnych przybytków,
Wstręt budzi świata blask próżny. —
Zdeptawszy w sercu chęć zbytków,
Poznaję rozkosz jałmużny.

„Wszystko to, ojcze! twe dzieło.
Bóg dał, żem z rad twych skorzystał.
Serce me w grób się zamknęło,
Lecz duch mój we mnie zmartwychwstał!“

— „Synu! — rzekł kapłan z wzruszeniem —
Serce mię moje nie zwiodło. —
Bóg cię zaręczył pierścieniem,
Ślubu z nim teraz przyjm godło!

„Bo grunt mądrości — jest trwoga.
Co śmierć i wieczność w nas budzi;
Szczyt — miłość krzyża dla Boga,
Co na nim umarł za ludzi.“ —

Tak mówił kapłan, i razem,
Z błogosławieństwem nad skronią,
Krzyż z Zbawiciela obrazem,
Sędziwą podał mu dłonią.

— „Ktoś ty jest, ojcze! przez litość! —
Zawołał młodzian — ty, który
Serc, i snać Nieba znasz skrytość?“ —
Kapłan twarz wznosząc do góry:

— „Sługa sług — rzekł mu po cichu —
Przyjaciel ojca twojego.“ —
Młodzian padł na twarz — bo w mnichu
Poznał Piusa Siódmego.
1854





DWAJ PRZYJACIELE.
DO X. JOACHIMA DĘBIŃSKIEGO.



Oby mi dano głos, co jak grom budzi!
Oby mi dano myśl, co jak blask słońca
Świeci i pali! — wtedybym do ludzi
Wołał, i gromił, i błagał bez końca:

„O! bracia moi! to jedno pomnijcie,
Że każdy z siebie jest cień, proch — a przecię,
Bóg za każdego z was oddał swe życie,
I przez każdego chce działać na świecie.

„Żeście tak nędzni, i tak wielcy razem,
Że jak spaść niżéj od wszelkiego tworu,
Tak być ludzkości i Boga obrazem
Może z was każdy — i ma moc wyboru.

„Lecz wasza cnota, mądrość, wasza siła,
Tak są w was tylko, jako światłość w oku,
Co nie zeń wyszła, ale w nie wstąpiła;
I płyną przez was, jak woda w potoku.

„Zaprusz źdźbłem oko — światło się wnet ciemi;
Woda wnet wyjdzie z zasutego łoża.
Tak gaśnie cnota, gdzie sie grzech rozplemi;
Tak pełnych siebie, opuszcza moc Boża.

„I najsilniejszych czeka los Samsona:
W pętach mleć będą dla swéj duszy wroga. —
A zaś dzieł Boskich ten tylko dokona,
Kto służąc Bogu, siłę czerpie z Boga!“ —

Obyśmyż, bracia! ja sam i wy drudzy,
Czując to w sercu, pełnili w przykładzie! —
Tymczasem niech nas uczy przykład cudzy.

Przed wieki, w mieście hiszpańskiém, Grenadzie
Było dwóch młodych przyjaciół. Od szkoły,
Rowienni wiekiem, choć zdolnością różni.
Myśli i serca złączyli wespoły
Jako dwaj bracia; i obaj pobożni
Przywdzieli razem sukienkę zakonną.
Jeden z nich, silny pojęciem światowém,
Bogaty pracą w naukę przestronną.
Służyć chciał Bogu swém piórem i słowem.
Drugi, rad czując wyższość w przyjacielu,
Świadom i siły i zamiarów jego,
Wspierać go tylko w tej drodze do celu
Wziął za powinność i cel życia swego.
I obumarły sam sobie i światu.
Gdy ów wciąż skarby wiedzy swej pomnażał,
On najtrudniejsze z prac nowicyatu
Pełniąc zań, w świętą pokorę się wdrażał.

Lecz ta ofiara z siebie i pokora
Nie uszły oczu bacznego starszeństwa;
I ledwo kapłan — na urząd Przeora,
Nie chciał — lecz musiał jechać z posłuszeństwa.
I z przyjacielem rozstał się w Grenadzie.
Rozstał się z żalem — ale i z pociechą,
Bo już z ambony i w bratniej gromadzie
Szerzyć się jęło chwały jego echo.
A sam wżdy pomny: że kto się uniża,
Ten rośnie w Panu; — w nowem gronie bratniém,
Przodkując tylko w twardej drodze krzyża,
Zresztą i czuł się, i chciał być ostatnim.
I z najniższemi, i z najuboższemi
Była społeczność jego; pod ich strzechę,
Czém miał, szedł codzień podzielać się z niemi,
Lub niósł duchowną radę i pociechę.
I z kazalnicy, nie troszcząc się wcale
O krasomówczy wdzięk słowa i płynność,
Im tylko pragnął dać czuć zrozumiale
Wolę w nich Boską, a ludzką powinność.
Lecz duch był w słowach — i on w jego trzodzie
Mnożył obfitość zbawiennego plonu.
Aż wieść cnót jego, szerząc się w narodzie,
Doszła nakoniec do Rzymu i tronu.

I oto nagle, jakoby cios gromu,
Spadła nań wola Króla i Papieża,
By on, mnich, z rządzcy ubogiego domu.
Szedł zasiąść w Bradze tron Arcy–Pasterza.

Próżno się wzbraniał — próżno u podnóży
Tronu i w Rzymie wyzwolenia błagał.
Zdał się nakoniec na sąd woli Bożej,
Wziął ciężkie jarzmo — i Bóg go wspomagał.

A był to właśnie wiek, gdy z krajów innych
I tam zawiała zaraza kacerstwa,
A sąd krzewiących ją, albo jéj winnych,
Wola praw zdała na władzę Pasterstwa.
I on sąd czynił; — lecz kaźni i kary
W wyrokach jego stolicy nie było.
Bóg dał mu siłę Miłości i Wiary,
On błąd i upór zwyciężał tą siłą.

Aż dnia jednego — odstępca, bluźnierca,
Zuchwały w mowie, niehamowny w złości,
Stawion był przed nim: — to brat jego serca!
To ów przyjaciel dni jego młodości!... —
Lata minęły, jak zniknął bez wieści. —
Ledwo go poznał w Chrystusowym zdrajcy,
Porwał się z tronu, i z jękiem boleści.
On sędzia, upadł na pierś winowajcy, —
Alić — o! zgrozo! — ten, zamiast wzruszenia,
Zgrzytnął nań z gniewu, i z rozpaczą wściekłą:
„Ha! — krzyknął — wrogu mego przeznaczenia!
„Kończ dzieło twoje, i potrać mię w piekło! —
„Bom po to przyszedł, abyś ty mię zabił,
„Jako zabiłeś życie moje całe! —
„Wiém, po coś pierwszy do nauk mię wabił,
„Po coś mi wróżył tryumfy i chwałę! —

„Czułeś ma wyższość, taiłeś twą zawiść —
„Aleś ty wiedział, że w twym mniszym stanie,
„Każda myśl wyższa obudza nienawiść,
„A każdy wolny duch — prześladowanie.
„Wzmogłeś mi serce i pchnąłeś na trudy,
„Bym zginął w walce z waszą chytrą władzą;
„A sam popełzłeś drogami obłudy,
„Co jedne u was do władzy prowadzą!...
„Lecz ducha mego jarzmo nie ugięło,
„Pęta niewoli silny zerwał jeniec. —
„Tryumfuj teraz, i kończ twoje dzieło!
„Tyś Arcy–Biskup! — a ja, potępieniec!“ —

Struchlał mąż Boży — a ten cios morderczy
Nazbyt głęboko dosiągł tkliwéj duszy.
Upadł jak martwy; — a kacerz bluźnierczy
W więzieniu czekał wyroku katuszy.

I czekał długo. — Wieści się rozniosły
O tém, co zaszło. — Lud dziwił się zwłoce.
Biskup rozsyłał to listy, to posły,
na modlitwie trawił dni i noce.

Aż pożądana z Rzymu i od tronu
Wieść przyszła, kojąc niepokój i bole:
Papież pozwolił wrócić do zakonu.
Król losy więźnia zdał na jego wolę. —

I wnet prysnęły rygle i kajdany.
I już nie Sędzia, nie Pasterz — lecz raczéj

Sam jak pokutnik, włosieniem odziany,
Mąż święty stanął przed synem rozpaczy.
I nie w objęcia — ale do stóp jego
Rzucił się płacząc: „Bracie mój!“ zawołał:
„Przebacz mi powód zgorszenia twojego!
„Nikt cię, nikt więcéj miłować nie zdołał,
„Nikt cię miłować nie zdoła nademnie! —
„Zgrzeszyłem nie chcąc — lecz tyś mię naprawił! —
„Bracie mój! obyż Bóg raczył wzajemnie
„Zmiękczyć cię przez mię — i obu nas zbawił!“ —

Tak wołał Święty: — a grzesznik zdumiony.
Śledził go długo spojrzeniem badaczém.
Łamał się z sobą — aż przezwyciężony
Zakrył twarz dłońmi, i wybuchnął płaczem.

I była chwila — jakiéj nie wypowie
Nikt ze śmiertelnych — nawet gdy doświadcza.
Bo w niej nie ludzie, lecz się Aniołowie
Radują w ludziach — gdy im Bóg przebacza. —

I blask tej chwili, na pasmo lat długich,
W myśli grzesznika, padł jak łuną jasną.
W czém dotąd tylko widział winę drugich,
We wszystkiém teraz poczuł winę własną.
I żal tak wezbrał w sercu i sumieniu.
Że nie już tylko przed zbawcą i bratem.
Że nie już tylko w samotném więzieniu.
Lecz grzech swój wyznać chciał przed całym światem,
I sam się jawnéj dopraszał pokuty.

Ale mąż święty rzekł: „Bracie mój miły!
„Nie kuś sam siebie! — by czyjeś wyrzuty
„Zbyt świeżych jeszcze ran nie obraziły,
„Lub byś sam przez to nie gonił za chwałą. —
„Bo znam, znam dzieje twojego zawodu.
„Serce twe czyste było — i zostało,
„Lecz cię upoił dym sławy za młodu. —
„Z słów twych, mniemałeś, że czują moc ducha;
„Chciałeś być wodzem dusz, co je wielbiły.
„A sąd ich tylko był z oka i z ucha!
„Chcąc je wznieść wyżéj, trwoniłeś twe siły,
„I na ich wiarę uwierzyłeś w siebie. —
„Czuli błąd starsi — i w tém byli czyści.
„Lecz że chcąc karcić, nie kochali ciebie:
„Tyś ich powinność kładł na karb zawiści.
„I raz nawykły do szerokich granic,
„Gdzieś duch twój naprzód rozsnuł i natężył,
„Każdąś już mniejszą powinność miał za nic.
„Zrzuciłeś krzyż twój — i czart cię zwyciężył! —

„Krzyża więc teraz wspólnemi ramiony
„Jąć się nam, bracie! — On moc czarta zwalczy,
„On cel nam wskaże! — Oto pogrążony
„W ciemnocie Maurów naród bałwochwalczy.
„Tam pójdźmy, bracie! tam walk naszych z wrogiem
„Nie skazi żaden wzgląd chwały znikoméj! —
„A ten czyn tylko jest Anioł przed Bogiem,
„Co jak on ludziom służy niewidomy.“ —

I poszli. — Spytasz, Ojcze Joachimie!
Kto oni? jaki owoc ich odwagi? —
Bóg snąć za okup wziął grzesznika imię. —
Święty zwan w dziejach — Bartłomiejem z Bragi.
1854





RZEŹBIARZ.
DO DEOTYMY.



Onego czasu, w pewném włoskiem mieście.
Żył rzeźbiarz — słynny z cnót swych i nauki.
Gonił za chwałą — aż syt jej nareście.
Pojął cel wyższy i życia, i sztuki.

Pojął, że talent tak jest dany z Nieba,
Jak wszelka siła, i jak sam dar życia:
A komu dany, temu już go trzeba
Użyć, i Dawcy zdać sprawę z użycia.

Bo czy kto, mając, w ziemię go zagrzebie,
Czy źle obróci, czy roztrwoni marnie.
Czy wsławić przezeń zechce tylko siebie:
Grzech równy — równie nie ujdzie bezkarnie.

Ale, o! Panie! jakże go mam użyć,
By mi się nie stał źródłem potępienia?
Jak przezeń godnie Tobie Bogu służyć —
Ja proch — przez dzieła z gliny i kamienia?

„Ty sam wskaż drogę myśli méj i dłótu!
Ja tylko mogę — i ślubuję Tobie —
Prócz Ciebie nie tknąć innego przedmiotu,
Pracować tylko ku świątyń ozdobie.“ —

Tak się mistrz modlił w chwili uniesienia,
I wbrew ponętom ziemskiéj czci i złota,
Chrystusa tylko krzyż, śmierć i cierpienia.
Wziął za jedyny cel myśli i dłóta.

I próżno możni wielbiciele sztuki
Arcydzieł jego żądali z okoła:
Żadnego, przysiągł, nie przedać, dopóki
Ktoś ich nie przyjdzie nabyć dla kościoła.

Ale tymczasem dni, lata mijały,
A nikt ich nie brał ku świątyń ozdobie.
Mistrz bez zasobów, czując zmierzch swéj chwały,
Cierpiał — lecz dotrwał, i kruszył się w próbie.

Aż raz, gdy serca poskromić nie zdołał.
Miotany między rozpaczą i wiarą,
Padł na kolana, i łkając zawołał:
„Panie! dla czego gardzisz mą ofiarą?“ —

A wtém myśl nagła, jak odpowiedź Boża,
Jak głos wewnętrzny, w duszy mu przemknęła:
„Patrz na twój podpis u dzieł twych podnóża!
Sobieś, czy Bogu poświęcił te dzieła? —

„Czyżeś pracując nad Zbawcy obrazem,
Pozbył w swém sercu wszelkiej chluby próżnéj? —
Czyżeś sam raczéj nie myślał, zarazem
Słynąć jak sztukmistrz i jak mąż pobożny?“... —

Strwożon tym głosem, mistrz spytał sumienia.
I wstyd mu ogniem zapłonął na czole. —
Więc by korzystać z łaski upomnienia,
Szukał ustronia — i wybiegł na pole. —

Aż gdzie dwie drogi krzyżują się społem,
Postrzega starca: — on łzami zalany,
Na drżących barkach, z uchyloném czołem,
Dźwiga sam jeden, krzyż prosty, drewniany.

Mistrz się pokwapił ku wsparciu wieśniaka,
I cel ofiary zgadł z jego powieści:
Bóg mu odebrał syna jedynaka,
On święci Bogu krzyż swojéj boleści. —

Wzruszył się rzeźbiarz — i wkrótce w téj włości
Dziw stał się wielki i okrzyk wesela:
Na krzyżu zawisł, przecudnéj piękności,
Konającego obraz Zbawiciela.

Zbiegło się zewsząd tysiącami ludu:
Żywy duch Boży czują w martwém drzewie;
Dzielą ból Zbawcy — wielbią sprawcę cudu —
Lecz kto on? — człowiek, czy Anioł? — nikt nie wie. —

Aż dnia jednego, jak pielgrzym, tamtędy,
Pan jeden możny z nad brzegów Dunaju,
Powracał z Rzymu: gdzie, gładząc swe błędy,
Ślubował Bogu wznieść kościół w swym kraju.

Ujrzał figurę — i nagłą czcią zdjęty,
Pytać wnet począł o biegłym rzeźbiarzu,
Coby powtórzył wizerunek święty,
By go postawić na wielkim ołtarzu.

Wskazano mistrza: — a pan, gdy obaczył
W pracowni jego arcydzieła dłóta,
Pojął skazówkę, co mu Bóg dać raczył.
Zapragnął wszystkich — choć na wagę złota.

Mistrz się nie drożył — i tylko jedyny
Dał mu warunek, pod słowem sumienia:
Że, choć pytany, nie mówiąc przyczyny,
Przed nikim jego nie wspomni imienia.

A sam, za cenę dzieł swoich, przy krzyżu,
Na jaki stało, dom Boży założył,
I w samotności osiadłszy w pobliżu,
Wielbił w nim Pana — aż dnia śmierci dożył.

Ale nim umarł, ujrzał przy skonaniu,
Mąż w bieli stanął przed nim, i powiada:
„Jam pisarz księgi O Naśladowaniu
„Chrystusa;“ — ktom był? świat napróżno bada[9].

„Pan mi ją natchnął — jam się wyrzekł siebie. —
„Pójdź! równa mojej czeka cię zapłata:
„Pan ci da w duchu czuć i widzieć w Niebie
„Skutki dzieł twoich — aż do końca świata.“ —




Ilekroć myśli o sztuce i Niebie
Zbiegną się we mnie, w marzeniu czy w rymie,
O! Deotymo! zaraz mi twe imię
Wschodzi na pamięć: — bo wierzę, że z ciebie
Stanie wzór w dziejach duchowego życia,
Jak natchnień z góry, tak i ich użycia,
I że zeń jaśniéj, niż z mędrców nauki,
Uznawszy źródło — pojmiemy cel sztuki.
1854.





WIENIEC ŁASKI.
Z HERDERA.



Nie w bezczynnych, choć świętych dumaniach,
Nie w dumnych, choć pobożnych badaniach,
Bóg Zbawiciel nasz sobie podoba;
Lecz w ochoczém czynieniu dobrego,
Lecz w pokornéj usłudze bliźniego,
Chrześcijańska jest moc i ozdoba.

Proteryusz, w swej celi zamknięty,
Ufał w sobie, że mądry i święty,
Bo się modli i w myślach zacieka:
Nad cudowną Taboru jasnością.
Nad niebieską Aniołów czystością,
I nad ziemskiém skażeniem człowieka.

Raz gdy dumał i modlił się długo,
Sen go zdjął; — we śnie Anioł promienny
Stanął przed nim, i rzekł mu: „Idź, sługo!
Do klasztoru zakonnic Taweny.[10]

„Tam obaczysz kochaną, od Nieba,
„Wieńcem Łaski za życia ozdobną;
„Z niéj się naucz, co czynić potrzeba,
„By wysłużyć nagrodę podobną.“ —

Proteryusz szedł w drogę z pośpiechem,
Poprzedzony świętości swéj chwałą. —
Ze czcią go i z radości uśmiechem
U drzwi grono zakonnic spotkało,
Sama matka, z wszystkiemi siostrami.
A on rzekł: „Bóg mi do was przyjść kazał.
„Lecz gdzież jest — że nie widzę jéj z wami —
„Ta, co Aniół w widzeniu mi wskazał?“ —
— „Tuśmy wszystkie“ — odrzekła Wielebna —
„Jedna tylko została, jak widzę,
„Nie tak siostra, jak raczéj służebna,
„Wpół warjatka — za którą się wstydzę.
„Wprawdzie pełna jest chęci usłużnych,
„Najpodlejszą się pracą nie brzydzi:
„Wieczna sługa każdego z podróżnych,
„Choćby byli poganie lub żydzi.
„Stąd wnosimy, że jest obłąkana. —
„Nikt z niéj słowa wyciągnąć nie zdoła;
„Robi wszystko — lecz milczy jak ściana.
„Przytém zawsze szczęśliwa, wesoła,
„A co dziwna, że wtedy najbardziéj,
„Jeśli nią kto pomiata lub gardzi.“ —

— „Niech ją ujrzę!“ — rzekł gość. — Zawołano.
Porfiryta — to było jéj miano —

Zbliżyła się zmuszona — i z trwogą
Przed spójrzeniem obcego się chroni. —
Odzież miała służebną, ubogą,
Wązką tylko przepaskę na skroni.

Gdy ją ujrzał — wnet padł na kolana
Proteryusz: — bo z ócz i z oblicza,
Zgadł, że w niéj to jest mu zwiastowana,
Cześć, pokora i świętość dziewicza.
„Błogosław mi, ty święta!“ — zawoła —
„Ty pełna błogosławieństw i Łaski!“ —

Ledwie rzekł — z jéj ubogiéj przepaski
Blask promienny wyniknął dokoła. —
Wszystkie siostry upadły na twarze.
„Ach! przebacz mi, że z ciebie szydziłam!“ —
— „Ach proś za mną! niech Bóg mnie nie karze,
„Żem cię lżyła; że tobą gardziłam!“ —
— „Że cię nieraz, by drugim dogodzić,
„Wbrew sumieniu — Wielebna wyrzekła —
„Ukarałam! — Mów, jak mam nagrodzić?“ —

Porfiryta tymczasem uciekła. —

Te ich słowa, ta cześć ich niezwykła,
Zdały jéj się bluźnierstwem i grzechem. —
I widziano, jak biegła z pośpiechem,
Lecz nikt nie wié gdzie poszła, gdzie znikła —
Nikt nie doszedł, gdzie żyjąc umarła. —

Ale w duszy świętego człowieka
Pamięć jéj się na wieki nie starła. —
I ilekroć się w myślach zacieka:
Nad cudowną Taboru jasnością,
Nad niebieską Aniołów czystością,
I nad ziemskiém skażeniem człowieka:
Porfiryta mu w oczach stawała,
Jak ją widział — uboga i skromna,
Pogardzona, milcząca, nieśmiała,
Sługa wszystkich, na siebie niepomna.
Stała przed nim w służebnéj odzieży,
Uwieńczona promienną przepaską. —
Święty poznał, co czynić należy,
By zajaśnieć zasługą i Łaską. —
1834.





PACIERZE.
(Z POWIEŚCI GMINNEJ).


Des Herzens Andacht hebt sich frey zu Gott,
Das Wort ist todt — der Glaube macht lebendig.
SCHILLER.

Modlitwy serca Bóg zawsze wysłucha,
Słowo jest martwe — Wiara żywi ducha.




O! jak jest piękny widok jeziora,
W letnią pogodę i ciszę,
Kiedy je zlekka powiew wieczora
Jak do snu, zda się, kołysze!

O! jak się wdzięcznie głuchy szum fali
W uchu patrzących rozlega,
Gdy błękitniejąc w mglistéj oddali,
Powoli mdleje u brzega! —

Taką się niebo śmiało pogodą,
Taki tchnął urok wieczora,
Gdy raz sędziwy kapłan nad wodą
Cichego jechał jeziora.

Ostatni brzeżek dziennéj pochodni
Już się za szczyty gór schował,
I blady tylko odblask zachodni
Spokojne wody malował.

Wzniósłszy wzrok w niebo, kapłan pobożny
Świętemi zważał myślami:
Jak ten być musi dobry, wielmożny,
Kto niebo zasiał gwiazdami!

Kto wiedzie słońca ogniste biegi,
I blady księżyc koleją;
Kto nalał morza w głębokie brzegi,
Z których się wyprzeć nie śmieją!

Czyją się sprawą ziemia zieleni,
Dzień świeci, czernieją noce;
Kto kwiaty wiośnie, kto dał jesieni
Ziarna i słodkie owoce!

Za czyjém „stań się!“ wszystko się stało.
Kto wolą swoją świat stworzył!...—
Tak dumał kapłan, i myśl zdumiałą
Przed Wszechmogącym ukorzył.

A gdy znów oczy zwracał na wodę,
Nagle nad brzegiem, w uboczy,
Widzi wieśniaka — a ten przez kłodę
To skoczy, to znów przeskoczy.

„To tobie, Boże!“ — za każdym skokiem —
„A to mnie, Boże!“ — wyrzecze.
Zdziwiony kapłan takim widokiem:
„Co czynisz, spyta, człowiecze?“ —

— „Modlę się.“ — „Jak to? — kapłan zawoła,
„To ty nie umiesz pacierza? —
„Alboż to u was nie ma kościoła,
„Alboż to nie ma pasterza?“ —

— „Nie wiem; — z dzieciństwa śród tego lasu
„Sam jeden żyję; a w drogę
„Nigdzie nie chodzę, bo nie mam czasu,
A chwalę Boga, jak mogę.

„Wiém, że On wszystko widzi tam w Niebie,
„Wszystkiém na ziemi kieruje;
„Więc Go o wszystko proszę dla siebie,
„Jemu za wszystko dziękuję.“ —

Zdziwiony kapłan takiéj prostocie,
Uczuł powinność sumienia.
Pogrążonemu w myśli ciemnocie
Rozjaśnić drogę zbawienia.

I najgorliwiéj, jak mógł w pośpiechu,
Jął mu wykładać pacierze:
Uczył Ojcze nasz, Zdrowaś i Wierzę,
Mówił o cnocie i grzechu.

A gdy już mniemał, naukę świętą
Że mu w pamięci zostawił,
Powtórzył jeszcze, pobłogosławił,
I kończył drogę zaczętą.

I w samym sobie, z żalem i trwogą
Dumał o losie dusz — które,
Tęskniąc ku Bogu i rwąc się w górę.
Drogi doń poznać nie mogą. —

Wtém nagle słyszy wołanie w dali —
Patrzy — i oczom nie wierzy.
Wpoprzek zatoki, po wierzchu fali,
Wieśniak ku niemu wprost bieży!

„Poczekaj, ojczel poczekaj!“ woła,
„Powtórz mi swoje pacierze.
„Słów ich spamiętać nie mogę zgoła,
„A chciałbym umieć je szczerze.“ —

Lecz kapłan widząc jawne dowody,
Jak go w swéj łasce Bóg chowa:
Rzecze mu: „Synu! módl się jak wprzódy
„Serce Bóg ceni, nie słowa.“ —

I kiedy wieśniak, wstecz po jeziorze.
Bieży znów jakby po suchu;
On wielbił Pana, widząc co może
Wiara w prostocie a w duchu.
1823.





ŹRÓDŁO Ś. GANGOLFA.
Z KOSEGARTENA.



Pobożny pielgrzym, w skwarne południe,
Gangolf do Rzymu się kwapił;
A bliską drogi ujrzawszy studnię,
Szedł ku niej, aby się napił.

Postrzegł to dziedzic — nadbiegł, i rzecze:
„Nie wolno! to moja woda.“ —
— „Więc mi ją przedaj, dobry człowiecze!“ —
— „Dobrze! daj cekin!“ — „Masz!“ — „Zgoda! “ —

Łakomiec w duchu śmiał się z pielgrzyma.
Że go tak złupił i podszedł.
Ten, z wzniesionemi w niebo oczyma,
Przeżegnał studnię, i odszedł.

I ślub spełniwszy, do swéj zagrody,
Wracał w Burgundzkiéj krainie:
Gdzie obok wszystkich darów przyrody,
Wody brak było jedynie.

Więc ledwie tkliwa żona u progu
Z rodzeństwem wita go miłém,
Rzekł: „Ciesz się, żono! podziękuj Bogu,
„We Włoszech źródło kupiłem!“ —

— „Na cóż się przyda? co nam pomoże
„Zdrój w tak dalekiej krainie? —
„O! nierozważny! sądziłeś może,
„Że on za tobą popłynie?“... —

— „Niewiasto!“ — Gangolf przerwał surowo:
„Niech się gniew płochy uśmierzy!
„Toż ci nieznane Chrystusa słowo?
„Czy mu twe serce nie wierzy? —

„On rzekł: „Zaprawdę mówię wam, który,
„„Ze szczerém we Mnie ufaniem,
„„Rozkaże górom „pójdźcie!“ wnet góry
„„Powstaną i pójdą za nim.“

„Jam obietnicy Boskiéj zawierzył,
„Bóg szczeréj wiary nie myli.“ —
To rzekł, i laską w ziemię uderzył —
I oto, w téjże wnet chwili,

Z ziemi obfite wytrysły zdroje,
Na podziw zlękłéj małżonce;
I wkrąg ożywcze niosąc napoje,
Z szelestem biegą po łące. —

Wieki minęły, a dotąd płynie
Krynica czysta i chłodna.
Ale we Włoskiéj za to krainie
Zdrój nagle wysechł aż do dna. —

1824.





PIORUN.
(FAKT PRAWDZIWY, ZDARZONY W R. 1855, W INFLANTACH).

Słuchajcie! słuchajcie! straszliwéj powieści,
Powieści prawdziwej, nie baśni!
I niechaj nam sama okropność jéj treści,
Jak piorun, moc Bożą nad nami obwieści,
Tajemnicę życia rozjaśni!

A wszyscy przed Panem uchylmy w proch czoła!
Albowiem są rzeczy na ziemi,
Przez które jeżeli głos Boży nie woła,
Toć chyba już Boga nie byłoby zgoła,
Traf ślepy pomiatał wszystkiemi.

A jeśliż Pan mówi — toć czujmy w pokorze
Jak różny sąd nasz, a sąd Jego;
Jak różne snąć dobra światowe, a Boże,
I jako je tylko świat pojąć tu może
Przez krzyż Boga, Zbawcy naszego!




W skromnym zaścianku, — wiodła szczęśliwa
Rodzina życie ciche i sielskie:
Ubogiéj szlachty para sędziwa,
I dwie ich córy anielskie.

I to nie tylko krasa ich lica
Z ust im sąsiadów dała to miano:
Z cnót serca znała je okolica,
Wzorem je dzieci w niéj zwano. —

Któżby rodziców śmiał o to winić,
Że choć im samym dość na swéj doli,
Dzieciomby wszakże radzi przyczynić
Szczęścia i światu też gwoli? —

Ojciec i matka zdwoili pracę.
Pracę rąk własnych na swym zagonie,
By plon jéj córkom starczył na płacę
Nauk, w Panieńskim zakonie.

I błogosławił Bóg dobrej chęci. —
Aż jak kwiat słońca pędzony siłą,
Im w myśli jaśniéj, tém w sercu święciéj,
Życie się dziewic rozwiło.

I świat je wzywał, pełne nadziei,
Że się ofiarą wzajem i pracą,
Jak Bogu, światło szerząc z kolei, —
Tak i rodzicom wypłacą.

I raz ostatni do nizkiéj chatki
Wróciły obie: by pokrzepione
Błogosławieństwem ojca i matki,
Iść na trud — każda w swą, stronę.

I widzą matkę — zdjęta niemocą
Za próg się domu ruszyć nie może;
I słyszą, jak się z ojcem kłopocą
O zbyt dojrzałe swe zboże.

„Kto nam je pożnie? — Tyś biédna chora,
„Najmu opłacić jestem nie w stanie;
„A niech dzień wietrzny — toć do wieczora
„Słoma nam tylko zostanie.“ —

Spójrzały na się dzieweczki obie,
Jedna myśl razem z ócz ich błysnęła. —
Boże! Ty jeden wiész, jak w téj dobie
Ta myśl na los ich wpłynęła! —

Ledwo jutrzejsze błysło zaranie,
Już obie siostry, z sierpami w dłoni,
Stały u żniwa — a ich śpiewanie
Wesoło brzmiało po błoni.

Wieść się rozniosła na okolicę,
Tłumem się w pomoc skupili żeńcy:
Z czułością matki, z śmiechem dziewice,
Z czcią i zapałem młodzieńcy.

I nim południa nastał spoczynek,
Już naokoło dwóch sióstr z wieńcami,
Cała drużyna, z pieśnią dożynek,
Stała przed starców wrotami.

O! i pojmijcie radość w téj chatce,
Zapał współczucia w świadków tych gronie,
Ody takie dzieci ojcu i matce
Wieniec wkładały na skronie!

Któż mógł nie życzyć, kto śmiał nie wróżyć,
Z błogosławieństwa starców nad niemi,
Że dzieci takie muszą zasłużyć
Największe dobro na ziemi? —

I nikt nie baczył, jak nad szczyt domu
Burzliwy obłok wzniósł się, rozszerzył.
Nagle wiatr świsnął — błysk, łoskot gromu —
Piorun wśród izby uderzył. —

Co żyło, padło — ściany zadrżały —
Lecz bez płomienia przeszedł dym siarki.
Powstali wszyscy — tylko nie wstały
Obiedwie siostry żniwiarki.

U stóp rodziców, w chwili zabłysku,
Jakby swéj wzajem szukać opieki,
Padły w objęcia — i w tym uścisku,
Klęcząc, spoczęły na wieki.




Cóż na to, o! ludzie!? Wierzycie, czyli nie.
Że Bóg jest? że wszystkiém On władnie?
Że piérwéj świat, ziemia i niebo przeminie,
Niż słowo, co wyrzekł: że ptaszek nie zginie,
Włos bez woli Jego nie spadnie?

I wyż więc sąd Boży przesądzać będziecie,
Zamiast sercem uznać w pokorze:
Że dobrem najwyższém snać nie jest na świecie
To, za czém tu goniąc w wir świata bieżecie,
Lecz co z Bogiem złączyć was może? —

A jeśli kto okiem, mgłą ziemską zaćmioném.
I tu ręki Boga nie widzi:
Niech wspomni jak umarł Kleobis z Bitonem —[11]
I jeśli śmiał szemrać nad dziewic tych zgonem.
Niech go przykład pogan zawstydzi!

Poganie w tém Bogów uznali prawicę.
Ofiary zrównali z Bogami! —
I my was nie płaczem, cnotliwe dziewice!
Kto może, niech wasze pociesza rodzice,
A wy — wy módlcie się za nami!
1855.





ŚWIAT DUCHÓW.



Już za górami słońce skonało:
Jakaż to wsparta na grobie,
Oczy zakrywszy chusteczką białą,
Płacze dziewica w żałobie?

Po kim to może płakać tak rzewnie? —
Ach! z niespłonionych jéj liców.
Z łez nietajonych, zgaduje pewnie,
Że to mogiła rodziców! —

Lecz oto słowik zamilknął w lesie,
Zdrój bliski ciszéj szeleści: —
Echo tłumiony głos ku nam niesie,
Słuchajmyż głosu boleści!

„Szczęśliwszy, kogo zaraz z powicia
„Los na sieroctwo przeznaczy!
„Bo choć nie dozna słodyczy życia,
„Nie dozna mojéj rozpaczy.

„Szczęśliwszy! kogo w młodości kwiecie
„W grobowéj zamknęli cieśni!
„Wesele tylko znając na świecie,
„O niém i śmierci sen prześni.

„A gdy go wreście po długiém spaniu
„Obudzi trąba Anioła,
„Wszystkich, co płakał przy pożegnaniu,
„Razem obaczy dokoła! —

„Lecz ja, niestety! w lat mych rozkwicie
„Szczęścia zgubiłam już drogę;
„Świat mi pustynią, ciężarem życie,
„A jednak umrzeć nie mogę! —

„O! Boże! czémże mogłam zasłużyć.
„Żeś moje prośby odrzucił:
„Ani dni szczęścia nie chciał przedłużyć,
„Ni dni boleści nie skrócił? —

„Gdzież jest ta dobroć, ta Twoja litość,
„W którem tak szczerze ufała?
„Gdybyś serc ludzkich przenikał skrytość,
„Czyżbyś mógł...“ — „Nie kończ, zuchwała!“

Krzyknął pustelnik, co już przez chwilę,
Wprzód się zbliżywszy nieznacznie.
Słuchał, na bliskiéj wsparty mogile,
A teraz mówić tak zacznie:

„Nie bluźń, szalona! zkąd ci ta śmiałość:
„Sąd woli Bożej rozbierać?
„O cóż Go wini bezbożna żałość? —
„Człowiek się rodzi umierać.

„Jednaż ty dźwigasz sieroctwa brzemię,
„By w grzeszne wpadać rozpacze? —
„Patrz, co tu grobów okrywa ziemię,
„Nad każdym grobem ktoś płacze!

„Zaprawdę, żalu ni łez twych rzewnych
„Usta me ganić nie mogą;
„Lecz i ja miałem rodziców, krewnych,
„A teraz nie mam nikogo.

„Co mnie kochało, co ja kochałem,
„Wszystko grób połknął głęboki;
„Płakałem nad nim — lecz nie szemrałem
„Na święte Boga wyroki.

„On téż pokornéj ulżył żałobie,
„I gdy mię żal zbyt dociskał,
„On mi pokazał drogę ku Sobie,
„I w Nimem wszystko odzyskał!

„A gdy goryczą zatrute lata
„W dzikiéj pustyni zamknąłem;
„A gdy umarły powabom świata,
„W Nim nowe życie zacząłem:

„On wzrok mój przetarł z omamień mroku,
„Duch z ziemskich wyrwał łańcuchów;
„On śmiertelnemu odsłonił oku
„Tajny śmiertelnym kraj duchów.

„Tam opłakanych łzami gorzkiemi
„Znowum obaczył przytomnie,
„Jako w powietrzu, skrzydły jasnemi,
Ulatywali kolo mnie.

„Bo kogo w życiu lubego mieli,
„Kto o nich pomni statecznie,
„Z tym oni zawsze; — śmierć ciała dzieli,
„Lecz związek duchów trwa wiecznie.

„I duchy widzą, i duchy czują,
„Gdy ich tu pomną i płaczą;
„Lecz uciekają, lecz odlatują,
„Przed nierozważną rozpaczą. —

„Więc gdy ci teraz wolniéj łzy płyną,
„Gdy ich twa rozpacz nie płoszy:
„Czyż nie doznajesz — wyznaj, dziewczyno!
„Jakiéjś tajemnéj rozkoszy?

„Widzę ją, widzę, jak się objawia
„W blasku twych oczu i liców;
„Czujesz — lecz nie wiész co ci ją sprawia,
„Nie widzisz lubych rodziców:

„Nie widzisz, jako w blasku miesięcznym
„Płyną schyleni ku tobie;
„Jak żal twój kojąc uśmiechem wdzięcznym,
„Cieszą się z żalu po sobie.

„Oni twych stróżów pełniąc powinność,
„Zawsze cię widzą i słyszą;
„Z radością każdą piękną twą czynność
„W księgę cnót ludzkich zapiszą.

„A gdy ich godna wytrwasz do końca,
„Wtenczas cię z ziemskich padołów,
„Strojni w weselne promienie słońca,
„Wzniosą w orszaku Aniołów! —

„Więc chociaż piękna żałość dziecinna,
„Ty i w sierocéj żałobie,
„Pomnij coś Bogu, pomnij coś winna
„Światu, i bliźnim, i sobie! —

„A teraz z Bogiem wracaj do domu!
„Lecz com ja tobie powiedział,
„Żeś mnie widziała — nie mów nikomu,
„Żeby nikt o mnie nie wiedział.“ —
1824.





DWIE SIOSTRY.



Dwie ich było — w jednąż chwilę
Na świat przyszły wraz obie. —
Cóż że jedna śpi w mogile,
Druga płacze na grobie?

Dwie ich było i jest — w duchu
Tak wciąż zlanych pospołu,
Jak dwa zgodne tony w uchu,
Choć brzmią, z góry i z dołu.

Bo siostrzanych serc ogniwa
Śmierć rozciąga, nie kruszy;
Żywą Wiarą, Miłość żywa
Duszę wskrzesza dla duszy.

W modłach, myślach i marzeniach.
Żywa z zmarłą rozmawia;
W snach–widzeniach i w natchnieniach,
Zmarła jéj się objawia.

I w żyjącéj słowo ducha
Nadaremnie nie woła:
Ona pyta, i z czcią słucha
Przestróg swego Anioła.

I ten związek poza–grobny
Dusz, w Wierze i Miłości,
To nie życia kir żałobny,
To smug światła z wieczności.



I młoda dziewica, gdy wdzięk jéj zachwyca,
Gdy świat wkoło sławi jéj wdzięki:
Nie pycha ją wzdyma — lecz przed jéj oczyma
Staje obraz siostry trumienki.

Aniołek być nie mógł piękniejszy jak ona —
A potém tak sina, tak blada!
A potém!... O! cóż jest ta piękność sławiona,
Gdy tak nagle w proch się rozpada? —

Lecz dusza bez winy, śród Niebios krainy,
Jak piękna! jak widać szczęśliwa!
Gdy w świetle i w bieli, jak święci Anieli,
W snach ku niej przylata jak żywa! —

„O! niech mi, o! Boże! twa łaska pomoże.
By ziemska nie zwiodła mię chwała:
A każdym przeżytym, dniem dobrze użytym,
Dusza tylko jaśniéj świtała!“ —

I kiedy jéj oczy, świat zdala uroczy,
Daremnie swym blaskiem urzeka:
Jéj świat — domu strzecha; rodziców pociecha,
A starców i sierót opieka!

Lecz w duszy dziewiczéj, zdrój wnętrznéj słodyczy
Weselem ją rajskiém napawał;
I w snach — snąć jak ona — duch siostry strażniczy
Wciąż bielszym, jaśniejszym się stawał.



I przyszła chwila, gdy z kwiatu nadziei
Życie dziewicy w owoc się przewija.
Tłum ją czcicieli otoczył z kolei.
Co świat uwielbia, za czém się ubija:

Ród, świetność, skarby — wszystko między niémi
Ma do wyboru; — lecz jéj więcéj trzeba:
Nie ogniw tylko, co wiążą do ziemi,
Ale i skrzydeł, co wznoszą do Nieba.

I duch siostrzyczki, jakby rósł z nią razem,
Jakby dojrzewał z jéj serca rozwiciem,
Jak wprzód ją raju zachwycał obrazem,
Tak dziś pomaga rozmyślać nad życiem.

„Cóż jest blask przodków, gdy w ślad ich nie zmusza? —
Błyszczące próchno grobowéj zgnilizny! —
Po własnych tylko promieniach swych dusza
Może Niebieskiéj dosięgnąć ojczyzny.

„Cóż jest bogactwo, gdy żadna powinność
Nie wskaże duszy, jak go użyć trzeba? —
Grobowy nasyp! — co wszelką jéj czynność
Zagrzebłszy w ziemi, odwróci od Nieba! —

„Czyż własną męża hańbę lub sromotę
Zastąpi żonie czyjaś chwała cudza? —
Czyż dlań jéj serce kupią skarby złote,
Gdy zbytek wzgardę, sknerstwo wstręt obudza?“...—

Tak jéj myśl własna — i duch siostry radzi.
I dumni, możni, odprawieni z niczém. —
Bo ona wierzy, że Bóg przyprowadzi,
Z kim duch jéj sprzężon w świecie tajemniczym.

I Bóg go przywiódł. — A miłość w nim była
Nie dla niéj tylko; — i była moc wiary,
Nie w siebie tylko; — był zapał i siła
Do walk i pracy; i był duch ofiary.

I ona w pełni godności niewieściéj,
Stanęła przy nim ze czcią i pokorą,
Być, czém duch dla niéj — osłodą boleści,
Pobudką czynów, i w trudach podporą.

I Bóg w niéj sprawdził: że kto duszą słucha
Głosu i natchnień Jego — ten sam wzajem,
Dla swych kochanych będzie jak głos ducha:
Co ich, anielskich przestróg obyczajem,

Budząc, i krzepiąc, i prostując społem,
Wieść będzie — kędy, po walkach i znoju,
Krzyż swój złożywszy, obaczą nad czołem
Wieniec zasługi, i palmę pokoju.
1854.





RODZEŃSTWO.
Z HERDERA.



Był gaj, śród gaju łączka zielona,
Śród łączki stała kaplica,
W niej, Zbawiciela tuląc u łona,
W obrazie Bogarodzica.

Tam u drzwi młoda wdowa siedziała,
A przy niéj dziatek jej dwoje:
Brat i siostrzyczka; ta kwiatki rwała,
A ten z kwiatkami wiódł boje.

A ona tkliwie patrząc na dziatki,
Lała w nie nauki duszne:
Jak Jezus dobrym był dla swéj matki,
Jak kochał dzieci posłuszne! —

,,A mnie czy kocha? — spytał syn — mamo!“ —
— „Kocha, gdyś dobry, me dziecię!“ —
— „A mnie czy kocha?“ — „Obu tak samo,
„Jeśli mnie słuchać będziecie!“ —

— „Gdyby Pan Jezus chciał kiedy z nami
„Poigrać! — rzekł syn do matki:
„Dałbym mu koszyk co mam z jabłkami!“ —
— „A jabym wszystkie me kwiatki!“ —

Zgromiła matka dzieci surowo
Za myśl i mowę tak śmiałą;
Lecz w serce wpadło dziecinne słowo,
A we śnie tak się jéj zdało.

Na łączce Jezus igrał z dziatkami,
Obok Najświętszéj swej Matki,
Synek mu oddał koszyk z jabłkami,
Córeczka wszystkie swe kwiatki.

Pan Jezus wziąwszy chłopca za rączkę,
Łagodnym rzecze wyrazem:
„Wkrótce cię wezmę na inną łączkę,
„Gdzie będziem igrali razem.

„Obaczysz, chłopcze! jak tam wesoło,
„Jak zawsze pięknie, jak wiosną!
„Jakie tam kwiatki kwitną wokoło,
„Jakie jabłuszka tam rosną!

„A ty, dziewczynko! gdy cię młodzieniec
„Przed me postawi ołtarze,
„Z tamtych ci kwiatków uplotę wieniec,
„I tu nim ciebie obdarzę.

„Boście wy dobre, posłuszne dziatki,
„Ofiara wasza mnie miła;
„I wysłuchawszy próśb waszéj matki,
„Moja mnie za was prosiła.“ —

Tak się śni matce; — trwogą przejęta,
Klęka i woła: „O! Panie!
„Zostaw mi syna! — lub niechaj święta
„Wola się Twoja z nim stanie!

„Lecz gdyby można!... ach! gdyby było!...
„Zostaw go!“ — lecz próżne jęki.
Bo co się śniło, wkrótce spełniło,
Umarł synaczek maleńki.

Ale nim skonał, mówił do matki,
Że mu Pan Jezus u łóżka,
Bawiąc go, wonne wskazywał kwiatki,
I słodkie dawał jabłuszka.

A w przeddzień ślubu z miłym młodzieńcem,
We śnie się zdało dziewicy,
Że ją Pan Jezus, z kwiecistym wieńcem,
Spotkał u progu kaplicy.

Kwiaty w nim same kraśne a białe,
Ciemnych — choć były — lecz mało.
A na wzór wieńca, życie jéj całe
Z chwil się wesołych splatało.
1823.





KWIAT ŻYCIA.
Z HERDERA.



Zosia sierota, bez ojca, bez matki,
Codzień wieczorem i rano,
Wybiega z cudzéj — ich niegdyś chatki,
Łzy swe, modlitwy, i świeże kwiatki
Nieść na mogiłę kochaną

„Ojcze mój! matko miła!
„Biedna ja bez was! biedna!
„Sierota, sama jedna!
„Lepiéj gdybym nie żyła,
„Bo tambym z wami była! —
„A tu każdemu cudza, w cudzym domu!..
„Każdy mię krzywdzi, nikt nie pocieszy.
„Płacz mój ich śmieszy!
„Ni się pożalić komu,
„Ni się mnie kto pożali! —
„Ach! nie tak było, kiedyście wy żyli!
„Wszycy mnie kochali, chwalili,
„Bo o was dbali. —

„A teraz — biedna ja, biedna!
„Sierota, sama jedna! —
„O! gdybym was mogła, rodzice!
„Choć raz obaczyć, choć przez sen w raju!“ —

Tak się modli — Bóg dobry wysłuchał dziewicę.
Bo gdy raz wedle zwyczaju,
Cały dzień żal tając w sobie,
Wybiegła wieczorem z chatki.
By się wypłakać na grobie
I w świeże ubrać go kwiatki:
Usnęła słodko — a sen życzliwy
Takie jéj malował dziwy.

Weszła na łąkę piękną, szeroką,
Całą zasłaną kwiatami,
Jakich tu ludzkie nie widziało oko;
A śród nich drzewa, pod liści wieńcami,
A na tych drzewach, i kwiat, i zawięzie,
I razem owoc dojrzały;
A ich łagodnym wiatrem pochwiane gałęzie
Słodką harmonią brzmiały! —
Patrzy zdumiona — aż nagle w drzew cieniu
Ojca i matkę postrzegła. —
Krzyknęła, i ku nim pobiegła.

Oni ją tuląc w tkliwém uściśnieniu,
I błogosławiąc, mówią: „Lube dziecię!
„Patrz! czyż to płakać nad nami potrzeba?
„Gdzież co równego jest na waszym świecie?

„A i to jeszcze ledwie wstęp do Nieba! —
„Czekać tu będziem, aż już razem z tobą
„Pójdziemy stanąć przed Majestat Boży.“ —

Tu Zosia nagle ujrzała przed sobą,
Śród krzewu cierni, tak cudny kwiat róży,
Że jakby w sobie uczuła ból kwiatka.
„Ach! ja go wyrwę z tych cierni!“ wyrzekła.
— „Spróbuj!“ z uśmiechem odpowie jéj matka.
Ona chce zerwać — róża do góry uciekła. —
Więc pragnie cudu przyczyny dociec.
„Córko moja! rzekł jéj ojciec:
„To jest kwiat życia twego; — choć śród cierni,
„Patrz! jak się wdzięcznie uśmiecha!
„Żaden go proch nie kala, żaden cień nie czerni!
„W tém jest nasza — i twoja niech będzie pociecha!“ —
— „A gdzież są — Zosia zagadła, —
„Kwiaty waszego życia?“ — „Widzisz?“ — „Widzę.“ —
— „Obok twojego — oba na jednéj łodydze.
„Korona cierni już wkrąg ich opadła;
„Lecz by dojść pełni i dojrzeć dla Nieba,
„Cnót twych im jeszcze i twych modlitw trzeba.“ —

— „A toż, mój ojcze! czyje,
„Te kwiaty białe, w szeregu,
„Od których taki blask bije,
„Jak u nas słońca od śniegu?“ —
— „To ogród wybranych ludzi. —
„Niewinnością ich duszy, kwiat się życia bieli;

„Namiętność nie rumieni, ni grzech ich nie brudzi,
„A straż nad niemi Pańscy trzymają Anieli.“ —
— „A któż mego stróżem kwiatka?“ —
— „Ja i twa matka.“ —

Rzekł — wszystko znikło; — lecz w duszy dziewiczéj
Został na zawsze ów sen tajemniczy.
I choć sierota, w cieniu cudzéj strzechy,
Choć kwiat jéj życia kwitł w cierniach na świecie:
Ilekroć rajskie przypomniała kwiecie,
Czuła i w sercu blask rajskiéj pociechy.





JAŁMUŻNA.
DO ALINKI.



Litość ku biednym, wdzięczność sieroty,
Jakiegóż serca nie wzruszą?
Alinko! wszystkie piękne są cnoty,
Lecz litość wszystkich cnót duszą.

Widziałem wczoraj, gdyś przez okienko —
I za tom wdzięczność ci dłużny —
Zebranym dziatkom, rączką maleńką
Hojne sypała jałmużny.

Jak Aniół na wpół skryty w obłoku,
Zwiastunnik Bożéj litości,
Taką się memu wydałaś oku,
Słodkiéj pełnemu radości.

Po kres żywota cieszyć się będę
Miłą téj chwili wspominką,
A za nagrodę, moję legendę
Tobie poświęcam, Alinko!




Lubisz, Alinko! w porankach Maju,
W rozkosznych bawiąc Giełwanach,[12]
Biegać po łąkach, igrać po gaju.
Lub zbierać kwiatki po łanach. —

Maj to był właśnie — ledwie jutrzenka
Rozlała blaski i wonie,
Gdy jak ty piękna, jak ty maleńka,
Biegła dziewczynka przez błonie.

I znać że spieszno było niebodze.
Że pełna żalu, czy trwogi. —
Aż gdzie drewniany krzyż stał przy drodze,
Pod krzyżem siedział ubogi.

„Pan Jezus z tobą! dziewczynko miła!
„Gdzie to tak spieszno? i czego? —
„Uczcij krzyż Pański! — Bóg pomoc zsyła
„Tym, co jéj proszą u Niego.“ —

Na taki widok, na głos staruszka,
Dziewczynka nagle się wstrzyma,
I łzy otarłszy końcem fartuszka,
Mierzy go długo oczyma.

A starzec znowu: „I cóż tak stoisz,
„Tak patrzysz? — Zkąd te łzy twoje? —
„Czy czego żądasz? — czy się mnie boisz?“ —
— „Ja się ubogich nie boję.


„Bo oni biedni, kochać ich trzeba,
„Często słyszałam od matki;
„Zawsze im sama wynoszę chleba.
„Jak który przyjdzie do chatki.

„Ale, mój dziadku! matka mi chora,
„Chce mnie, jak mówi, porzucić;
„Z łóżka nie może wstać już od wczora.
„Ach! jakże nie mam się smucić!

„Całą, noc słysząc jęk nieustanny,
„Klęcząc, prosiłam ze łzami
„Pana Jezusa, Najświętszéj Panny,
„By mieli litość nad nami.

„I ty, staruszku! módl się do Boga,
„Proś go o zdrowie mej matki,
„A przyjm to — choć ja sama uboga,
„Choć to już nasze ostatki.

„Chciałam dziś za to bochenek chleba
„Kupić dla siebie; — lecz lepiéj
„Tobie to oddam; — proś tylko Nieba,
„Niech moje matkę pokrzepi!“ —

— „Tak jest, pokrzepi! będę go prosić,
„Nie próżna twoja otucha!
„Przestań, dziewczynko! ócz łzami rosić,
„Bóg szczeréj prośby wysłucha.


„Bo kto biednemu poda jałmużnę,
Cierpiącym boleść osłodzi,
„Temu, rzekł Jezus, Niebo jest dłużne,
„I Bóg go hojnie nagrodzi.“ —

Zaledwie skończył — aż w mgnieniu oka
Blask nagły błysnął dokoła,
Z plec mu szat grubych spadła powłoka,
Starzec się zmienił w Anioła.

Z ramion mu złote skrzydło wystrzeli,
Trzy gwiazdy młodą skroń wieńczą;
Do kolan długi, strój śnieżnéj bieli,
Jasną przepasan był tęczą.

Pogoda wiosny śmiała się z czoła,
Wonność wionęła we tchnieniu,
Gdy mgłą przejrzystą oblan dokoła,
Wzlatał ku nieba sklepieniu.

I gdy dziewczynka nagłém widzeniem
W dłoni strwożony wzrok chowa,
Z tkliwym uśmiechem, z wdzięczném spojrzeniem,
Te jeszcze do niej rzekł słowa:

„Nie płacz, dziewczynko! wracaj do chatki!
„Bóg twoje żałość obaczył,
„I drogie zdrowie wrócił dla matki,
„I dla cię szczęście przeznaczył.


„Bo kto biednemu poda jałmużnę,
„Cierpiącym boleść osłodzi,
„Temu, pamiętaj! Niebo jest dłużne,
„I Bóg go hojnie nagrodzi.“ —

To rzekł — i coraz, i coraz chyżéj
Wznosi się we mgle obłoka,
I coraz wyżéj, i coraz wyżéj,
Aż całkiem zniknął z przed oka.—

Długo dziewczynka, drżąca i zbladła,
Jak wryta na miejscu stała,
Przez nadzwyczajne zlękła widziadła,
Wracać do chatki nie śmiała.

Wróciła wreście — o! co za radość,
O! co za szczęście tam było!
Stało się wszystkim życzeniom zadość,
Matce jéj zdrowie wróciło! —

Ale, Alinko I jeszcze nie na tém
Koniec Niebieskiéj nagrody.
Bóg ją opatrzył mieniem bogatém,
Rozmnożył stada i trzody.

A gdy w szesnastym żyła już maju.
Taka ją piękność odziała,
Że była jak ów posłaniec raju,
Co go przed laty widziała. —

Raz gdy w orszaku rówiennych dziewic
Zbierała kwiatki w dąbrowach,
Ujrzał ją trafem młody królewic,
Co się tam bawił na łowach.

Ujrzał, pokochał, wzajem kochany,
Wziął ojca błogosławieństwo,
I wkrótce, mimo nierówne stany,
Pojął dziewczynkę w małżeństwo.

Długo im, długo, szczęśliwe lata
I uciech płynęły zdroje;
Aż utrudzeni marnością świata,
Do Nieba poszli oboje. —

Litość ku biednym, widzisz, Alinko!
Jak hojnie Pan Bóg nagradza.
Z każdym to będzie, co z, tą dziewczynką,
Kto bliźnim nędzę osładza.

Bo tylko dobrych uczynków ślady
Wiodą do szczęścia świątyni. —
W niéj cię postawią ojca przykłady,
I rady mądréj mistrzyni.
1824.





ANIOŁ STRÓŻ.



Późno w noc z balu, w świecącym się stroju,
Wróciwszy Zosia do swego pokoju,
Z tańczącém sercem, z myślą rozigraną,
Dziękować Bogu za radość doznaną
Gdy do modlitwy przed spoczynkiem biegła,
Nagle swą postać w zwierciadle postrzegła.

Stanęła — żywiéj zapłonęło lice,
Skromne ku ziemi spuściła źrenice,
Stoi i myśli — i spojrzała z trwogą,
Czy prócz niéj w izbie nie było nikogo. —
Widać w tym wzroku, że jakaś myśl cudza,
Jéj saméj dziwna, w sercu się obudza.
Stoi i myśli: — jakaś niepojęta
Chęć, jakiś urok, tajemna ponęta.
Gwałtem jéj kroki ciągną do zwierciadła. —
Już z ust i z myśli modlitwa wypadła.

W pełnym rozkwicie jéj piękność dziewicza,
I blask spojrzenia i gładkość oblicza,

I miękkość bujnych warkocza pierścieni,
Ujętych wstęgą z gwiaździstych kamieni:
I postać lekka, powietrzna, wiejąca,
Bez skrzydeł zda się ku niebu lecąca:
I pierś, w nieznanym, lubym niepokoju,
Lekkiém się tchnieniem wznosząca z pod stroju:
Wszystko ją samą cieszy i zdumiewa. —
Tajna się lubość po sercu rozlewa,
Coraz w krysztale głębiej toną oczy. —
Im dłużej patrzy, tém obraz uroczy
Coraz ją bardziéj czaruje i nęci.

Raz piérwszy teraz rozbiera w pamięci:
Czułe zabiegi, pochlebne wyrazy,
Względy, spojrzenia — co jéj tyle razy
Twarz mimowolnym rumieńcem oblały. —
Dotąd, w prostocie skromnéj i nieśmiałéj,
Widząc w nich tylko dobroć, pobłażanie,
Bogu i ludziom dziękowała za nie. —
Teraz wié prawdę — teraz myśli inne...
Były to hołdy jéj wdziękom powinne!
I lekki uśmiech, wesela — próżności,
Nowego blasku przydał jéj piękności.

Jakaż mgła nagle wzrok jéj przesłoniła? —
Twarz zadumaną ku ziemi skłoniła,
Żywszém westchnieniem pierś chwiać się zaczyna.
Jakaż myśl nowa? — Kochała dziewczyna!..
Młodzian, towarzysz jéj od lat dziecinnych,
Wspólnik jéj zabaw, jéj uczuć niewinnych

Piérwszy powiernik!... Rodzice weseli
Z pociechą miłość wzajemną widzieli.
A ona — ona! — W nim dotąd jéj cała
Nadziéja, szczęście, ufność spoczywała.
Często się sama dziwiła, dla czego
Wszędzie jéj tęskno i smutno bez niego?
Czemu, gdy przyjdzie, niechcąca się płoni?
Czemu się gniewa, gdy nie mówi do niéj?
Czemu wprzód sama przemówić się wstydzi?
Czemu chce płakać, gdy go smutnym widzi?
Lub gdy z nią nawet rozmawia, żartuje,
Zkąd nieraz nagle tak łzy bliskie czuje,
Iż, by je ukryć, ucieka — i nieraz
Długo się, długo modli? — Ale teraz!...
Dla czegóż teraz raz piérwszy dziewczyna
Z upokorzeniem te chwile wspomina? —

Myśli jéj błądzą po balowéj sali. —
Wszyscy się o nię w tańcu ubiegali;
Gdzie tylko okiem rzuciła na stronę,
Spotkała oczy na siebie zwrócone;
Każdy chciał z jakąś pośpieszyć usługą!...

Znów we zwierciadło spójrzała — i długo
Patrzy. — Dla czegóż miałaby, dla czego
Tak dbać, tak bać się o względy jednego,
Gdy tylu innych — byle chęć, wzrok, słowo?... —
On tylko dzisiaj, z postawą surową,
Spoglądał na nią zimno i nieczuło,
I to spojrzenie wesołość jéj truło!..

„Nigdy z ust jego tych słów uwielbienia,
„Nigdy tych względów, przysług, uprzedzenia!...
„Muszę być warta ich — gdy tylu innych!...
„Jużem téż przecie wyszła z lat dziecinnych;
„Czy chce mną rządzić?... — On nie mój brat! cudzy,
„Jak każdy inny! — Niech widzi jak drudzy!...
„Będzie się gniewał? — I cóż ztąd? toć przecie
„Nie ja z nim jedna jesteśmy na świecie! —
„Pójdzie? — niech idzie! — bylebym pragnęła,
„Może ktoś lepszy!...“ — Tu się uśmiechnęła,
Lecz coś takiego było w tym uśmiechu,
Że się go sama przelękła jak grzechu. —
Chciała się cofnąć — wtém lice jéj zbladło —
Jak mgłą się całe powlekło zwierciadło —
Krzyk skonał w ustach — musiała pozostać.

W zwierciadle druga zjawiła się postać. —
Nie ziemska — jasna, jako światło dzienne:
Śnieżyste skrzydła i czoło promienne!
Lilię białą w prawéj trzyma dłoni,
A lica, jakich oko nie widziało,
Były — czy prawda? — czy jéj się tak zdało? —
Do jéj kochanka podobne, i do niéj! —

Strach ją ogarnął — w oczach się zaćmiło,
Krew pozimniała, i serce nie biło.
Wtém ciche słowa do uszu jéj płyną:
„Jam twój Stróż–Aniół! — nie bój się, dziewczyno!
„Jam twój Stróż–Aniół — jam jest dusza twoja! —

„Cóż jest ta piękność, co tak wzrok twój łudzi? —
„Piękniéjszaś w oczach Boga, niżli ludzi:
„Dziewczyno! patrzaj, jaka piękność moja! —
„Kiedy się modlisz co wieczór, co rana,
„Ja twoje modły zanoszę do Pana.
„Seraf z uśmiechem przed tronem mię stawi,
„Z uśmiechem we mnie Pan cię błogosławi,
„I z Jego woli, niosę ci w powrócie
„Niebieski pokój, i słodkie uczucie,
„Którém twój Anioł z swym bratem się kocha. —
„Lecz od złych duchów idzie próżność płocha! —
„Dziewczyno! dziś się twój Anioł zasmucił,
„Niewysłuchany od bram Nieba wrócił! —
„Widzisz tę białą Lilię w méj dłoni?
„Widzisz ten promień wokoło méj skroni?
„Promień to Łaski, co nad tobą świta,
„W lilii obraz twych uczuć rozkwita,
„A z nich twe czyny i myśli Bóg czyta! —
„Póki blask świeci w całéj swéj jasności,
„Póki kwiat kwitnie w całéj swéj białości,
„Póty stróż Niebios, z obliczem wesołém,
„Otwiera bramę przed twoim Aniołem.
„Lecz dziś — patrz! blask się otoczył mgłą siną,
„Kwiat więdnąć zaczął! — Zgrzeszyłaś, dziewczyno!
„Zgrzeszyłaś! — żałuj! popraw się! — masz porę!
„Kwiat jeszcze żyje, i blask jeszcze gore!“ —

Skończył — jéj życie powracać zaczyna.
Grzech swoich myśli uznała dziewczyna!

Żal ścisnął serce — i łzami zalana,
Twarz kryjąc w dłoniach, padła na kolana. —
Lecz gdy po chwili spójrzała dokoła,
Raz jeszcze swego ujrzała Anioła,
Znikał w zwierciadle — lecz już kwiat był bielszy,
I blask jaśniejszy, i Anioł weselszy! —

A gdy z kochankiem zmieniwszy pierścionki,
Szła mu poprzysiądz na miłość małżonki,
I przed ołtarzem stanąwszy nieśmiało,
Modląc się w myśli, wzrok wzniosła ku górze:
Aniół jéj w kadzidł ulatywał chmurze,
I błogosławił ją lilią białą. —
1830.





RUBELEK TESI.



Maj, wiosna! — wokoło
Pogodnie, wesoło,
Zielono, błękitnie!
Co kwiatek, to kwitnie,
Co ptaszek, to śpiewa.
Gaj, pola i drzewa,
Brzmią w kolej, jak tony
Téjż pieśni i stróny.

I oto w ogródku,
Po kwiatkach, w drzew chłódku,
Śród pląsów, igraszek,
Jak kwiatek, jak ptaszek,
Tesiutka, malutka,
Swawolna filutka,
To śpiewa, to biega,
Aż sad się rozlega,
To piosnką, to śmiechem,
To kroków jéj echem.

A na ganku, jak co ranku,
Za wczorajszą w polu pracę,
Robotnikom, najemnikom,
Ojciec siedząc dzieli płacę.

Postrzegła,
Przybiegła,
I obces do Taty!
„Jaki ty bogaty!
„Dajże i mnie proszę,
„Choć grosz — choć trzy grosze!“
— „A za co? — Ej! Tato!...“ —
„— A na co?“ — „Ot na to,
„Na włóczki, koralki,
„Na różne zabawki,
„Na suknię dla lalki,
„Obróżkę dla Żwawki“!... —
I nagle, jak sroczka,
Porwała rubelka,
I rada z figielka,
Uciekła jak skoczka, —

Po godzinie, ojciec słucha —
W całym sadzie cisza głucha.
Nikt nie skacze, nikt nie śpiewa! —
Gdzież to Tesia? —

W cieniu drzewa,
Twarz na dłoni, dłoń na sęku,
Siedzi wsparta, z rublem w ręku.

Siedzi, myśli — co za niego
Kupić komu? wiele czego? —
Suknię niańce? — rubla mało!
Suknię lalce? — Jaką? — białą?
Nie! — Zieloną? — tę już ma! —
Żółtą? — nie! fe! żółta zła!
Więc różową, czy błękitną,
Ale całą aksamitną!... —
Lecz czyż na to rubla dosyć? —
Można Tatę znów poprosić...
Ale kto wié, da, czy nie da? —
Wreście z Tatą mniejsza bieda!
Ale Mama!... Czuje sama,
Że dziś jakoś przed śniadaniem,
Nie najlepiéj poszła gama,
Jak po grudzie szło z czytaniem! —
Mama powié — Tata, kto wié,
A nuż może każe sobie
Oddać nawet co dał?.. — Bieda!
Co tu począć? — Główkę skrobie,
Sama sobie rady nie da.

„No! toż nie chcę nic kupować.
„Rubla schowam. — A gdzież schować? —
„Skrzynki nie mam. — Ancia mówi,
„Że najłatwiéj złodziejowi
„Przyjść i ukraść! — No! to włożę
„Pod poduszkę. — A jak może
„On z łóżeczkiem mnie wyniesie? —
„Obudzę się w nocy, w lesie!...
„Ach!...“ — i daléj w płacz żałosny. —

„Ach! ty rublu! ty nieznośny!
„Co ja muszę cierpieć za cię? —
„Precz odemnie! oddam Tacie.“ —

Już chce skoczyć — i znów stoi,
Spuszcza główkę — znów coś roi.
Żal rubelka! — Jak się odda,
Już go nazad nie odebrać! —
Chować, kłopot; stracić, szkoda! —
Ach! najlepiéj było nie brać! —
Lecz co zrobić wziąwszy już?... —

Gdy tak duma — Aniół–Stróż,
Stróż jéj myśli i serduszka,
Zlitował się — i do uszka
Szepnął zcicha: „Bież do Mamy!
„Tam jest mądrość, tam skarb dzieci!
„Nie doradzisz sobie saméj,
„Aż Bóg przez nią nie oświeci.“ —

Tesia cala zczerwieniała,
Nie wie, że to głos Anioła;
Czuje tylko, że się stała
Znów spokojna i wesoła.
I do Mamy!... —

Aż u bramy
Mama z jakąś biedną gada.
Co wpół naga, wsparcia błaga,
O swych dziatkach rozpowiada.

Ma ich czworo — jedne chorą,
Troje z głodu mrą bez chleba!... —
Żal zdjął Tesię — rubla niesie,
Wié już co z nim zrobić trzeba!... —

A gdy Mama, i uboga,
I Aniół–Stróż, w téjże chwili,
Z rozrzewnieniem, w imię Boga,
Wszyscy ją błogosławili:
Aniół–Stróż tchnął w jéj sumienie
Naukę na całe życie:
Że szczęście daje nie mienie,
Lecz dobre mienia użycie. —
1854.





GARNUSZECZEK ŚMIETANKI.

PRZYPISNY UCZENNICOM PENSYI
PANNY TERESSY BRZEZIŃSKIEJ.
W Warszawie.




Dzieweczki młode! któraż nie rada
Kiedy się ludziom podoba?
Niechże więc każda myśli i bada
W czém jest prawdziwa ozdoba.

Bo jużciż ufam, że was nie złudzi
Lada hołd głupców lub trzpiotów;
A zaś by zjednać cześć dobrych ludzi,
Dobrych potrzeba przymiotów.

Lecz same nawet cnoty z rachuby,
Byćby przestały cnotami;
I czyn najlepszy w celu swéj chluby,
Nie zdobi duszy, lecz plami.

Cóż więc jest dobrém prawdziwie? — Oto,
Co wam Stróż–Aniół w sumieniu
Powié, że czyńcie! a wy z ochotą
Czynicie, gwoli natchnieniu.

I takie tylko czyny niech złożą
Szereg dni waszych na świecie,
A nie dość ludzką, ale i Bożą
Miłość i Łaskę znajdziecie.

Albowiem wiedzcie, że przed obliczem
Boga, postępek nasz wszelki,
Jak i największy sam przez się niczém,
Tak i najmniejszy jest wielki,

Jeśli go tylko Bogu poświęci
Człowiek przez Miłość i Wiarę:
Bo nie z wartości, lecz z dobréj chęci
Bóg ceni ludzką ofiarę. —

I by téj prawdy wzorem wam dowieść,
I głębiéj utkwić w serduszku,
Powiém najprostszą, jak można, powieść,
Bo o śmietanki garnuszku.



Ongi żył w Wilnie żołnierz odstawny,
Stary weteran bez nogi:
Przed laty Rotmistrz chorągwi sławnéj,
W końcu inwalid ubogi.

Lecz Bóg mu, w zamian darów swych innych,
Dał dar najdroższy na świecie:
W jedynéj córce wzór cnót dziecinnych,
Najprzywiązańsze doń dziecię.

Tak, że ta nawet dola ich biedna,
Zda się, że szczęściem jéj była:
Bo przez nią czuła, że ona jedna
Gorycz jej ojcu słodziła.

I coby może zdało się drugiéj
Upokorzeniem, przykrością:
Jéj, nieść najniższe ojcu posługi
Było największą radością.

A codzień zwłaszcza piérwsza jéj sprawa
Była — ażeby co ranka,
Już nań czekała gotowa kawa,
I co najlepsza śmietanka. —

Raz więc, gdy dzień już świtał w okienku,
A ona w rannym fartuszku.
Klęcząc przed piecem, drewienkiem w ręku
Zgarnia kożuszek w garnuszku:

Drzwi się otwarły — wszedł człowiek młody,
Z Rotmistrzem widzieć się żąda. —
Jéj wstyd ognisty oblał jagody,
I on zmieszany spogląda.

I jak w nas każdym, z lada ponęty,
Z lada wzruszenia — w téj chwili,
Duch nasz kusiciel, i Stróż jéj święty,
Walkę w niéj o nię stoczyli.

„Wstyd ci, wstyd, hańba!“ — szepnęła pycha —
„Klęczeć przed piecem u garnka!
„Patrz, jak się z ciebie ten pan uśmiécha!
„Myśli, żeś pewnie kucharka!“ —

Na szept téj myśli, już chce co żywo
Zemknąć — ruszyła już krokiem... —
Wtém Aniół ojca postać sędziwą
Przewiódł przed myślą i okiem:

Jak ją codziennie Bogu poleca
Rad ze śniadania staruszek! —
I znów dziewczynka bliżéj do pieca —
A już, już, wzbiera kożuszek!...

„No I toż przynajmniéj mów!’ — tak przez próżność
Kusiciel w myśli rzekł daléj:
„Że to dla ojca; — niech twą pobożność,
„Niech twoję czułość pochwali!“ —

Już ma coś mówić — chociaż się wstydzi,
Gdy wtém — jak z głębi serduszka,
Słyszy głos cichy: „Dość, że Bóg widzi!“ —
I ach! war bieży z garnuszka.

Pierzchnęły wszystkie względy i trwoga —
Znów na kolanach u pieca!... —
A wtém wszedł Rotmistrz — i gość od proga
Dał krok, i sam się zaleca.

Syn towarzysza w niejednéj bitwie,
Co oto w liście zaklina,
Aby młodzieńca, obcego w Litwie,
Rotmistrz przygarnął jak syna.

I gdy staruszek rozczulon rzewnie,
Wspomniawszy młode swe lata,
Woła na córkę, i ręczy pewnie
Że go też przyjmie za brata:

Twarz ich obojga ogniem spłonęła —
Bo wzajem z swego spojrzenia,
On wdzięk jéj duszy — ona pojęła,
Że on jéj duszę ocenia.

I za lat parę, Nieba łaskawe
Dały im dożyć tej chwili,
Że jak mąż z żoną, razem już kawę
Dla starych ojców warzyli.
1854.





TRZY WIŚNIE.



Onego czasu, śród uczniów swych grona,
Mistrz–mędrzec, wzorem greckiego Platona,
Chodząc po polu i wiodąc rozmowę,
Ujrzał na drodze złamaną podkowę.
Rzekł więc jednemu: „Podnieś!“ — Lecz ten w sobie
Pomyślał: „Co ja z tém żelaztwem zrobię?
„Nie warto trudu!“ — i do towarzyszy
Zwróciwszy oczy, udał że nie słyszy.
Mistrz się uśmiechnął — bo właśnie w tę porę
Wykładał świętą, prawdziwą pokorę —
Lecz nie rzekł słowa — i gdy ci mijali,
Sam się nachylił, podniósł — i szli daléj.
Przy drodze stała kuźnia. Mistrz wszedł do niéj,
I ukazując podkowę na dłoni,
Rzekł do kowala: „Daj wiele chcesz za to!“ —
Dał grosz. — Szli daléj — a było to lato
I skwar. — Spotkali niewiastę: szła z koszem
Wiśni do miasta. — Mistrz zaszedł jéj z groszem:
„Wiele za niego?“— Dała trzy jagody. —

Szli daléj. — Kraj był piaszczysty, bez wody;
Skwar wzrastał. — Wtém Mistrz, niby nieumyślnie,
Przed owym uczniem rzucił jedną wiśnię. —
Ten zgiął się po nią — podniósł — zjadł! — Szli daléj...
A skwar się wzmaga, a pragnienie pali! —
Mistrz o pokorze wciąż wiodąc rzecz długą,
Znów jak z przypadku rzucił wiśnię drugą.
Uczeń znów zgiął się, podniósł — i pomału
Ssał w ustach, tłumiąc zasuchę upału. —
Szli daléj; — aż Mistrz znów jak przez przygodę,
Otrząsł z łodyżki ostatnią jagodę.
Potoczyła się, i zagrzebła w piasku. —
Uczeń poskoczył — ale że po blasku
Dójrzeć jéj nie mógł — jął macać rękoma,
I niecierpliwy, czuł jak go oskoma
Bierze. — Lecz znalazł, otarł, i z pośpiechem.
Już miał do ust swych włożyć — gdy z uśmiechem,
Mistrz się obrócił ku niemu, i rzecze:
„Nie prawdaż? smaczne wiśnie, gdy skwar piecze? —
„Lecz wspominając, com rzekł o pokorze,
„To sobie także będziesz przypominał:
„Że po podkowę raz zgiąwszy się w porze,
„Trzykroć po wiśnie nie byłbyś się zginał.“ —
1860.





LEGIA TEBAŃSKA[13].



„Zwycięztwo! zwycięztwo!“ Gall pierzcha w nieładzie
Przed legą Rzymską po polu;
I Cezar Maksymin już w myśli swéj kładzie
Na czoło swe laur w Kapitolu.

I niżli sam wprędce, jak tuszy i marzy,
Cześć boską śród Romy odbierze:
U stopni dla Marsa wzniesionych ołtarzy,
Bić stugłów rozkazał w ofierze.

Lecz cóż to? — Falanga, co tryumf odniosła,
Nie łączy się sama do innych;
I stoi jak głazem do ziemi przyrosła,
Zdala od obrzędów dziękczynnych? —

Obaczył Maksymin — starszyznę przewodnią
Obwieszcza: — starszyzna jak głucha.
Szyk stoi bez ruchu. — O! zgrozo! o! zbrodnio!
Legija Cezara nie słucha! —

Gniew zawrzał w mocarzu: — wtém wódz się jéj zbliża,
I rzecze: „Chcesz prawdy? o! panie!
„Tyś wódz nasz i Cezar — lecz Bóg nasz, Bóg krzyża!
„My Grecyi syny, Tebanie.

„Bóg dał nas w moc twoje, i wolę w tém Jego
„Szanujem i znosim na ziemi:
„Lecz On nam zakazał czcić Boga cudzego,
„W Nim żyjem i umrzem wolnemi.“ —

— „Ha! śmierć więc wam wszystkim!“ — I na głos tyrana
Gromadzi się tłuszcza siepacza;
Zawiścią drażniona, wściekłością pijana,
Skazanych na zgubę otacza. —

Lecz ostrzem ich włóczni pół pola się jeży,
Jak mury szeregi ich tarczy:
Przed ciosem zbójeckim, co zewsząd w nich mierzy,
Czyż sił im na odpór nie starczy?

I tysiąc serc mężnych, w szeregach pogańskich
Na hasło ich tylko drżąc czeka,
By stanąć w obronie — nie praw chrześcijańskich,
Lecz swobód i prawa człowieka.

I Wiktor, Rzymianin, na świetnym rydwanie
Przybieżał i woła: „O! Grecy!
„Kto prawy syn Romy, ten za was dziś stanie! —
Więc naprzód! Wy piersi, my plecy.“ —

A na to wódz Greków: „Nie nasza to droga!
„Nie siła ludzkiego oręża.
Lecz czystą ofiarą, za prawdę, dla Boga,
„Duch Boży przez ludzi zwycięża.“ —

Wtém zabrzmiał znak straszny, i zbójców okrzyki
I wpadli. — Tebanie w téj chwili,
Zrobiwszy znak krzyża, rozwarli swe szyki,
I oręż na ziemię rzucili.

I wszyscy — czy który sam pierś swą odsłania,
Czy słabszy, co w żalu i skrusze,
W modlitwie sił szuka na chwilę skonania:
Wszyscy radzi oddali swe dusze. —

I widział Rzymianin — i poczuł sam w sobie
Moc prawdy i Krzyża zwycięztwo.
Uwierzył — i wyznał, i dotrwał w swéj próbie,
I z Greki podzielił męczeństwo. —

Poganie szydzili z słabości swych wrogów,
Maksymin się cieszył z ich zgonu;
Ci, widząc w nim pomstę i tryumf swych bogów.
On, pewność swej władzy i tronu.

Lecz w Niebie Wszechmocny osądził inaczéj! —
Ta święta pokora ofiary,
Ta krew tylu wiernych pod mieczem siepaczy,
Mąk i prób dopełniła snać miary.

I w mało lat potém, krzyż z Nieba widomy
Oświecił pogromcę Cezarów;
Konstantyn go zatknął na tronie śród Romy,
I nad świat wzniósł na ostrzu sztandarów.
1860.





ANNA KSIĘŻNA MAZOWIECKA.



W Mazowszu wre wojna braterska:
Na głós panów, tłum szlachty orężny
Obiegł wkoło warowny gród Czerska,
I poselstwo wyprawia do księżny:
„Niech opieki nad synem się zrzecze,
„Przed kądzielą giąć nie chcą się miecze.“ —

Lecz i księżna, mocna niewiasta,
Zgiąć się nie chce i nie da przed gminem.
„Że w mym synu, rzecze, krew Piasta,
„Wam on panem — mnie tylko wżdy synem.
„Opieki się nad nim nie zrzekę.
„Los mój Bogu poruczam w opiekę.“ —

I bój zawrzał — i brat przeciw bratu
Dobył miecza, i grotem weń mierzy. —
Ale księżna pamiętna co światu,
Pomni téż co się Bogu należy.
I przez okno patrząc ku bitwie,
Myśl i ducha korzy w modlitwie.

„Gdy w tém wola Twoja, o! Boże!
„Bym się z ziemskiéj potęgi wyzuła,
„Ty wiész, że się ofiar nie trwożę,
„Lecz spraw, bym powinność poczuła.
„Bo się groźbą i strachem nie wzruszę,
„A jak czuję, tak czynić też muszę.“

Jeszcze w ustach modlitwa jéj brzmiała.
Gdy jęk powstał w jéj dworskich pań kole. —
Przez okno, strzaskawszy szkło strzała,
Ugodziła w książęce pachole.
Krew trysnęła z rany dziecięcia.
Matka syna porwała w objęcia.

I w téj chwili myśl nagła, myśl nowa,
Przenikła jéj duszę jak strzała:
„Co ty cierpisz, ty matka–królowa,
„Każda matka to będzie cierpiała,
„Gdy jéj syn krew przeleje w potrzebie,
„Co się wszczyna za ciebie — przez ciebie!“ —

Zrozumiała głos Boży niewiasta,
Rzekła słowo — i walka skończona. —
Składa władzę — lecz cześć jéj urasta.
Naród wielbi w niéj matkę — a ona,
W Bogu tylko i Bogiem zajęta,
Żyła i umarła jak święta.
1867.





WIDZENIE BALTAZARA.
Z LORDA BYRONA.



Baltazar zasiadł na tronie,
Wkoło Satrapów gromada;
Gmach tysiącem ogniów płonie,
Uroczysta trwa biesiada.
Na święte niegdyś ofiary
Strzeżone w przybytku Pańskim,
Jehowy złote puhary
Szumią napojem pogańskim.

Lecz cóż to tak niespodzianie
Gwar zmienia w ciszę żałoby? —
Dłoń się zjawiła na ścianie,
Dłoń niewidoméj osoby! —
Zamilkła wrzawa godowa.
Palce przebiegając ścianę,
Ogniem na niéj piszą słowa,
Wskazując już napisane.

Widzi to mocarz struchlały,
Skinął — ustała biesiada.
Słowa na ustach mu drżały,
Wzrok obłąkany, twarz blada.
„Niech — rzekł — Magowie i wieszcze
„Przychodzą! niechaj tłómaczą,
„Ten cud, te słowa złowieszcze,
„Co wyrażają, co znaczą?“ —

Biegli są wieszcze Chaldei,
Lecz choć tajemnic gwiazd doszli,
Choć dumnéj pełni nadziei,
Przyszli — spójrzeli — i poszli.
Mądre Magi z nad Tygrysu:
Lecz tu ich mądrość daremna;
Treść nieznanego napisu
Trwa zawsze groźna i ciemna.

Z Izraelskiéj ziemi jeniec,
Królewskie słysząc rozkazy,
Wystąpił skromny młodzieniec,
Nieznane pojął wyrazy. —
Blask jaśniał w całéj swéj mocy.
Napis był wszystkim na oku:
Daniel czytał go w nocy,
Świt stwierdził prawdę wyroku.

„Wielkość twa w gruzy się wali,
„Kres twéj potędze i właści!
„Zważonyś na Niebios szali,
„Los twój spadł na dno przepaści.

„Pychą cię olśnił blask tronu:
„Kaźń twoja — nauka światu! —
Med jutro stróż Babilonu,
Pers twego pan majestatu.“
1824.






Wiersze Różne.

Bóg i Lud
CZYLI
NIEDZIELA I PIĄTEK.
KU CZCI JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚCI
PAPIEŻA PIUSA IX.




I.

„Błogosławiony! błogosławiony
„Zesłaniec Pański, co kocha lud!
„Jemu hozanna, Jemu pokłony!
„Przezeń wsławiony, przezeń zbawiony,
„Nad świat Syoński wzniesie się gród!

„On zwycięztw naszych ożywi palmy,
„Przed Nim pogański ulęże wróg.
„Jemu ofiarne wonie zapalmy,
„Jemu tryumfu zanóćmy psalmy,
On Mistrz, on Prorok, on Król, on Bóg!“

Tak w Jeruzalem lud Izraela,
Jak fale morza wyszłe z swych tam,
Tłocząc się, wołał głosem wesela,
Cześć Messyasza, Emmanuela,
Gdy do Syońskich wstępował bram.

I strach ogarnął ludu książęta,
Krzywéj potęgi poczuli kres.
Bo w lud wstąpiła siła natchnięta:
Lew Judy powstał, i wstrząsł swe pęta,
Co już przejadła rdza krwi i łez.

I strach ogarnął Faryzeusze,
I zawiść w sercu rozdęła złość.
Czują, że nie dość, w kłamanej skrusze,
Obłudą ludu omamiać dusze,
By współ z książęty w moc nad nim rość.

Bo w Nim jest miara Prawdy i Ducha,
Bo trzeba upaść — lub być jak On! —
Ale w ich sercu pycha, nie skrucha.
Aż w myśl zbrodnicza weszła otucha:
„On tylko człowiek! kres jego — zgon!“ —

I Pan przenika serc ich zamiary,
I w licu Jego boleści ślad. —
Słudzy ołtarzów! Mistrzowie wiary!...
W nichże to Niebios najdroższe dary
Strach tylko ziemskich wzbudzają strat? —

Lecz i lud, który Bogiem Go zowie,
Czyż tylko Boga znaleźć w Nim chce?
Czyż tylko nawet sami uczniowie
Prawdę w Mistrzowém pojmują słowie,
A nie swe myśli wcielają w nie? —

Lud pragnie kresu nędz i niedoli,
I w synu ludu swą widzi cześć.
Kleofas marzy blask dawnych króli,[14]
Iskaryota, pysze swéj gwoli,
Myśli, jak z Mistrzem sam się ma wznieść.

I tak na całym świata przestworze,
Gdy nań widomie zstąpił sam Bóg,
Nikt Boga w Bogu pojąć nie może! —
Kędyż im przyjdzie Królestwo Boże,
Gdy nikt tu jego nie czyni dróg?

Jak pojmą sercem niebieskie dary,
Gdy w ziemi tylko skarbów ich skład? —
Przyjdź duchu Łaski! przyjdź w świetle Wiary!... —
Lecz ach! Duch musi, przez krzyż ofiary
Pierwéj odkupić, nim zbawi świat! —

I Syn posłuszny téj Ojca woli,
Wié, że dlań tryumf jest wstępem mąk.
I nie nad sobą — o! lecz Go boli
Grzech podżegaczy zdrad i swawoli,
Z których ma umrzeć namów i rąk.

Albowiem biada! i stokroć biada!
Kto woli Pańskiéj stawać śmie wbrew;
Kto Prawdę Pańską ćmi; kto przykłada
Serce do zdrady: lub czyja rada
Bliźnich na bliźnich poduszcza krew!

I stokroć biada szaleńcy! który,
Jak niegdyś w raju zwodniczy wróg,
W lud prosty w myślach, lecz w sądach skory,
Zamiast miłości, zamiast pokory,
Tchnie szał swéj pychy: „Tyś jako Bóg!“

II.

Jeszcze nie przyszła druga Niedziela,
Jak Pan w Syoński wstąpił swój gród:
Jakiż w nim znowu głos Izraela? —
O! nie miłości! o! nie wesela!
Choć ten sam jeszcze i Pan, i lud.

Wiarę zachwiała zdrada Judasza,
Faryzeuszów zakwitnął siew.
Lud, co tak wielbił, sam się doprasza
O sąd, o wyrok na Messyasza,
Sam na się Jego przyjmuje krew! —

Z uśmiechem wzgardy Faryzeusze
Święcą już w sercu tryumf swych zdrad;
Piłat gotuje sąd i katusze:
Zwątpienie uczniów owładło dusze —
I przeciw Bogu jest cały świat! —

Bo oto chwila wielkiéj godziny,
Gdy odkupienia staje się cud.
Syn Boży cierpi za ludzkie syny —
Cierpi przez wszystkich, za wszystkich winy:
Za króle, mędrce, kapłany, lud! —

Ale na Niebie Anielskie chóry,
Ale w otchłani piekielny wróg,
Wiedzą — że oto kres, po za który
Stary świat w nowe pójść musi tory,
Za Panem panów, za Sługą sług! —

I na Niebiosach hymn uwielbienia,
I wściekłość w głębi piekielnych jam. —
Ziemio! ty tylko, w mgle zaślepienia,
Chcesz — lecz nie z góry czekasz zbawienia,
I ufasz tylko w swój rozum sam! —

O! i doświadczysz jego roboty.
Byś sama o nim wydała sąd!
Zbawcę powiedziesz na krzyż Golgoty,
Do pęt swych przydasz piętno sromoty,
I prawdę w głębszy odepchniesz błąd.

Aż przyjdzie ciemność, co cię przelęknie,
Budząc żal żalów i skruchę skruch;
Aż samolubstwo w łzach swych rozmięknie,
Aż pycha myśli pod Krzyżem klęknie —
I wtedy z Krzyża — zaświeci Duch.

I co dożyją, będą widzieli
Cuda dzieł Pańskich i Pańskich dróg.
I czemu hardzi wierzyć nie chcieli,
Sercom skruszonych rzekną Anieli:
„Świat zbawia tylko — nie lud — lecz Bóg!
1849.





Bóg i Świat.
CZYLI
WYSTAWA I WOJNA.




Stwórco i Sędzio świata!
Tyś Pan, Ty Ojciec!
Ku Tobie ze wszech stron,
Jak jeden płaczu ton,
Głos ludzkich modlitw ulata! —
Lecz komu woli Twéj dociec? —

Panie! nikt nie wie,
W łasce czy w gniewie
Ważysz nad ziemią przeznaczeń jéj szalę? —
Góry runą w otchłanie —
Lecz co po nich powstanie? —
Panie! Panie!
Obyż ku Twojéj chwale! —

Wiek i człowiek rzekł wzajem:
„Dojrzeliśmy, i stajem
„Początkiem nowych dróg.

„Zakon nasz nam ogłasza
„Natura — matka nasza!
„My i ona — to Bóg! —

„Sobie nieśmy ofiary:
„Ona nam swoje dary,
„My jéj, sztukę użycia.
„Siłą złączoną wzajem,
„Ziemię u czynim rajem,
„Rozkosz prawidłem życia!“ —

I jedni przed drugiemi,
Skarby i dzieły swemi
Chełpili się, wołali:
„Patrzcie! gdzie już dosięga
„Rozum nasz, i potęga!“ —
I — i tryumfowali.

Ludzkość w prostocie ducha
Słuchała — i otucha
Pokrzepiała cierpliwość.
„Czekajmy! niedaleki
„Dzień, gdy już nam na wieki
„Rozum zjedna szczęśliwość!“ —

Panie! czyż te dział gromy,
Co wstrząsły świat widomy,
Jéj zwiastują przybycie?

Czy jęk i płacz sierocy,
Z południa i z północy,
Nowe witają życie? —

Panie! Panie! straszliwa
Snąć się próba odbywa,
Aż świat w skutkach obaczy:
Jak, i na co pracował,
Jakim bogom hołdował,
I — i zacznie inaczéj. —

Bóg z Niebios majestatu,
By nieść zbawienie światu,
Sam stał się sługa sług.
A syn śmierci, proch lichy,
Na słowo ducha pychy,
Chce sam być jako Bóg.

Bóg w człowieku śród świata,
W każdym miłował brata,
Za wszystkich przelał krew.
Panów świata wciąż ima,
Albo zawiść Kaima,
Lub pychy jego gniew.

Ach! czyż świat nie obaczy,
Komu służyć ma raczéj:
Bogu, czy ludzkiéj dumie? —
Nie raczéj–li da ucha
Na głos Bożego ducha,
Niż pychy w swym rozumie? —

Panie! a gdy się ziści,
Że zamiast nienawiści,
Świat spoi zgoda bratnia:
Nie będzie–li i ona
Wojna błogosławiona,
Co już była ostatnia? —
1870.





MOJŻESZ.



Mojżesz rozdarł swe szaty, w proch uderzył czołem —
Lud jego zgrzeszył! — on widzi.
On był jego prorokiem, wodzem, apostołem!
On go kochał jak ojciec! jak brat cierpiał społem!
Śmierć dlań zniósłby z rozkoszą!.. — A dziś!... dziś się wstydzi —

On! za lud swój! — Dziś się brzydzi
Sam sobą: bo nienawidzi
Sam w sobie, tego, co czuje.
Bo czuje, że nie miłuje.
Że wątpi — on! o swym ludu! —
Bo czuje, że nie wart cudu,
Nie wart, co Pan mu przeznacza! —
Czuje, widzi, i rozpacza.

„Panie!, wiém żeś Wszechmocny, wiém żeś Miłosierny,
„Lecz ach! Tyś i Sprawiedliwość!...
„Coś obiecał, dawałeś — lecz lud ten niewierny
„Zmarnował Twą i Szczodrobliwość.
„Głupi lud bez rozwagi i bez roztropności!
„Z darów Twych rósł tylko w butę;

„W karach Twoich nie uznał win swoich i złości:
„Podwajał grzech, nie pokutę.
„W gniewie swym, gniewu Twego chciał kruszyć narzędzia,
„Zamiast go skruchą rozbrajać! —
„Cóż za dziw, żeś Pan i Sędzia,
„Kaźń tylko musiał podwajać? —

„A wielkie były dary, coś nań zlewał, Panie!
„Jak orzeł młode orlęta,
„Tyś go Sam na Swych skrzydłach podniósł na latanie;
„Sam jego pokruszył pęta,
„Sam wywiódł z domu niewoli,
„Postawił między narody,
„By w posłuszeństwie Twej woli
„Dał wzór prawdziwej swobody! —
„A on!... rozwierzgał się, miły,
„Przeciw twéj władzy i właści!.. —
„Pokruszył szranki, co były
„Poręczem brzegów przepaści.
„Z każdą pokusą się swatał,
„Każdym prorokiem pomiatał,
„Przed każdym cudzym bałwanem
„Zapomniał, żeś Ty jest Panem,
„Aż jak on praw Twych tablice,
„Tyś go zdruzgotał na nice!... —

„I jemuż to ma być dana
„Ta ziemia Twa obiecana,
„Płynąca mlekiem i miodem?

„On to ma być tym narodem,
„Co jak lud z ludem nawzajem.
„Ziemię miał złączyć znów z rajem?... —
„Tyś chciał — lecz biada mu, biada!...“

— „Stój!“ — głos–grom zabrzmiał z wysoka.
„Milcz! słuchaj! Pan odpowiada. —

„Kto dał sąd ustom proroka?
„Kto śmie chcieć sądów Mych dociec? —

„Jam Pan — lecz Jam jest i Ojciec.
„Ty widzisz fale — Ja widzę
„Dno mórz. — Serc głębie, Ja zmierzam.
„W gniewie Mym — nie nienawidzę,
„Karząc — nie zemsty domierzam.

„Znam lud Mój — ze Mnie wziął ducha.
„Tyś o nim zwątpił — lecz nie Ja. —
„Wiém, serce–wulkan w nim bucha;
„Wiém, w myślach burzy zawieja.
„Lecz gdzie jest Miłość — jest skrucha,
„Jest Wiara — gdzie jest Nadzieja. —

„Pokuta z win go oczyści,
„Wiara i Miłość w nim ziści
„Cel mego w nim przeznaczenia. —
„Bo wiedz! tylko dla zwątpienia.
„I tylko dla nienawiści,
„Nie ma u Mnie przebaczenia! —

„Tyś zwątpił, sługo wybrany!
Lecz przez miłość ludu twego. —
Ujrzysz więc kraj obiecany,
Lecz sam nie wejdziesz do niego!
1867.





TYTANY I GNOMY.



„Do Nieba! do Nieba! — Dość hańby służebnéj!
Dość Bogów być tylko narzędziem!
Jak oni zstępują na świat nasz podniebny,
My świat ich nadziemski zdobędziem!

„Saturna wyzujem z potęgi nad czasem,
Dłoń Zeusa z piorunów rozbroim.
I z ramion Cyprydy, uroków jéj pasem
Pierś dziewic–ziemianek przystroim!

„Bo wstyd nam i krzywda, wciąż z Bogów li daru
Brać życie, i piękność, i dzielność! —
„Więc bądźmy jak oni! Z puharów nektaru
Wypijmy i my nieśmiertelność!“ —

I góry na góry zwalając Tytany,
Szturmują i pną się ku Niebu...
Lecz góry ich zgniotły — a z gór tych wulkany
Błysnęły jak uśmiech Erebu.




„O! głupi szaleńcy! — wołają dziś Gnomy,
Upadli — bo warci swéj kaźni.
Sięgali po Niebo — po eter znikomy!
Do Bogów — do mar wyobraźni!

„W głąb ziemi! w głąb ziemi! — Tam prawda! tam, złoto!
Tam warstat tajemnic Natury!
Tam rozum się rzeczy przeniknie istotą —
Bo wszystko jest z dołu, nie z góry! —

„Tam pozna, że rozkosz — to jeden cel życia,
Bez trwogi ni zgryzot, ni gromów!
I tam go nauczy rozkoszy użycia
Natura — twórczyni małp–gnomów!“ —

I w przepaść z przepaści — i coraz to głębiéj.
Gnom gnoma pościga łańcuchem...
A z dróg ich dym tylko tém gęściéj się kłębi —
Nie piekło–li grozi wybuchem?...



„O! biedni śmiertelni! O! jak was uleczyć?“ —
Anioły wzdychają wiek z wieka:
„Ni Bogu dorównać, ni Boga zaprzeczyć,
Nie dano jest mocy człowieka.

„A litość nas bierze nad łzami waszemi,
Choć próżna jest nasza przestroga.
Bo widzim, że szczęście jest dla was na ziemi —
Lecz wam go nie znaleźć bez Boga! —

„Lecz nie bój się, ziemio! Ten, który cię stworzył,
Co skruszył potęgę Tytanów,
Nie na to On za cię krew Syna położył,
Byś poszła na pastwę szatanów!

„I przyjdzie — że kiedyś, jak z jutrzni poranka,
Zbawienia dzień w pełni zabłyśnie:
Gdy w krajach ludzkości, nad tronem Baranka,
Duch Boży jak gołąb — zawiśnie!“ —
1867.





PROROK.




Soll einst die Nachwelt dich mit Segen nennen,
Sollst du den Fluch der Mittwet tragen können
(Raupach).
Gdy kiedyś przyszłość ze czcią ma twe imię głosić
Gotuj się od współczesnych złorzeczenia znosiċ:


W kim duch lotny, myśl wysoka,
W sercu żądza świata chwał:
Cóż mu za dziw, — że Proroka
Cześć i miano miećby chciał? —

Lecz niech spójrzy — a ochłonie —
Jaki na to brać ma chrzest:
Czém u ludzi — nie po zgonie,
Lecz za życia Prorok jest? —

Szał, ślepota, czcze rachuby,
Pchną lud jego w grzech lub srom:
Prorok widzi otchłań zguby,
Gróźb niebieskich słyszy grom.


Prorok woła, co mu każe
W sercu Prawda w duszy Bóg.
Za odpowiedź grzmią potwarze:
Wszyscy bracia — on jest wróg!

W nim się serce żalem krwawi,
Wkoło śmiechu szydny ton.
Wszyscy mądrzy! wszyscy prawi!
Kłamca, zdrajca — jeden on!

Najlichszego gmin podnasza,
Gdy ma kamień rzucić nań. —
Ból i los Jeremijasza,
To Proroków wszystkich dań. —

Lecz czyż zmilknie, i z bojaźni
Bożych natchnień stłumi dar?
Czyż i w nim się nie rozdrażni
Człowieczego gniewu żar? —

Ale biada Prorokowi,
Co błąd karcąc, sam brnie w błąd!
Bóg litościw człowiekowi,
Lecz na niego inszy sąd.

Wziął najwyższe — wziął natchnienie,
I najwyższe musi dać,
Na co ludzkie przyrodzenie
I ludzkiego ducha stać! —


Prorok musi zrzec się siebie,
Czcią i życiem wzgardzić tu.
Stos kamieni, co go grzebie,
To dopiero ołtarz mu.

Tam się naród w pierś uderzy,
Tam wdzięczności spłaci dług:
Gdy po skutku gróźb uwierzy,
Że z Proroka mówił Bóg.





DUCH, CZYN, POSTĘP.



Duch, czyn, postęp — wielkie słowa!
Lecz co w czyich ustach znaczą:
Gdy co serce, gdy co głowa,
Wspak lub inak je tłómaczą?

I jak niegdyś hardzi w duchu,
W Babilońskim słów zamęcie.
Każdy jedno czując w uchu,
Różne w duszy ma pojecie? —

Duch — to Bóg! to Boża siła,
Co sam Stwórca tchnął w pierś ludzi,
Co przez Zbawcę świat zbawiła,
I co Zbawca wciąż nam zsyła,
Gdy ku Niebu w ślad swój budzi! —

O! kto takich natchnień słucha,
Kto przez taką siłę działa,
Ten wart zwać się synem Ducha,
Tego czynom cześć i chwała!

On przewodnik — on na przedzie!
Postęp — jest to jego droga,
Co wciąż idąc wyżéj, wiedzie
Wprost do celów woli Boga. —

Lecz i szatan jest téż duchem,
I on siłę ma na ziemi,
Co namiętnych żądz wybuchem
Serce wstrząsa, rozum ciemi,
I sumienia głos zagłusza.

Taka siła w ludzkim czynie,
Jest to lawa Wezuwjusza,
Co z dna piekieł na świat płynie.

Nie oświeca — chociaż błyszczy;
Nie ogrzewa — choć zapala;
Nie ożywia — ale niszczy;
Nie odradza — lecz przywala.

Biada niwom! biada grodom!
Gdzie jéj postęp wziął swą drogę:
Za grzech Gomorr albo Sodom
Niosąc tylko kaźń–pożogę!..

Lecz kto w Pańskim ufa Duchu,
W kim ku ludziom serce bliźnie,
Ten na łoskot jéj wybuchu,
Wołać musi w swéj ojczyźnie:

„Zbawco świata! Boży Synu!
„Pogromco piekieł zastępu!
„Broń nas od takiego czynu,
„I od takiego postępu!
1851.





GWEBER.[15]



Nie! jam nie czciciel bałwanów,
Nie w ziemskie światła ja wierzę:
Nie w wybuch ognia wulkanów,
Nie z ogniem piekieł w przymierze! —

Tryumfu dnia mi nie wróżą
Komety płomień ziejące. —
Gwebr wierzy tylko w moc Bożą,
Któréj obrazem jest słońce.

Cóż, że synowie sił ziemi,
Czciciele tylko sił własnych,
Z litością szydzą nad temi.
Co wierzą wróżbie gwiazd jasnych? —
O! gwiazdy te na niebiosach,
To tylko godła prawd wiecznych:
A z nich Gwebr wróży o losach,
O celach swych ostatecznych.

A jeśli w długim zbyt mroku,
Stos ofiarny, znak wojenny,
Czczy meteor jego oku
Zda się zorzy wschód promienny,
I on im w stróny uderzy:
On człowiek — popadł w błąd chwili!
Lecz on Gwebr, czuje i wierzy
Że wiara jego nie myli:

Że tylko jasność z wysoka.
Nie z dołu ziemi pożoga,
Zwalczy noc — któréj pomroka
Zasłania światu twarz Boga.
Aż światło odeń bijące
Moc Arymana ukorzy.
A wtedy Ormuzd, przez słońce,
Na świat rozleje dzień Boży.
1860.





RODZINA.



Jak niebo szerokie deszcz leje potokiem,
Świat cały pod niebem wre morzem głębokiém,
Straszliwa potopu godzina!
I jedna już tylko, w otchłaniach nicości,
Pamiątka przeszłości, nadzieja przyszłości,
Buja w arce Noego rodzina.

I wszystkie skazanéj ludzkości boleści,
Żal, rozpacz, zwątpienie, i przestrach niewieści,
Miotają jéj syny i córy.
I obok litości, gniew na tych, co sami,
Niewiary, swawoli, i pychy grzechami,
Kaźń tę świata ściągnęli nań z góry.

Sam Noe z pokojem cierpienia na czole,
Przeniknął ich myśli, zrozumiał ich bole,
I stanął w pośrodku, i rzecze:
„Pan stworzył, Pan zniszczył; — cześć Panu nad Pany!
„Łzy wasze nie grzechem; lecz sąd wam nie dany
„Na braci, na plemię człowiecze.

„Zgrzeszyli, zginęli! — lecz dla was z ich kaźni,
„Nie gniewu, nie wzgardy, lecz Pańskiéj bojaźni
„Pobudka niech będzie jedynie!
„Bo wyście wybrani odrodzić świat nowy —
„A jako w swém ziarnie plon wszelki światowy,
„Tak Ludzkość zawarta w Rodzinie.

„Z praojców spuścizną, w plemieniu Adama
„Grzech skaził świat stary; i oto ta plama
„Potopem się zmywa ze świata.
„Spuścizną niech po was odzierżą synowie,
„Co światu nowemu zwrot Łaski zapowie:
„Wiarę w Panu i miłość dla brata.

„Chłonące świat wody w głąb ziemi wnet wsiękną,
„I ziemia, jak była, odrodzi się piękną —
„Lecz duch Boży niech w was się odrodzi! —
„I patrzcie! Pan słowu mojemu poręcza.“ —
Rzekł Noe, i wskazał ku Niebu — a tęcza
Jak wstęgą spłynęła ku łodzi.

1867.





KÓŁKO DOMOWE.



Ciemność i burza, wichry i gromy,
Ziemia zadrżała, Niebo się sroży.
I któż nie czuje, że snąć widomy
Na grzechy ludzkie spada sąd Boży?

I biada, biada ludziom! jeżeli
Z serc swych upartej nie złożą buty,
Jeśli w łzach, które leją i leli,
Bóg nie dopatrzy łez ich pokuty!

Ale gdzież Skrusze wyznać swe grzechy,
Gdzie Prawdzie śmielszém ozwać się słowem,
Gdzie sercom wzajem szukać pociechy,
Jeśli nie w bratniém Kółku Domowém?

Bo jak z ziarn tylko — drobnych, lecz zdrowych,
Rośnie chleb świata, plon ludzkich trudów:
Tak tylko z ognisk i z cnót domowych
Wzróść może szczęście krajów i ludów.

Tam niech więc kapłan, z męztwem proroka,
Wiarę serc wiernych krzepi i czyści:
Że niezachwiana Prawdy opoka
Jest wżdy w miłości, nie w nienawiści.

Że pyszny rozum drogi swe krzywi;
Że płocha krewkość goni w bezdroża;
Że co się prawom Bożym przeciwi,
Z dobrem się ludzkiem zgodzić nie może!

Tam niech się starzec ocknie z uśpienia,
Niech się upomni o cześć siwizny,
A światłem prawdy i doświadczenia
Usprawiedliwi prawo starszyzny!

Tam niech się młodzian uczy i słucha,
Wprzód nim sam zacznie radzić lub rządzić;
Niech błaga darów Świętego Ducha,
By się złym nie dać zwieść, i nie zbłądzić!

Tam niech niewiasta, przez łzy boleści
Spójrzawszy jaśniej na świat i życie,
Z cnót szuka tylko chwały niewieściéj,
Anioła światu wróci w kobiécie!

Wtedy, po takich przodkach w spuściznie,
Gdy na potomków serce i głowę
Błogosławieństwo spłynie w ojczyźnie:
Wdzięczność jéj uczci Kółko Domowe.

1865.





PO GRADZIE.



Różaną jutrzenką promieni się dzionek.
Pogodny, łagodny, wiosenny:
W przezroczach błękitu poranny skowronek
Wyśpiewuje hymn swój codzienny.

I patrząc nad sobą w niebiosa przeczyste,
Jak wróżą pogodę i ciszę:
I patrząc pod sobą na łany kłosiste,
Jak wiatr w nich urodzaj kołysze:

Śpiewacze w nim serce wezbrało pociechą,
I pieśń brzmi radością natchnięta,
Wkrąg budząc jak echo, pod niebem i strzechą,
Lud do pracy, do chóru ptaszęta.

I chór ten i praca, naprzemian, koleją,
Ożywia las, pola, i domy. —
O! pieśni! o! praco! o! ludzka nadziejo!
Jak radość, jak plon wasz znikomy!

Cóż nada, że słońce opatrzne na niebie
Wyiskrzą blask twórczych promieni?
Kir chmury burzliwéj zagarnął je w siebie,
Grom z wichrem panują w przestrzeni.

I z czarnych chmur łona jak śmierci nasiona,
Sypnęły się grady ziarniste.
O! biedny skowronku! gdzież dla cię ochrona?
O! biada wam, łany kłosiste!

A z nich ci to przecież, rolniku! brać trzeba
Wzór wiary i męztwa w niedoli.
Skowronek po burzy znów — leci pod nieba,
Kłos z ziemi się dźwiga powoli.

A tobież z rozpaczą, w krzyż składać ramiona,
Jak ten, co snem wiecznym już drzemie? —
Dłoń tylko śród pracy ku Niebu wzniesiona,
Miłosierdzie ściąga na ziemię.

1867.





ALLELUJA.



Alleluja! wiosna błyska.
Słońce grzeje, trawka buja:
Ziemia z trumny znów kołyska
Zbóż i kwiatów — Alleluja!
I z tych kwiatów wnet się wonność
Jak kadzidło w Niebo wzniesie;
Świat zaścielę łąk zieloność,
Chóry ptasząt zabrzmią w lesie:
Aż znów mroczna i ponura
Cała ziemia i natura
Jak świątynia strojna stanie,
Na sił swoich zmartwychwstanie.

O! Młodości! wiosno życia!
Wiosno pokoleń ludzkości!
Gdybyś i ty, w dniach rozwicia
Sił zapału i miłości,
Wzorem ziemi i natury,
Wszystko, co ci dane z góry,
Zamiast rozwiać wichrów tchnieniem,
Zamiast spalić żądz płomieniem,
Bożem ziarnem siała światu!

Jakby ono twemu latu,
Samo rosnąc w nieskończoność,
Dało plenność, barwność, wonność!
Jakby ogień w ciebie tchniony,
Blaskiem tęczy, a nie łony,
Z ziemi odbijał na niebie,
I na ziemi, wokrąg siebie.
Po nad starych zasług groby,
Rozpromieniał kir żałoby,
Nowéj pracy budząc życie!.... —
O! i jakby przy tym świcie,
Ziemia z Niebem, zawsze społem,
Brzmiały zgodném a wesołém
Alleluja!
1869.





WESTALKA.



U stóp ołtarza, w śnieżystéj bieli,
W blasku świętego ogniska,
Jakże niém sama, w oczach czcicieli.
Kapłanka jego odbłyska!

Wieszcz w Jéj spojrzeniu myśl swą zapali,
Natchnienie z ust Jéj nań wionie;
Od Niéj w rycerzu, jak odblask w stali,
Duch poświecenia zapłonie.

Przed Nią z pokłonem, z miejsc swych na Forum,
Ojce ojczyzny powstaną;
Znak Jéj wytrąci topór Liktorom,
Nad głową na śmierć skazaną.

Bo tak chce światem władnąca Roma,
By dać tem wiedzieć po świecie:
Jak czci niewinność, ani się sroma
Świętość uwielbić w kobiecie.

A hołd czci takiéj, bez prac i trudu,
A taki tryumf bez walki,
Wiek w wiek ma w sercach Bożego ludu
Niewiasta z duszą Westalki.

Jąż–by więc mogły, czy szał zapału,
Czy tak zwieść myśli pokusa,
By z swéj wysokiéj czci piedestału
Skoczyła w orszak Bachusa?

Jéjż–by to, zamiast brać hołd w świątyni,
Na rynku przed gminem pląsać?
I zamiast władać berłem bogini,
Tyrsą bachantki potrząsać?

Onażby mogła, nad chórów modły,
Nad kornych westchnień hymn cichy,
Sprośnych Satyrów przenieść śmiech podły,
Lub wrzask przy brzęku w kielichy?

Onażby miecąc na wiatr, jak włosy
Tak i zasłonę dziewiczą,
Wzięła za tryumf, że pjane głosy
„Evoe!“ dla niéj zakrzyczą? —

Nie, nie! świętego ognia kapłanko!
Nie dla cię pląs Bachusowy!
Tak jak nie tobie, duszo–chrześcianko!
Dzielić szał pychy wiekowéj!

Co i niewiastę, prądem zakrętu,
Z cienia domowej zagrody,
Porwał jak wicher, i w wir zamętu
Niesie, pod hasłem swobody.

Ty wiész, że wolność nie jest w swéj woli;
Wiész, z kim tę wolę zespolić.
By serce naprzód z złych żądz niewoli,
Myśl z próżnych marzeń wyzwolić.

Ty wiész, nad światem moc władnie czyja;
Znasz dział niewiasty i męża:
Że co on tylko siłą podbija.
Ona miłością zwycięża.

Że przez nią tylko, co on dokona,
Na święty idzie pożytek:
I co on tylko buduje — ona
W Boży ma zmieniać przybytek.

I ty wiész jeszcze — że jak w naturze,
Tak w ludzkich losów kolei,
Słońce i Wiara tylko na chmurze
Malują tęczę nadziei.

Wierz więc i błagaj Matkę–Dzłewicę,
Za błędną siostrą i bratem:
By z serc i z myśli burz błyskawice
W grom się nie zlały nad światem!

1867.





MOC NIEWIASTY.



Jedna jest w świecie potęga prawdziwa,
Potęga duszy nad duszami ludzi.
Świat wciąż z nią walczy, choć sam wciąż jéj wzywa
A ona — jak Bóg, z którego wypływa,
Przez krzyż swój nawet, cześć i wiarę budzi.

Dwa są jéj miana: Gieniusz i Cnota.
Ale jest jeszcze — lecz kto ją okréśli,
Kto powié, w czém jéj źródło i istota? —
Jest siła — co jak słońca jasność złota,
Ożywia serca i rozwija myśli.

Gieniusz przez nią poczuwa sam siebie,
Cnota się przez nią krzepi i zachęca.
Źródło jéj chyba u Aniołów w Niebie! —
Lecz ją na ziemi Bóg wlał tylko w ciebie,
Niewiasto! kwiecie stworzeń Jego wieńca!

Świat bałwochwali wdzięk twego oblicza,
Miłość twa świat ten zdobi i odradza.
Lecz świętych uczuć pokora dziewicza!... —
Gdzież, jeśli nie w niéj, ta moc tajemnicza,
Co raj do serca, duszę w raj wprowadza? —

O! i na ziemi raj kwitnął do pory,
Aż się niewieście duch Pychy objawił. —
I gdy świat Litość ogarnęła z góry:
W duszy Maryi tchnął wprzód wzór Pokory,
Nim się narodził z niéj Ten, co świat zbawił.

1867.





MIŁOŚĆ I PRACA.



I gniew mię burzy, i żal mię wzrusza,
Ilekroć widzieć mi trzeba;
Jak się anielska piękność i dusza
Unuża w pracy dla chleba.

A tak dziwnego jest coś w tym razie
W owym i gniewie i bólu,
Jak gdybym Świętą, com czcił w obrazie,
Ujrzał u żniwa na polu.

I w tém uczuciu zda się odsłania
Tajna przeznaczeń zawiłość:
Czém tu, z Boskiego snać powołania.
Winny być: Praca i Miłość.

Praca na ziemi, jest z sądu Pana
Karą ludzkiego rodzaju;
Lecz mu na ulgę Miłość zesłana,
By nie zapomniał o raju.


Pracą grzech ciała odkupić trzeba,
Krewkość utrzymać w pokorze;
Lecz się przez Miłość tylko do Nieba
Duch oczyszczony wznieść może.

I tylko Miłość pracę uświęca,
Jak w Pracy dla niéj opieka.
Na to Bóg siłę tchnie w pierś młodzieńca.
Dziewicę w piękność obleka.

Wstyd więc młodziana trwodze próżniaczéj.
Co się téj zrzeka opieki!
I drżąc przed pracą, woli się raczéj
Miłości wyrzec na wieki!

Żal was, i za was, córki Adama!
Że wasza miłość i krasa,
Zamiast być pracy pobudką, sama
W ziemskich jéj znojach zagasa! —

Lecz jest Kto widzi, jest Kto zapłaci,
Ku Niemu tylko myśl wznieście!
I kto wié, zali win męzkiéj braci
Bóg nie odkupi w niewieście?

1867.





HYMN DO Ś. CECYLII.



O! Cecylio święta! Za jakież zasługi
Bóg cię wzniósł tak wysoko między sług swych chóry?
Lub czemuż tam do téj aż pory
Obok ciebie nie stanął nikt drugi?

Toć gdy dosyć na sztucznych strón dźwiękach,
Harmonijnych ich pieśniach lub wrzawie —
Tylu mistrzów moc czaru ma w rękach,
Tyle imion w światowéj brzmi sławie!

O! Patronko! snąć w tobie nauka,
Jakich natchnień i ducha potrzeba,
By mistrz sztukę uświęcił, a sztuka
Aby mistrza podniosła do Nieba.

O! muzyko! ty echo
Jakby słowa twórczego!
Kierownico gwiazd biegu w przestrzeniach!
Ty niebieska pociecho
Serc i ducha ludzkiego
W burzach uczuć i życia cierpieniach!.

W tobie pokój i zgoda.
W tobie zapał i tkliwość,
W tobie myśli swoboda,
W tobie wiary żarliwość.

Przez cię miłość się budzi
I nadzieja tchnie błoga:
Tyś głos Boga do ludzi,
I głos ludzi do Boga.

Ty uśmierzysz katusze
Szału Saula w rozpaczy;
Na twe jęki, Bóg skrusze
Dawidowéj przebaczy.

I pokuta ocali
W przepaść wtrąconych pychą;
I grom trąb twych rozwali
Harde mury Jerycho.

Bo choć grzech się wielmoży
Po nad ziemią, swą branką,
Piekło zwalczy duch Boży,
A tyś ducha posłanką! —

O! Cecylio święta!
Spraw, niech muzyka taka,
Wzorem twoim poczęta,
Duchem twoim natchnięta,
Zabrzmi z duszy śpiewaka!

A nie czcza rozkosz ucha,
Nie czczy poklask słuchaczy,
Ale potędze ducha
Wtór dusz ludzkich przyświadczy.

I nad czczéj sławy blaski,
Wiara promieniem łaski,
Miłość sercami braci,
Znoje mistrza odpłaci.

A gdy przezeń z kolei,
Ogniem świętéj nadziei
Świętych czynów zapali się dzielność:
Z natchnień jego te czyny,
To są mistrza wawrzyny,
To cel sztuki — i w tém nieśmiertelność!





LILIJA.
(Wiersz poświęcony Deotymie).



Lilijo, kwiecie biały!
Z barwy i wysokości.
Tyś symbol ziemskiej chwały,
I serca niewinności.

Biadaż ci, o! ty kwiecie
Aniołów i ołtarzy!
Biada ci na tym świecie
Zawiści i potwarzy!

Tłum cię obiegł z zdumieniem —
Ty bez osłon, bez cierni,
Nie wiesz, jak on swym cieniem
Sam cię w oczach swych czerni.

Ty dlań ożywiające
Tchniesz wkrąg woni balsamy;
On na cię, jak na słońce,
Patrzy — by szukać plamy.

Jak zadymione szkiełka.
Zewsząd wytężył oczy,
Czy skazy lub ździebełka
Na twéj bieli nie zoczy.

Czemu? — Niech go kto spyta!
On nie wié. — Lecz na ziemi,
Tak każdą wyższość wita
Zawiść między niższemi.

A do czyjéjżby skroni,
Do piersi przypadł czyjéj,
Kwiat, co go z Nieba w dłoni
Anioł przyniósł Maryi? —

Toć niech cię świat świat nie łudzi,
Ty gościu wyższych światów!
Los poety śród ludzi,
To obraz twój śród kwiatów.

Myśl jego strzela z ziemi,
Jak twe kielichy białe;
Proch próżno blask ich ciemi,
Jak potwarz jego chwałę.

Pieśń jego, wonie twoje,
Pod niebem — w niebo płyną;
W gwarze ciżby — oboje
Tłumią się, albo giną.

Poeta, w życia szrankach
Walczący dla nagrody,
Byłby jak ty w równiankach
Na uczty lub na gody.

Ale jemu i tobie
Któż się równać odważy,
W pól rodzinnych ozdobie,
Lub w ustroju ołtarzy?

Tam pieśń i kwiat króluje.
I w tém widać na świecie
Bóg cel życia wskazuje
Lilii i poecie.

1869.





KOPERNIK.



„Światło, stań się!“ — rzekł Bóg.
I stało się słońce na niebie,
Lecz tajnie jego dróg,
Panie! kto zgadnie bez Ciebie?
Kto pojmie dzieło stworzenia,
Bez Tego, który je stworzył? —
Lecz wart–li Jego natchnienia
Duch, co się przed Nim nie korzył? —


∗             ∗

„Chcecie być jako Bóg“,
Rzekł piérwszy ludzi wróg.
„Wyłamcie się z woli Pana!“ —

Wyłamali się — i biada!
Ród ludzki spadł, i zapada
W ślepotę pychy szatana.

I świat Boży, świat przyrody,
Świat piękności, ładu, zgody,
Odwrócił się od człowieka:
Jak anielskie, jak dziewicze,
Jak niewinności oblicze,
Gdy nie z miłością, nie z cichą
Czcią jéj świętości — lecz z pychą,
Wzrok z jéj lic myśli docieka.


∗             ∗

O! słońce! ty żywe godło
Stwórcy w stworzeniu! ty źródło
Życia i światła! Na ciebie.
Jak przeciw Niemu na Niebie,
Zarazem, ślepe w swéj dumie
Ludzkie targnęło się plemię:
Jemu chcąc zrównać w rozumie,
Nad ciebie wzniosło swą ziemię,
I jak duch w sobie pod ciało,
Ciebie pod rząd jéj poddało.

I z wieków w wieki trwał zamęt
W myślach i w prawdzie stworzenia —
Aż oto spojrzał w firmament
Mędrzec, wart z góry natchnienia.


∗             ∗

Koperniku! twoja chwała,
Jako słońce niewzruszona,
Na świat cały słońcem pała! —
W niéj strop, i szczyt, i korona
Owéj wieży tajemniczéj,
Co już z dolin Babilonu,
Jako Tytan–budowniczy,
Rozum ludzki, chciwy tronu,
Dźwigać zaczął: by z jéj szczytu,
W sferach światła i błękitu,
Zajrzeć w Niebo — i samemu
Stać się równym Najwyższemu.


∗             ∗

Ale czemuż z mędrców tylu,
Z tylu plemion, z tylu wieków,
Od proroczych Magów Nilu,
Do badawczej myśli Greków,

Nikt z nich nie zgadł, nie przeniknął,
Własną myślą, okiem własném,
Co po tobie świat nawyknął
Zwać tak prostém i tak jasném?

Czemu żaden żeglarz śmiały,
Od Jazona lub Ikara,
Nie dokonał, co zdziałały
Kolumbowa myśl i wiara? —

O! bo do tajemnic Nieba,
Jak do nowych ziem odkrycia,
Genijuszom jeszcze trzeba
Rozpromienieć w świętość życia!


∗             ∗

Koperniku! w twym żywocie
Świętość piérwsze miejsce bierze.
Nieskażony w ludzkiej cnocie,
Niezachwiany w Boskiej wierze!

Tyś nad laury w grodzie Romy,
Nad Italski strop gwiaździsty,
Przeniósł ojców dach poziomy,
Przeniósł mroczny kraj ojczysty.

I w tym kraju — tyś nie pychy,
Nie potęgi szukał pańskiéj;
Chrystusowy sługa cichy,
Mąż pokory chrześcijańskiéj.

Pracą ducha — prawdy Bogu,
Pracą serca — służąc bratu,
U mogiły ledwo progu
Tyś twą sławę zwierzył światu.

Kresem prac twych i nagrodą
Był zgon święty. — Dziś narody
O kolebkę twą spór wiodą!...
Lecz co martwe rodowody?

Mąż téj wiary i miłości,
Z duszą taką, z sercem takiém,
Kim być musiał z krwi i kości?...

Mów, kto znasz dzieje przeszłości!
Mógł–że on być nie–Polakiem? —

1873.





WŁADZA.

DO JERZEGO BARANOWSKIEGO.

(Przy objęciu przezeń wysokiego urzędu).



Za władzą goni szlachetna dusza,
By dobro szerzyć lub stwarzać;
Lecz jakże często, Prometeusza
Los musi tylko powtarzać!

Onaby chciała, słońcem na niebie,
Przez światło budzić ku życiu;
Ciepłem swém wszystko ogrzać wkrąg siebie,
Cnotę dopatrzyć w ukryciu.

A oto ledwie błyśnie na ziemi,
Wnet jak ćmy nocnéj gromady,
Zewsząd się ku niéj, skrzydły czarnemi,
Zlatują duchy–owady.

Nikczemność przed nią czołem w proch pada,
Pochlebstwo bieży, by służyć;
Próżność na klęczkach w blask się jéj wkrada,
Duma za szczebel chce użyć.


Chciwość w niéj widzi źródło korzyści,
Nienawiść zemsty narzędzie;
A w mroku na nią tchnie jad Zawiści,
A Zdrada sidła nań przędzie.

I co ludzkości świecić miał z góry,
Musi natężyć swe siły,
Aby mgły z bagnisk ludzkiéj natury
Jego samego nie śćmiły.

I co miał miłość przyoblec czynem,
W sercu wieść musi bój twardy,
By, nie dojrzawszy ludzi za gminem,
Z miłości nie przejść do wzgardy:

I lub się nie stać, z poduszczeń wroga,
Biczem postrachu i kary,
Lub się samemu nie wziąć za Boga,
A wszystkich za swe ofiary.

Bo wtenczas nad nim, z progów zenitu,
Grom mocy Pańskiéj zaświeci,
I świat nań runie skałą granitu,
I sęp zgryzoty przyleci!...

Lecz nie o ciebie, mój przyjacielu!
Te straszne myśli mię trwożą.
Co wzrok twój w świętym utkwiwszy celu,
Nie w swą moc ufasz — lecz w Bożą.


I wiész, że wszelka władza na ziemi,
Gdy w niéj ma działać moc Pana,
Musi być służbą tych, nad któremi,
I tam wciąż zmierzać, zkąd dana.

I że największéj, praca jest marna,
Jeśli się tylko kłopoce,
Nie jak w czas zasiać dane jéj ziarna,
Lecz jak z nich zbierać owoce.

Bo rząd przyszłości — ludzi i świata,
Pan sobie tylko zostawił.
Nie miecz Heroda, nie sąd Piłata.
Lecz krzyż Chrystusa świat zbawił.

I Pan tym tylko da władzę cudu,
Co piérwsi w kraju lub wieku,
Cel jéj czuć będą w potrzebach ludu,
A ludzkość — w Bogu–człowieku.

1851.





BOGACTWO.
DO MŁODEGO DZIEDZICA.



Żal mi ciebie, młodzieńcze! żal twéj duszy czystéj,
Żal twéj myśli, jak palma rosnącéj nad ziemię,
Że wnet na nią uderzy wyziew mgły bagnistéj,
Że ją wnet giąć ku ziemi ciężkie zacznie brzemię:

Wyziew pochlebstw, obłudy, i rachuby ludzi,
Brzemię rzeczywistości, trosk życia i mienia.
Cóż, że poznasz pochlebstwo? że cię fałsz nie złudzi?
Że pracy sprosta siła myśli i ramienia? —

Jedno jest szczęście serca — kiedy kochać może,
Gdy ma komu zaufać i wierzyć bezpiecznie.
Jedno jest szczęście ducha — gdy wolny ku górze
Wzleci, i światłem Niebios odetchnie słonecznie.


A co kochać, w co ufać będzie serce, które,
Z poznania ludzi, tylko wyczerpnie k’nim wzgardę?
A jak myśl, jak duch ludzki zdoła wznieść się w górę,
Gdz je tu ziemska praca wprzęże w jarzmo twarde?

O! młodzieńcze! to właśnie, co świat zajrzy w tobie,
To we mnie żal nad tobą i obawę budzi! —
Nie mając innych skarbów, prócz tych, co masz w sobie,
Kupiłbyś za nie serca wszystkich prawych ludzi.

Oniby cię na ziemi otoczyli kołem,
W nich poznałbyś i uczcił piękność cnót ludzkości;
Myśl twoja, duch twój z niemi pracujący społem,
Znalazłby pokój w Prawdzie, a szczęście w Miłości.

A dziś — jak gniew lub boleść utrzymasz na wodzy.
Gdy za gminem pochlebców nie dójrzysz człowieka? —
Bo tém są od bogatych szczęśliwsi ubodzy,
Że zły do tych się kwapi, a od tych ucieka.

Jak znajdziesz chwilę spocząć z trosk i trwóg złowrogich,
Gdy ci wciąż grozić będą zdrada albo szkoda? —
Troska, ciągły cierń bogactw; tak jak skarb ubogich
Jest ich ciągła nadzieja, i myśli swoboda.

Lecz mającym tu wszystko, w jakiéj żyć nadziei?
A bez niéj życie — przesyt, albo trud mozolny! —
Nie ma, nie ma dla ciebie, jedno świat idei,
Gzie możesz być, jak człowiek, szczęśliwy i wolny!


Tam tylko godne siebie ujrzysz cele życia,
Tam tylko godną siebie spotkasz dusz społeczność.
Tam cię tylko nauczą ziemskich dóbr użycia,
Dwie Niebieskie Mistrzynie: Powinność i Wieczność.

Powinność względem Boga, bliźnich, i narodu. —
Czuj ją tylko! — a spełnić, Bóg da czas i dzielność.
I obyć tak wiódł drogą twojego zawodu,
Byś w sercu czuł wżdy pokój. w duszy nieśmiertelność!

1852.





SŁAWA.[16]

DO JULJANA KORSAKA.

(Podczas tłómaczenia przezeń „Boskiéj Komedyi“ Danta).



Sława — syreny głos w młodzieńczém uchu!
Choć nie usypia, ale raczéj budzi.
Chęć jéj, to piérwsza iskra życia w duchu.
U wstępu na świat, sława — to sąd ludzi.

Kto, by go zjednać, nie odważy trudu,
Kto oń niedbały, leni się do czynu:
To już nie żywy brat Bożego ludu,
To już na wieki mętna kropla gminu!

Lecz kto z bram domu, w dziecinném marzenin,
W świat patrzy tylko — nim weń stąpi krokiem:
Temu, jak ziemia z niebem w oddaleniu,
Świat w jedna całość zlewa się przed okiem.

I wszystkie jego echa, jednym chórem
Brzmią k’niemu zdała — nie jak huk pioruna,
Nie! — jak szum tylko morza, po za którém
Zwie go i czeka skarb Złotego Runa.



TRENY POETY.



I.
(Za młodu).

O! jak to straszna być musi zgryzota,
Kiedy kto pomnik swéj hańby, lub zbrodni,
Zostawi w drodze swojego żywota:
A cień od niego — coraz dłuższy z przodu,
W miarę jak życie idzie do zachodu —
Czerni się przed nim, jako szlak przewodni
W głąb nieskończonéj ciemności! —
O! jak to straszne być muszą męczarnie!
Gdy już myśl sama o próżnéj przeszłości,
O latach strwonionych marnie,
Bez owocu dla kraju, dla świata, dla ludzi,
Skoro raz duszę ogarnie,
Tak ją przywala, i taki żal budzi!...


Ja — ja naprzykład! — Najpiękniejsze lata
Wiosny méj — przeszły! Jakaż ich oznaka?
Jaka z nich korzyść dla ludzi, dla świata? —
Com zrobił więcéj od nędznego ptaka,
Co wiosnę całą prześpiewał daremnie? —
Ach! ptak ten więcéj uczynił ode mnie!
Ptak nócąc spełnił cel swój na téj ziemi:
Ptak co mógł, zrobił pieśniami swojemi:
Był cząstką wiosny — choć o nim nikt nie wie.
Jak zdrój w gęstwinie, jak wietrzyk na drzewie,
Był głosem swego drzewa, gaju, niwy.
A czyż i rolnik, pasterz, lub myśliwy,
Pociechy kiedy nie czuł w jego śpiewie?..

Ja sam — o! pomnę! — i ileż to razy,
Gdym szedł dumając, posępny, samotny,
Zimny na wiosny, na kraju obrazy —
Nieraz w gęstwinie jakiś ptak przelotny,
Albo skowronek zaśpiewał wysoko.
Zrazum nie słyszał — lub nie myśląc o tém,
Szedłem dumając! — ale potém, potém —
Gdy on wciąż śpiewał i śpiewał swe pieśni,
Nieraz ku niemu poszła myśl i oko;
I z samolubnéj wyrwawszy się cieśni,
Śledząc go w lesie, lub z nim lecąc w górę,
Ujrzałem piękną, żyjącą naturę,
Uczułem miłość Stwórcy — i wracałem
Wesół, z nadzieją, z natchnieniem, z zapałem. —

A ja — ja człowiek! — ja, który od młodu

W dumném mém sercu żywię chęci śmiałe,
Przyczynić dobra dla mego narodu,
I sam mu dając, wymódz na nim chwałę:
Com zrobił dotąd, z moją wiarą dumną
W chęć moję silną, w myśl moję rozumną? —
Nic! — Cóż żem śpiewał? — czyż choć jedną duszę,
Jak mnie ów ptaszek, pieśnią moją wzruszę? —
A to był przecież cel mój na téj ziémi,
Téj tylko władzy chciałem nad drugiemi.
Boże! Tyś widział, na com jéj chciał użyć,
Czy by sam słynąć, czy by Tobie służyć? —
Zkąd miłość pieśni? jeżeli nie z tego:
Że gdym sam naprzód poczuł z pieśni cudzéj,
Wartość wielkiego, pięknego, dobrego,
Wszystko, czém człowiek wart Stwórcy swojego,
Chciałem, by z mojéj toż poczuli drudzy? —

Jeśli mię cel ten z lepszéj drogi złudził,
Jeśliś tu dla mnie cel zamierzył inny:
Wiém, jakbym zbłądził! — lecz błąd był niewinny.
Pierwéj niż wolę, w méj duszy dziecinnéj
Głos pieśni — ja myślałem, żeś Ty sam obudził! —
Teraz w téj myśli jest moja katusza.
W niéj żyje dla mnie sęp Prometeusza —
Prometeusza! — obym mógł przewinić
Jak on! dla świata, to co on uczynić!! —
Lecz widzieć całą wiosnę swego życia
Straconą bez pożytku, bez użycia:
Nic nie uczynić, i drżeć: czym nie winien,
Żem to chciał czynić, com nie był powinien?!...


Lecz czemuż dotąd, łamiąca się dusza
Do innych celów napróżno się zmusza?
Czemu mój rozum, dręcząc mię, daremnie
Większą prac innych ważność wmawia we mnie?
Lub gdy już wszystko mgłą w duszy zamierzcha,
Czemuż znów dawna nadzieja młodzieńcza
Ogniem przede mną zabłyska, jak tęcza? —
Albo ach! raczéj — czemu znów tak pierzcha?

Obyż mi kiedy — niechby choć raz przecie,
Wcielić w pieśń całą blasków jéj potęgę,
I na mój naród rzucić ją jak wstęgę,
Jak ślad méj drogi po świecie!


II.

Jest–żem szaleniec? — Nieraz tak rozumiem,
Gdy sam swych myśli rozdrażniwszy roje,
Żądłom ich potém bronić się nie umiem,
Ani wiem w końcu jak je zaspokoję, —
Cel znika z oczu, gdziem tylko co wprzódy
Chciał był je posłać — by jak kwiat na łące
Obsiadłszy razem, jak grono brzęczące,
Ssały zeń ludziom balsam albo miody.
A mnie? — Ja innéj nie pragnę nagrody,
Jak żeby od nich mieć pokój sam w sobie;
Czuć się ich panem; widzieć, że się we mnie
Własném mém życiem karmią nie daremnie,
I że coś przez nie dla mych bliźnich zrobię!...

— A brzęk ich tylko mnie samego głuszy,
A jad ich tylko czuję w mojéj duszy!


III.

Zwą mię poetą! — O! gdyby zbadali,
Co ja natenczas czuję w serca głębi,
Jak mię wewnętrzny wstyd płomieniem pali,
I jak pogarda takich sędziów ziębi! —
Bluźnią! — Ja życie dałbym za to imię,
Gdybym czuł prawo słusznie się niém zdobić;
Ale niém gardzę — gdy już w takim rymie,
Jak moje dotąd, można się go dobić.

Mnie zwać poetą! — nie z tego, co może
Tleje w méj duszy, dotąd tajne światu,
Lecz z owych pieśni, co jak liście z kwiatu,
Z płonnego kwiatu, opadły nie w porze! —
O! ciemni chwalcy! toć gdy wam dość na tém,
Com ja napisał: — ach! czyż warto pracy,
By stać się kiedyś, czém chciałbym, przed światem,
Gdy wyrok o tém dawać mają tacy? —
Wartoż chcieć chwały — gdy lada pochwała,
Byle z ust wielu, już ma zwać się: chwała?
Czczy brzęk owadów, co póki zdaleka,
Nadziemskim chórem nęci słuch człowieka,
Brzmiąc na powietrzu; — jakże się zawstydzi,
Kto przyjdzie zbliska i chórzystów widzi!
Cóż gdy go wzajem otoczy gromada?

Owad gdy brzęczy, znak jest, że ujada.
Brzęk straci wartość, żądło ból obudzi —
Oto jest sława, i z nią zawiść ludzi!

O! szczęście moje! żem nim to, już wcześniéj
Pojął cel wyższy i wieszcza, i pieśni,
By czuć — że kto go osiągnie, wypłaci
Wszystko, co winien dla Ojca i braci.
Bo nie osiągnie, aż wprzód sam usłucha,
Aż znajdzie w sobie głos Prawdy i Ducha;
Wtedy tym głosem gdy powié do ludzi,
Ileż dusz ze snu na światło obudzi? —
Cóż Ty większego chcesz po ludziach, Boże?
Cóż człowiek nad to bliźnim zrobić może? —

To cel poety — to mój! — Czy mu zdoła
Moc moja? — nie wiém; — lecz ach! gdybym wiedział!
Gdyby mi w duszy głos mego Anioła,
Lub wielki człowiek na ziemi powiedział!...
Ma pieśni moje — drobne nakształt piasku,
Lecz Mistrz z nich nawet wartość przyszłych zgadnie:
Jak biegły górnik, z piérwszych żwirów blasku,
Wié, w któréj minie złoto leży na dnie.


IV.

Oby mi dano moc twórczego głosu,
Na jedną chwilę, i na jedno słowo!
Bym do mych uczuć i myśli chaosu

Mógł wyrzec: „stań się!“ czynem, pieśnią, mową,
Czem bądź — lecz stań się! bym spoczął — bo muszę!...
Jak łuk przed strzałem czuję w sobie duszę:
Grot musi wypaść — lub cięciwę spęka;
Grot musi trafić — lub na wieki ręka
Martwém zostanie narzędziem, straciwszy
Wiarę swą w siebie. — A toż spocząć znaczy,
Gdy kto moc wszystką próżno wytężywszy,
Padnie na ziemię w mdłości i rozpaczy;
I gdybyż umarł! — lecz ach! nieszczęśliwszy,
Życia się tylko niegodnym obaczy? —

Taki spoczynek miał szatan w otchłani.
I dobrze, jeśli temu człowiekowi,
Szatan, na boleść, co go wewnątrz rani,
Téj, co sam sobie, pociechy nie wmówi:
Pogardzić dobrém, co go nie mógł dostać;
Stać się złym raczéj — by niczém nie zostać!

Ciebie chcę, Niebios rozkoszy! spoczynku!
Którego tylko Bóg w pełni doświadczył,
Gdy świat swój stworzył, i w swoim uczynku
Sam doskonałość zupełną obaczył!
Spoczynku mędrca, poety, malarza!
Gdy duchem z góry, czyn swéj woli stwarza,
Lub już w żyjącém lubując się dziele,
W niém moc swą czuje, a w sobie wesele!

Bo duch tworzący w ponadziemskiéj sferze,
Jak głodny orzeł, dwie tylko ma chwile,

Gdzie spocząć może; — gdy cel swój spostrzeże,
I wisząc nad nim, ufa w swojéj sile;
Potém — gdy spadnie jak grom, i oczyma
Oczenia zdobycz, co już w szponach trzyma. —

V.

(W lat dziesięć późniéj).

Czemu nie piszę? — Czcze na pozór słowo,
Co ktoś przez grzeczność rzuci od niechcenia;
Ale nikt nie wié, jak ono na nowo,
I jakie budzi cierpienia.

Dusza niém zda się z letargu wyrwana,
Sama go w sobie wstydzi się jak zbrodni;
Jak ta niewiasta, co na przyjście Pana
Swéj nie zatliła pochodni. —

Tożem ja sobie rokował za młodu,
Że kiedyś w pełni siły méj usłyszę,
Z ust mych przyjaciół i mego narodu,
Pytanie: czemu nie piszę?

Ja — co natenczas w kole życia całém,
Innego celu i życia podniety
Ani widziałem, ni szukać nie chciałem,
Jak pieśń i chwała poety!


I czułem zda się moc czucia tajemną,
Że jak śpiącemu pod paproci kwiatem,
Cala natura szeptała przede mną,
Com miał rzec w pieśni przed światem.

I tak wierzyłem, że sam Bóg wysłucha
Próśb mych o pomoc, w chwilach uniesienia,
Że nieraz drżący nastawiałem ucha,
Jak na głos Jego natchnienia! —

Lecz mojaż wina? żem zadrżał, niestety!
Z przykładu drugich widząc co mię czeka;
Żem nie mógł w sobie, dla sławy poety,
Poniżyć dumy człowieka?

Abym to tylko śpiewając, co Bogu,
Co bliźnim moim, czułbym, żem jest dłużny,
Sam, jak ów śpiewak przy kościelnym progu,
Żył z przechodzących jałmużny?

Lub się zaparłszy prawdy i sumienia,
Sługa namiętnych fałszów czy zepsucia,
W potwornych baśniach, w obrazach zgorszenia,
Żebrał u zgrai współczucia? —

O! nie! — A pomnę, gdy nakształt ofiary
Paląc się w sercu miłością dla ludzi,
Sypałem w słowach myśli moich żary,
Pewny, że słowo miłości i wiary,
Miłość i wiarę obudzi:


Cóżem obaczył? — czy łzę rozrzewnienia?
Iskrę zapału? — czy szyderstwo w oku? —
Cóżem posłyszał? — czy szmer poruszenia
Uczuć słuchaczów? czy głos współmyślenia? —
Czy szept obmowy na boku? —

Patrzali na mnie ściskając ramiony,
Lub drażnić chcieli słowy nieszczeremi,
Bym jako kuglarz, w pole wywiedziony,
Popisywał się przed niemi! —

Pojąłem zamiar, i zamilkłem z trwogą. —
Gdy żywych uczuć nikt nie chciał podzielać,
Gdym żywém słowem nie wzruszył nikogo,
Mamże je w sztuczną pieśń wcielać? —

Natchnienie tylko z czucia Prawdy płynie,
Ale współczucie jest pieśni podnietą.
Gdzie tego nié ma — pieśń bez echa ginie.
Człowiek być nie chce poetą.

VI.

(W dziesięć lat późniéj).

O! Boże! dawco siły i pokoju!
Jakiemiż słowy hołd dzięków Ci złożę,
Żeś mi po tylu walk i cierpień znoju,
Siłę i pokój dał znaleźć — w Pokorze?


Ty wiész, o! Panie! że sercem i słowem
Duch mój od młodu Tobie służyć pragnie.
Lecz jam Cię świetnym chciał uczcić stugłowem,
Gdy mię zaledwo stać było na jagnię.

I niepamiętny, że tylko od Ciebie
Dar nam przyjść może godny chwały Twojéj:
Jam go napróżno chcąc stworzyć sam z siebie,
Mdlał tylko w czuciu bezsilności mojéj.

I zwykłym torem męczenników dumy,
Winę swą z siebie przerzucał na ludzi:
Czemu mię podnieść nie umieją tłumy? —
Czemu ich oklask sił we mnie nie wzbudzi? —

I gdy z ołtarzów braci méj rówiennéj
Dym ofiar wzrastał przed memi oczyma:
Cud w tém był tylko modlitwy codziennéj,
Żem na nie patrzał nie okiem Kaima.

Cud w tém był Twojéj łaski tajemniczéj,
Że same wrogów urągania ciche,
Nie Miłość we mnie, tchem swojéj goryczy,
Lecz tylko rażąc — zabiły mą Pychę.

A jak bojownik, gdy ujrzy w potrzebie
Że go bohater ochrania i wspiera:
Dość mu już tylko zapomnieć na siebie,
Aby mógł stać się cząstką bohatera:


I ufny w jego, a nie w swojéj sile,
Lub na jéj godne odważył się dzieła,
Lub sam czuł zadość, czyniąc tylko tyle,
Ile go ona wzmogła i natchnęła.

Tak — dzięki Tobie niech będą na wieki! —
Zaledwiem przestał ufać siłom własnym.
Zaledwiem uznał cud Twojéj opieki,
Pokój w méj duszy zaświtał dniem jasnym.

I pomnąc dumne młodéj myśli szały,
Rzekłem: „Ty dzierżysz darów Twoich szalę!
„Daj mi Cię uczcić — nie blaskiem méj chwały,
„Lecz ich użyciem ku Twéj tylko chwale!“ —

I ledwo bojaźń sądów tego świata,
Jak duch kuszący, z myśli ustąpiła:
Wnet jak ożywczy chłód rosy śród lata,
Nie moja we mnie rozlała się siła. —

Co bądź z niéj wzrośnie — duch mój stąd nie rości
Praw do swéj chluby; byle Prawdzie g’woli,
Tobie niósł w pieśni cześć na wysokości,
A pokój myśli ludziom dobrej woli.
1830—50.





DO ADAMA MICKIEWICZA.

I.

(Z okoliczności wyrażonéj w texcie).



Ty mi zazdrościsz, że na sercu mojém
Siadł robaczek Święto–Jański;[17]
Ty, na którego, jak ognistym zdrojem,
W natchnieniu spływa duch Pański!

Ty, od którego, jak krąg aureoli,
Bije blask Prawdy i chwały,
By serca braci, w smutku i niedoli,
Gwiazdę nadziei w nim miały!

O! uznaj raczéj, że przy twoim boku,
Któryś jest natchnień mych źródłem,
Drobny ten świetlik, ledwo widny w mroku,
Istném méj sławy jest godłem.


I sercu memu dość na téj nadziei,
Że jak on, w ziomków wspomnieniu,
Odblask przyjaźni twojéj i idei,
Lśnić będzie na mem imieniu.
1830 w Rzymie





II.

(Po powrocie z Wezuwiusza).



O! dzięki ci! Jam dzisiaj sam, i moja dusza
Była najbliżéj Nieba, najwyżéj nad ziemią! —
Przy tobie — na wierzchołku ścian Wezuwiusza,
Nad otchłanią — gdzie w głębi ognie piekieł drzemią
Po nad ziemią — co zda się jak raju obrazem;
Po nad morzem — zwierciadłem blasku i obwodu
Najpiękniejszego nieba: na którém zarazem
Słońce gasło, a xiężyc wznosił się od wschodu;
Sród jakby zlanych w jedno tych cudów przyrody:
Nieba, ziemi, powietrza, i ognia, i wody,
I w obec jak symbolu dziejowych kolei
Przeszłości świata — chwały i ruin — Pompei:
Stać przy tobie — najwyższym wieszczu swego wieku,
Stać jako przy najmilszym na świecie człowieku,
Czuć uścisk dłoni twojéj, serca twego bicie,
Gdy jeden płaszcz dla obu służył za okrycie,

A jak gdyby pod skrzydłem twéj orléj potęgi.
Myśl i duch mój leciały w nadgwiazdziste kręgi!...

O! ty mój! tyś mi dzisiaj był zda się widomie,
Czém w duchu byłeś zawsze — zesłańcem z wysoka!
I twój płaszcz — od którego barw słońce jak płomię
Biło blaskiem — zdał mi się jak ów płaszcz Proroka,
Przez który duch od Mistrza zszedł w Elizeusza. —
I jak bądź nie śmiem ufać bratnim wróżbom twoim —
Gdy się kiedy pieśń moja wzniesie — jak dziś dusza,
Tyś przewodnią, ty wsparciem, tyś jest Mistrzem moim!
1830. w Neapolu.





WSCHÓD SŁOŃCA NA RIGI.[18]

DO TOWARZYSZÓW PODROŻY.

ADAMA MICKIEWICZA I ZYGMUNTA KRASIŃSKIEGO.




Mgła jak morze zalewa ziemię — a nad ziemią,
Na tle przezrocza niebios ciemnego lazuru,
Szczyty Alp, jak olbrzymy z białego marmuru,
Podnoszą się, bieleją — i snać jeszcze drzemią,
Istny obraz szeregu Patryarchów — którzy,
Wzrósłszy duchem ku Niebu po nad świat poziomy,
Czekają jeszcze światła, co im duch ten wróży.
I u stóp ich świat jeszcze we mgle nieruchoméj. —


Lecz patrzcie! — jak cudowna jasność na Horebie,
Wschód się zatlił; — i oto, jak piorun z obłoków,
Blask ognisty wytrysnął — rozbłysł się po niebie —
I szczyty gór już iskrzą — jak myśli Proroków.
Ale słońca nie widać — i świat w mroku jeszcze.

Wtém, patrzcie! istny wybuch wulkanu! — to słońce!
Weszło — i jak w kaskadach potoki iskrzące,
Światło z gór spływa na dół — i góry, jak Wieszcze,
Budzą świat. —

Mgła się rusza, podnosi się, kłębi.
I wtém wiatr — jak zbudzonych tchnienie gór, z ich wierzchu
Powionął. — Mgła u góry rzednie, lśni — lecz w głębi
Skupia się i czernieje, jak sklepienie zmierzchu.

Marna walka! — O! słońce! o! wy góry białe!
Śnieżne same, lecz jego światłem gorejące!
Odblask wasz najpiękniejszą słońcu daje chwałę,
Jak najpiękniejszym blaskiem was uwieńcza — słońce.

O! Prawdo! o! Wieszczowie! oto wasze wzory! —
Lecz patrzcie! — ta najwyższa w tych olbrzymów gronie,
Ta, tak dziewiczo–kształtna, tak piękna! — na któréj,
Każda gra światła naprzód mieni się i płonie,
Nim ją powtórzą szczyty niższe, i nim z onych
Spłynie niżéj i niżéj — aż zejdzie do ziemi!
To Jungfrau! — To Geniusz, pomiędzy ziemskiemi
Wysokościami ducha! — To blask prawd natchnionych! —


O! przyjaciele moi! towarzysze mili!
Bracia serca i pieśni! Ty, coś już w téj chwili,
Sród wieszczów ludu twego, jest jak ta dziewicza
Góra między siostrami! O! i ty! któremu,
Tęczą młodzieńczych ogni, z oczu i z oblicza
Świeci niemylna wróżba, że wzrośniesz ku niemu!
Przyjmcie mię w pośród siebie! — i wszyscy zarazem,
Po nad zamgloną ziemią, przed Niebem bez chmury,
Ślubujmy Ojcu Prawdy, a Stwórcy Natury,
Prawdę w pieśni, i miłość, i cześć — o! i wspólne
Służby wspólnej Rodzicy! — A jeśli powolne
Natchnieniu Jego stróny, Pański duch obudzi,
Jemu chwała! — w Nim tylko moc i światłość ludzi.
1830.





DO KLAUDYNY POTOCKIEJ.

(Ofiarując jej przepisany exemplarz przekładu
„Czcicieli Ognia”).



Niech ci, Pani, na miłą, pamiątkę zostanie,
Ta pieśń, to przyjacielskiéj ręki przepisanie!
Pieśń cudza — lecz przez duszę moję gdy płynęła,
Tyle z sobą mych myśli, uczuć moich wzięła;
Tyle w niéj, jako w rzece, wzdłuż krótkiego biegu,
I chwil, i twarzy miłych odbiło się z brzegu:
Że jako na różańca ziarna tajemnicze,
Na jéj słowa i rymy dni szczęśliwe liczę,
A jakby przywołany ich wspomnień urokiem,
Obraz twój spływa ku mnie, i staje przed okiem.

Tyś duch wieszczy z długiego zbudziła uśpienia,
Tyś mu dodała skrzydeł wzlatać w kraj natchnienia;
Tyś, po Bogu, najpiérwsza téj pieśni słuchała,
Ja raz piérwszy uczułem, jak jest marną chwała,
Ohok łez lub zapału wielkiéj, świętéj duszy,
Kiedy ją pieśń przeniknie, uniesie lub wzruszy.

Pani! ja dziś odjeżdżam — a słowa rozstania
Święte są i prawdziwe, jak w chwili skonania.
Można rzec co się czuje, a serca nie razić;
Można cześć wyznać, a ust pochlebstwem, nie skazić.

Słuchaj więc! Tyś w mych oczach wyższa od ziemianki,
Wyższa duszą kobiéty, Polki, Chrześcijanki!
Blask twój ziemską, mych myśli rozproszył ślepotę.
Wiém dziś, jak kochać Boga, kraj, ludzi, i cnotę.
I jeżeli mię liczyć będą w jakiéj chwili,
Ojczyzna do tych synów, co się zasłużyli;
Ziomkowie do tych wieszczów, co pieśniami swemi
Rozwinęli choć jedną dobrą myśl na ziemi;
Bóg do wybranych dzieci, które uzna w Niebie —
Ja tu tam z wdzięcznością ukażę na ciebie.
1832 w Dreznie.





DO STEFANA WITWICKIEGO.

(Podziękowanie za exemplarz „Wieczorów.”)



O! jako w sobie dusza czuje słodkość nową,
Gdy mądrą, a z ust miłych napoi się mową,
Co jako deszcz majowy bujnemi kroplami,
Przesiąknie w nię aż do dna żywemi słowami,
A myśli w niéj, jak kwiaty więdnące, z rozkoszą
Piją ożywczą rosę, a główki podnoszą:
Lub jak owe ptaszęta, co skwarem spragnione,
Siedząc niemo, a dziobki trzymając ściśnione,
Uczuwszy chłód rzeźwiący, zaraz się trzepocą
Skrzydełkami, a głosu próbując, świegocą;
A człek się, jak ogrodnik, uśmiecha radośnie,
Marząc, co może w jesień z tych kwiatów wyrośnie!

Oto masz wierne mojéj duszy malowanie,
Gdy twój duch, z kart twéj księgi, mój luby Stefanie!
Owionął mię i porwał, podniósł i ukorzył;
Gdym przezeń zamarł sobie, a ku Prawdzie ożył,
I w sercu poczuł zapał natchnionéj ochoty,
Do podobnéj dla miłych współziomków roboty.


Tak leniwy myśliwiec, gdy się darmo znuży,
Odstawi strzelbę, siądzie, i oczu zamruży,
Gotów nawet zapomnieć strzeleckiego sromu,
Gdy w wieczór przyjdzie z niczém powracać do domu:
Wtém mu nagle nad uchem wystrzał zagrzmi w lesie,
I towarzysz jelenia albo sarnę niesie.
Więc się zrywa zbudzony, i znów ima broni,
I chłodząc wstyd na twarzy — wiatry w polu goni.

Lecz mnież to rość ku tobie zuchwałą nadzieją,
Serdeczny narodowéj prawdy kaznodziejo!
Co i sam jéj zbadaniem głębszą myśl zdumiewasz,
I do serc z pełni serca miłość jéj przelewasz? —

O! jak snać, jako woda czysta a spokojna,
Rozlała się w twéj duszy mądrość bogobojna!
Jak jasno z dna jéj głębi błękit Niebios bije!
Jak wykwitają myśli, jak wodne lilije!

Biada mu! kto ją widząc nie będzie się kwapić,
Przejrzeć się w niéj, oczyścić, a wewnątrz się napić;
Kto na pamięć ku służbie ojczystéj i Bożéj,
Kwiatów onych ku swojéj piersi nie przyłoży! —

Przyszła bowiem godzina skruszenia bałwanów!
Sam Duch Czasu, Duch Boży, jak brzmienie organów,
Z tysiąca ust, tysiącem różnych głosów woła:
Starą Cnotę do domu, Wiarę do kościoła,
Grzeszników do pokuty; wszystkich samych w siebie,
I z wszystkiemi o litość do Ojca na Niebie!


O! jakoż nie ma wnętrzném tchnąć rozradowaniem,
Czyj głos, jako wódz chóru przed wspólném wołaniem,
I w ojczyźnie najszerzej Bożą Prawdę głosi,
I ku Niebu najwyżéj bratnią myśl podnosi!
1835 w Dreznie.





DO DEOTYMY.

I.

(Po przeczytaniu piérwszych jéj improwizacyj,
ogłoszonych w gazetach Warszawskich).



Deotymo! wieszczko nasza!
Z tego, co nam wieść ogłasza,
Z tego, co w twéj pieśni czuję,
Wiém na pewno — nie zgaduję,
Że ty sama, w owéj świętéj,
Tajemniczéj, niepojętéj,
Uroczystéj chwili ducha:
Gdy jak arfa w mistrza ręku,
Mimo swojéj, z drżeniem słucha
Woli jego, i w słów dźwięku

Brzmi jak stróna: — że w téj dobie,
Czujesz sama, że nie w tobie,
Nie w twéj myśli gore owe
Światło twórcze, Memnonowe,
Co jak w piersiach głazu budzi
Głos budzący serca ludzi:
Jak z ust ssących wywieść zdoła
Słowo, które świat obwoła:
Tak z wyższego snać przejrzenia,
Zchodzi na cię z sfer swych górnych,
I dziewicze twe marzenia.
Jak mgły lekkie gór nadchmurnych,
Topi w wieszczych pieśni zdroje.
By szły krzewić na płaszczyzny,
Nie laur tylko na skroń twoję.
Lecz i palmę dla ojczyzny,
Na usłanie drogi Pana! —

Deotymo! na kolana!
Bo tak tylko człowiek może
Przyjąć godnie dary Boże,
I zrozumieć, jako niemi
Cel ich spełnić na téj ziemi.

Deotymo! gdy Pan wzrusza
Lud do czynów w Izraelu,
Tchnie głos z ust Elizeusza,
By przodkując zwał do celu. —
Gdy ma skarać — wprzód ogłasza,

Jękiem słów Jeremiasza,
Groźby swoje, nim je ziści. —
Lecz gdy wzruszon skruchą ludu,
Czeka tylko, aż oczyści
Resztę zmaz, by łaskę cudu
Zjawić nad nim; — wonczas budzi
Chór Anielskich głosów, które,
Tchną z Nadzieją w serca ludzi
Wiarę, Miłość i Pokorę,
Te trzy źródła oczyszczenia,
Te trzy zdroje namaszczenia,
Trzy rękojmie odrodzenia!

Deotymo! w tym to chórze
Stajesz, wieszczko powołana!
Na wzniesienie serc ku górze,
Na świadectwo mocy Pana:
Ducha duchów, co natchnieniem,
Stwórca, rządzi swém stworzeniem;
Na wstyd mędrków, cielców tłumu,
Bałwochwalców sił swych umu;
O! i oby na wzór, który
Twymby braciom wskazał tory,
Do Miłości, do Pokory!

Deotymo! dziś dar Boży
Blaskiem obu w tobie świeci.
Młody zapał miłość nieci,
Przed natchnieniem duch się korzy,

Świat twe pieśni, jak twe wdzięki,
Wita, jakby wschód jutrzenki,
Ukazuje, nie zaciemia.

Deotymo! lecz to ziemia! —
Przyjdą chwile, gdy pospołu
Burze z góry, mgły od dołu,
(Burze losu, mgły zawiści),
Grozić będą: — boć to droga,
W któréj każdy duch się czyści,
Powołany dojść do Boga.

Deotymo! wtedy pora,
Aby Miłość i Pokora,
Z darów Nieba, w serca próbie,
W twą zasługę przeszły w tobie,
I jak w ogniu piaski złote,
Z uczuć tylko — stwardły w cnotę.
By z niéj pieśni, jak promienie,
Niosły światło i natchnienie.

Deotymo! skarb’ więc z rana
Treść ich mocy! — Nie świat w ludzie,
Lecz w Ludzkości kochaj Pana!
Taka miłość dotrwa w trudzie,
Taka tylko nie omyli.

A gdy słyszysz, w natchnień chwili,
Jak oklaski ku twéj chwale
Wrą gdzieś w dole, jako fale:

Wzrok twój w Niebo niech się wzbija,
Zkąd Bóg patrzy w myśl człowieka,
I gdzie Święta Cecylija[19]
Na patronkę pieśni czeka.
1854.





II.

(Odpowiedź na wiersz do mnie).



Dzięki ci, dzięki! wieszczko dziewico!
Że chcesz zaklęciem uczuć przyjaźni
Cień mój wywołać przed twą źrenicą,
W zwierciadle czarów twéj wyobraźni!

O! i myśl moja, na głos twych pieśni,
Czuję, jak wzajem rwie się do ciebie,
Jak ptak stęskniony z klatkowéj cieśni.
Słysząc skowronka piosnkę o Niebie.

Moc–li w tém twoich zaklęć uroku,
Czy tylko wyższych natchnień potęga?
Czy tajemnicza siła wyroku,
Co w sferach ducha mój z twoim sprzęga? —


Bo wiész podanie z krajów kamieni? —
Najpośledniejszy w skarbnicach ziemi,
Wągl — przez to tylko, że blask promieni
Słońca rad wsiąka i tleje niemi:

Może wejść z czasem w skład dyamentu,
Co w twórczéj mistrza ociosan dłoni,
Promiennym ogniem gwiazd firmamentu
Gore na ludzkiej piersi lub skroni. —

O! Deotymo! mnie Bóg od młodu
Dał stać i krążyć, z daru swéj łaski,
Śród mistrzów pieśni, śród słońc narodu,
I tchnąć ich ogniem, wsiąkać ich blaski.

Mnie w progach życia, jako duch z góry,
Dłoń opiekuńczą podał jak bratu,
I w swe objęcia przyjął ten, który
Duch nasz dziś w sobie wyraża światu.

Mnie — gdym bez niego, jak pielgrzym w nocy,
Został sam nagle, z sercem złamaném:
Łzy moje po nim i żal sierocy
Słodzili społem: Stefan z Bohdanem.

A gdym z nim znowu, w cudzych krainach,
Szedł, gdzie nas nęcił wdzięk ich lub sława:
Z nami na starych Rzymu ruinach
Stał, jak brat trzeci, śpiewak „Wacławą.”


Z nami, na szczycie Alp ponad–ziemnych,
W obec Dziewiczéj Pani ich grona,
Wymienił śluby uczuć wzajemnych
Przyszły wieszcz–twórca „Irydiona.”

Na czoło moje kładł niegdyś dłonie,
Jak wieszcz i kapłan, Ursyn sędziwy;
Na piersi mojéj wśpierając skronie,
Konał „Wiesława” śpiewak cnotliwy.

O! Deotymo! i nie tu jeszcze
Koniec uroczych imion łańcucha! —
Geniusz pojąć dali mi wieszcze.
Lecz wieszczom nawet, jeszcze świat Ducha

Stał pod zamknięciem; — choć już nadchodził
Dzień, gdy na stosie wspólnéj ofiary,
Ogniem swéj skruchy, przed słońcem Wiary,
Nowy się fenix — duch nasz odrodził.

Wtedy z nim razem zabłysło imię,
Jak zwiastujący go blask komety. —
Wspomnieć go w ziemskim nie śmiem ci rymie.
Dziś już nie ziemskie imię, niestety!

Ale od krańców kraju do krańców
Spytaj! — a nikt go nie przeinaczy: —
Kto był pociechą smutnych wygnańców?
Kto był opieką błędnych tułaczy? —


Lecz kto w Niéj bliżej znał moc natchniętą,
Moc tajemniczą wyższego świata,
Prócz mnie? — com przed Nią kląkł jak przed Świętą,
A Ona rzekła: „bądź mi za brata!” —

O! Deotymo! to mój przewodni
Duch–stróż, na drogach ducha i życia. —
Lecz skarb, com zebrał od Nich i od Niéj,
Nie mnie snać chciano dać do użycia. —

Bo cóż że we mnie on, jak zaklęty,
To błyska w myśli, to w sercu gore:
Czuję, że trzeba siły natchniętéj,
By go owładnąć i użyć w porę.

Gdzież więc i komu zdam go przy grobie,
By się w proch marnie nie rozwiał ze mną? —
Ta, co być miała podobną tobie,
Orszula moja — poszła przedemną!

I odtąd próżno szukam na ziemi
Tych, co go warci, lub co go przyjmą.
Tych pycha wzdyma, tych mierność ciemi. —
Wtém głos twój zabrzmiał, o! Deotymo!

Nie ziemskich natchnień poznałem echo,
Świętość natchnienia zgadłem w Pokorze. —
Ty chrześcijańskich dusz być pociechą.
Ty masz im głosić Królestwo Boże!


Sił albo światła, co Duch tchnie z Nieba,
Mnie czerpać z ciebie, nie tobie ze mnie.
Lecz co tu łzami okupić trzeba.
Owoc doświadczeń — ty przyjm odemnie!

Zwij mię twym bratem, nie przewodnikiem;
A skarb idei, w podaniu świętém,
Co we mnie tylko był jak węglikiem,
Oby się w tobie stał dyamentem!
1854.





TĘCZA I RZEKA.

(WIERSZ POŚWIĘCONY DEOTYMIE).



Z krynicy ukrytéj w cieniach,
Niewidny z brzegów swych węzi,
Jęcząc po ostrych kamieniach,
Szemrząc przez sploty gałęzi,
Ponik, zdrój, strumyk się sączył.
I na piaszczystéj równinie
Umilkł. — Czy zawód swój skończył?
Wsiąkł, zginął w piasku? czy zginie?
Sądzili różnie — on płynął.
Aż jako sztandar w dzień sądu,
Aniół burz kir swój rozwinął.
I gromem wstrząsnął głąb’ lądu.

Wstrząsł się i strumyk: — i z boków,
I ze dna jego, i z góry,
Wezbrane fale potoków,
Gęste łzy deszczu, i chmury,
Wzmogły go — lecz i zaćmiły.
A gdy jął rosnąć w nurt rzeki,

Cień ponadbrzeżnéj mogiły
Wzdłuż nad nim zaległ na wieki. —
I odtąd w wód swych przezroczu,
Sam jak przepaska żałoby,
Odbija tylko dla oczu,
Pochmurne niebo i groby.


∗             ∗

O! jakże różny los tęczy,
Co na tle burzy u końca,
Razem zwiastuje i wieńczy
Tryumf pogody i słońca!
I z wszystkich jego barw razem,
Snując tkań niebios przepaski,
Od razu błyszczy obrazem
Przymierza, cudu, i łaski.
I świeci ziemi, jak droga,
Którą duch na świat zszedł z Nieba,
By ludzi wołać do Boga,
I wskazać kędy iść trzeba!

O! i nad rzeki korytem
Pas jéj uroków rozwisnął,
I w świetle od niéj odbitém
Nurt barwą życia zabłysnął! —
I dwóch sił — ziemskiéj, natchnionéj,
W ich spójni figura żywa:
Tęcza — łuk z Nieba zwieszony;
Rzeka — to ziemska cięciwa.
Tęcza — to jakby widomy

Ark tryumfu, portyk Nieba;
Rzeka — to jego poziomy
Próg — który przecież przejść trzeba.
U kresów tylko je zbliża
Źródło i cel przeznaczenia:
Jak się myśl grobu i krzyża
Łączy z nadzieją zbawienia.


∗             ∗

A więc o! tęczo! o! rzeko!
Krzepcie się jedna przez drugą,
Jak bądź ty płynąć daleko,
Jak bądź ty świecić masz długo!

Lecz rzeko! choćbyś ty wzrosła
W potęgę Niemna czy Wisły;
Choćby nad tobą i wiosła
I białe żagle zabłysły;

Lecz tęczo! choćbyś ty w czarnéj
Pomroce, która świat ciemi,
Przeszła w blask zorzy polarnéj,
W blask aureoli swéj ziemi;

Biada i tęczy i rzece,
Gdyby w tryumfu godzinę,
Tęcza rzec śmiała: ja świecę!
Rzeka rzec śmiała: ja płynę!


Z jednych — choć z góry i z dołu,
Płynie rąk światło i woda.
Źródłu hołd nieście pospołu,
Ono wam wzajem sił doda.

I gdy się rzeka w swém morzu
Bez śladu zmiesza i zginie;
I gdy się w niebios przestworzu
Tęcza w mgłę kiedyś rozpłynie:

To wam u świata na wieki
Niech wspólną pamięć zaręczy:
Że kto się wpatrzył w głąb’ rzeki,
Ku Niebu wzniósł się po tęczy.

1855.





WAJDELOTA DO SWOICH.

PO WIDZENIU JADWIGI.

(Wiersz z powodu piérwszej słyszanéj improwizacyi
Deotymy: „Do Litwinów o Litwie”).





Widziałem ją, widziałem! — O! to nie dziewicza
Piękność tylko, co z oblicza,
Co jak jasność lśni z Jéj oka!
Owa jasność tajemnicza,
Co z świętego ognia Znicza,
Nie od ziemi, lecz z wysoka
Bije w serca! — I w Jéj głosie
Brzmi uroczy ton, jak onéj
Wajdelotki, co w natchnionéj
Pieśni, przy Krywejty stosie,
Głosi — nie jęk użalenia
Nad żywym jego pogrzebem:
Lecz wielki hymn poświęcenia
Lecz nadzieję połączenia,
Przez ofiarę — Ziemi z Niebem!


A Jéjże słowa! — O! bracia moi!
Lutnie nam nasza skruszyć w kawały,
Kto z nas ją tylko dla własnéj chwały,
Dla echa na ziemi stroi!

Lecz kto z niéj w duszy hołd Niebu złoży,
Ten Ją niech widzi, ten Jéj niech słucha!
Moc w nim rozmnoży, pychę ukorzy,
Cud i potęga: Słowa i Ducha.
1857. Lipca 6, w Warszawie.





DO WŁADYSŁAWA SYROROMLI.

(Z okoliczności wiersza jego, p. t. „Lirnik”).



Lirniku ty nasz rzewny!
Urok liry twéj śpiewnéj
Czują serca narodu.
Słuchaj, z jaką rozkoszą
Witają cię i głoszą,
U bram twego zawodu!

Czy na Rzymskiéj cytarze.
Czy na wiejskiéj fujarze
Zagrasz — oklask się budzi.
Przecz więc z liry twéj rzewnéj
Brzmi jak gdyby ton gniewny
Na społeczność, na ludzi?

Cóż że może ktoś w tłumie
Pieśni poczuć nie umie?
Ktoś nie słyszy, nie słucha? —

Jedno tylko na świecie
Żądać wolno poecie:
By go pojął brat z ducha.

Od Anioła do ptaka,
Bóg nie stworzył śpiewaka
Ku czci jego samego.
Wszystkim, w dole i w górze,
W jednym tylko stać chórze,
Ku czci Stwórcy swojego.

Aniół w chwale promiennéj,
Ptak w pogodzie wiosennéj,
Wieszcz w Prawdzie i Miłości,
Czerpią Boże natchnienia,
By Mu wzajem wznieść pienia,
W Niebie, w świecie, w ludzkości.

Któż z twych pieśni nie zgadnie,
Jaka miłość w nich na dnie?
Jak myślami tęsknemi
Gonisz Prawdę i Cnotę? —
Lecz nie piaski to złote,
Nie wykopiesz ich z ziemi!...

Prawda z góry, od Pana,
Jest jak światłość rozlana:
Wszędzie część — nigdzie całość.

Tak lśni w iskrach i rosach,
Jak w gwiazdach na niebiosach.
Jedna różnica — trwałość.

Prawdy ludzkie, poziome,
Są jak rosy znikome,
Jak skry z chwilą gasnące.
Lecz niebieskie, odwieczne,
To są gwiazdy słoneczne,
Nieruchome jak słońce! —

Więc, lirniku uroczy!
W górę serce i oczy!
Lira w Niebo niech dzwoni! —
Nie z perł rosy, choć lśniących,
Nie z iskr, choćby palących;
Z gwiazd wij wieniec twéj skroni!

Myśl! — nie co tu o tobie,
W obec ci, lub na grobie.
Powié świat, co wżdy błądzi?
Lecz jak cię tam, z użycia
Darów danych za życia,
Pan i dawca osądzi? —

On cię wzywa ku Sobie,
On doświadcza w żałobie,
On wziął twój skarb na ziemi:
By myśl z ziemskich padołów,
W ślad kochanych aniołów,
W Nim szła mieszkać tam z niemi.


O! i oby nas obu,
Cośmy równie snać z grobu
Głos wezwania poczuli:
Jak był wodzem w żałości,
Tak tam w progach wieczności,
Spotkał ojciec Orszuli!
1850.





DO KAROLINY PRONIEWSKIEJ.

(Z powodu wiersza jéj do Deotymy).



Ptaszek śpiewa
W cieniu drzewa,
Tém się nie frasuje:
Czy go w ciszy
Kto posłyszy,
Pieśń jego poczuje?

Kwiat w ustroni
Woń swą roni,
Nie myśli i nie wie:

Komu w lesie
Ją zaniesie
Wietrzyk w swym powiewie.

Lecz głos śpiewów,
Lecz woń krzewów,
To głos, tchnienie wiosny;
Z nich się składa,
Przez nie włada
Urok jéj radośny.

A gdy wzbudzi
Wdzięczność ludzi
Bogu, za jéj datek:
Są–li cudze
Téj zasłudze
Ów ptaszek i kwiatek? —

O! dziewico!
Gdy ci świécą
Myśli, jak promienie:
Gdy w twém łonie
Tchnie i płonie
Swięty żar — natchnienie:

Choćby wszyscy
Twoi bliscy
Odwrócili ucha;

Ty wierz przecie,
Że jest w świecie
Pobratymstwo ducha.

Piosnka tkliwa,
Myśl cnotliwa,
Podobne iskierce:
Dość niech wzlecą,
Wżdyć zaświecą
W czyjąś myśl lub serce.

A gdy wpadną
W duszę na dno,
Jako czynu ziarno:
Czyż pieśń taka
Dla śpiewaka
Jest zasługą marną? —

Ja, gdym dźwięki
Twéj piosenki
Do wieszczki nad Wisłą,
Słyszał z boku —
Łzą w mém oku
Współczucie zabłysło.

Więc wzajemnie,
Gdyć odemnie
Głos ten będzie miły:

Gdy ci może
Doda w porze
Otuchy łub siły:

Porzuć żale!
Bożéj chwale
Służ, jako ci dano!
A twe pieśni,
Późniéj, wcześniéj,
W bratnim chórze staną, —
1856.





DO MŁODEGO AUTORA.



Jeśli kochając Boga, cnotę, kraj, i ludzi,
Miłość cię dzielić z niemi uczucia twe budzi;
Jeśli Prawdę, co z góry na twą duszę padła,
Chcesz braciom odbić w słowie, jak blask od zwierciadła;
Jeśli siłę doznaną przed czynem lub w czynie,
Chcesz rozlać na nich w pieśni: — pieśń twoja nie zginie,
I jako gość niebieski w ziemi twéj zasiądzie,
I zasłudze dni twoich przyświadczy na sądzie.

Lecz gdy kochasz sam siebie tylko, a z próżności,
Kłamiąc miłość, chcesz ziomków dobić się miłości:
Jeśli szermując tylko słowem i rozumem,
Chcesz się jak zręczny kuglarz popisać przed tłumem,
I myślisz na to tylko, by twą myśl wnet piórem
Nakreślić na papierze: — możesz być autorem,
Lecz nie wieszczem, nie mędrcem; — a będziesz upiorem
Mózgu twego i duszy: — wyssiesz je, zabijesz;
Wstrząśniesz kogoś, lub zdziwisz; — lecz sam nie ożyjesz

W myśli i sercu ziomków; i echo twéj chwały
Przebrzmi, jak głos bez słowa, odbity o skały.
A pomnij, że jest prawo, co Bóg postanowił,
Że każdy zda mu liczbę z próżnych słów, co mówił!
1857.





MONOLOG DŁUGOSZA.[20]

(DŁUGOSZ siedzi przy stole, napełnionym xiążkami, i pisze.
Po chwili, składa pióro i mówi):



Święta i straszna dziejopisa praca!
Gdy w głąb’ przeszłości, jako w loch grobowy,
Zchodzi z pochodnią Prawdy, i obraca
Nią, z czcią i zgrozą, na ten proch wiekowy
Rzeczy i ludzi — co jak gruz i trumny,
Jedne na drugich piętrząc się w kolumny,
Znaczą tu drogę, kres — nie cel człowieka.
Gdy jak Czarodziej, laską swéj potęgi,
Strąca z łoskotem owych trumien wieka,
By z lic umarłych, jako z żywéj księgi,
Wyczytał, odgadł, te myśli, te siły,
Co w nich jak morze falą w serca biły,
Jak piorun grzmiały z ich ust, i gorzały
Z ócz ich nad światem, jak świata sygnały!


I gdzież są ślady ich dzieł, prac, i chwały?
Pamięć ich zasług, cnót, i geniuszu?
Blask ich tryumfów, zwycięztw, majestatu?
Gdzie są? — W Homerze tylko, w Liwiuszu.
W pieśniach, lub w dziejach! — I gdyby ich światu
Nie rzekł głos wieszcza lub dziejopisarza,
Któżby znał imię Bohatera–Greka,
Kto moc i wielkość Rzymskiego Mocarza? —

Dziejopis przeszłość po raz drugi stwarza!
I jak duch w Bogu, tak sława człowieka
W nim, przezeń tylko wiekuje na ziemi. —
Bóg i on tylko sędzia nad wszystkiemi!

Lecz cóż gdy zbłądzi? gdy dumny lub płochy
Sąd, skrzywi prawdę, któréj nie zrozumie? —
Cóż, że tu milczeć będą martwe prochy? —
Lecz tam! ich duchy — gdy on sam w ich tłumie
Stanie przed Sędzią, co jeden wié jasno
Prawdę wszystkiego: — czyż się nie upomną
O cześć, o krzywdę Prawdy — i swą własną? —
Czém zdoła zgładzić potwarz wiekopomną,
Jeśli nie wiecznym wstydem i zgryzotą? —
A gdzież szaleniec, coby śmiał w swéj dumie
Czuć się niemylnym? — on, co za ciemnotą
Siebie samego wskroś przejrzeć nie umie!

(Powstając i wznosząc ręce ku Niebu)

O! Źródło życia, prawdy i światłości!
Ty mi bądź świadkiem, że z czcią i pokorą
Służąc ojczyźnie: z jéj tylko miłości,

Jak drudzy oręż, ująłem za pióro.
Że mi nie idzie, aby imię moje
Wsławić u świata: — lecz aby z méj pracy,
W dziejach jéj, Panie! cel i wolę Twoję,
Jak ja sam, przez mię pojęli rodacy.
I z cnót naukę, a z błędów przestrogę
Czerpiąc na przyszłość — szli, wespół z wszystkiemi
Braćmi w Chrystusie, prostować Twą drogę,
I Twe Królestwo budować na ziemi!...

O! i niech piętno sromoty i kaźni
Spadnie na pióra! coby śmiały po mnie,
Z lichéj rachuby, lub czczéj wyobraźni,
Prawdę dziejową deptać wiarołomnie! —
Próżna ich ufność w sztuce lub rozumie,
W namiętnych rzutach, lub zwrotach wykrętnych!
Duch nie tchnie światłem ku fałszom i dumie,
Jak słońce w zdrojach nie przejrzy się mętnych.
I talent będzie — nie jako przewodnia
Gwiazda niebieska, co świeci nad braćmi:
Lecz lub jak ognik, co mami przechodnia,
Albo jak głównia, co blask dymem zaćmi...
1854.





SĄD POETY.

Z PAWŁA KUKOLNIKA.



Żal, płacz i łkanie, nad łożem śmiertelném
Wieszcza narodu! — W nim blask jego chwały,
W nim zgasł wódz myśli! — On swém pieniem dzielném
Poruszał serca. Jemu Nieba dały
Natchnienie — dar swój najdroższy w człowieku.
Ojczyzna jego pyszniła się dzieły,
Imieniem jego usta ziomków tchnęły,
On cud, on podziw, on Geniusz wieku!

I jeszcze w narodzie pieśń jego ostatnia
Budziła serc życie i siły:
Gdy z pieniem kapłanów, gromada już bratnia
Do zimnéj go wiodła mogiły.
I wkoło cześć jego, jak dzwony pogrzebu,
I wkoło jęk ludu, jak hymny,
Z serc wszystkich, z ust wszystkich brzmiąc chórem ku Niebu,
Na wieki żegnały proch zimny.

∗             ∗

I duch Poety z wysoka, z nad świata,
Widzi tę żałość, ten hołd ludu swego.
Widzi, że osiągł, co chciał: że zapłata,
Za którą gonił, nie zawiodła jego.

Świat mu dał wszystko, co mógł; co wieszcz może
Żądać od świata. I urok téj chwały,
Urok tryumfu — lecący ku górze
Duch jego, jeszcze ku ziemi wiązały.

Lecz próżno! wyższa siła go porywa.
Gdzie mu na wieki Pan zostać przeznaczy.
I słyszy straszny głos, który go wzywa
Przed tron Sędziego — co sądzi inaczéj.

Przed którym mądrość tego świata — głupstwem,
Wielkość — jest tylko gwałtem, lub morderstwem;
Sława — próżnością; miłość — samolubstwem;
A pieśń dla chluby tylko — swéj — bluźnierstwem.

∗             ∗

I ziemia wnet znikła z pod stopy Poety,
W błysk oka prześcignął gwiazd kręgi;
Miljony słońc minął przelotem komety —
I przed nim — blask Bożéj potęgi!

A nad nim z jasności, z przybytków przedwiecznych,
Brzmią chóry Zastępów i Tronów;

Hymn pieśni Anielskich, dźwięk światów słonecznych,
Hozanna miljona miljonów! —

Jak piorun przeleciał przez chmury Aniołów,
Przez rzędy Proroków przelata.
Już zastęp Wyznawców! już krąg Apostołów!
I stanął — a przed nim Pan świata!

∗             ∗

Prawda i Cnota, u stóp Majestatu
Stoją: — lecz nie te, co je świat tak zowie.
Prawda nie owa, co fałsz barwi światu,
Cnota nie owa, co brzmi tylko w słowie:
Ale co wiedzie w ślad za Bożym Synem,
Ale co wiarę Weń potwierdza czynem.

A obok przy nich jest Miłość: — lecz nie ta,
Co ją w swych rymach opiewał poeta.
To miłość bliźnich, dla miłości Krzyża;
To miłość Boga, co ku Bogu zbliża.

A daléj Mądrość: — nie owa rozumu,
Jak wąż zdradziecka, i jak on, myśl tłumu
Pychą kusząca; — lecz co uczy siebie
Być doskonałą, jak Ojciec na Niebie.

∗             ∗

I duch Poety drżąc patrzy na Sędzię. —
Przed sądem Jego, cóż go bronić będzie?
Geniusz? talent? — Toć są dary Jego,

Dane mu do użycia — lecz dla czego? —
O! i Pan widział — czy się pyszniąc niemi,
Nie zaparł Dawcy? Czy przez nie na ziemi
Czynił, co kazał Dawca? Czy ich użył
Dlań, czy dla siebie? A na co zasłużył,
Zali już nie wziął tam? —
Wieszcz ze łzą w oku,
Patrzy na Sędzię — i czeka wyroku. —

∗             ∗

Wtém półki Aniołów zlatują z okoła,
Oblicza ich w tęcze promienne się zlały.
I oto przed tronem błysł miecz Archanioła,
I słowa Sędziego zagrzmiały:

„Jam w mocy słowa dał ci grom, byś w rymie
„Twym grzmiąc nad światem, świat budził do skruchy;
„Bojaźń Mą wrażał w serca; Moje imię
„Wsławił u ludzi — a gromił złe duchy.

„Jam ci w natchnieniu dał miecz Archanioła,
„Byś bronił cnotę, a karcił bezprawia;
„Byś rozciął sidła, co ludziom dokoła
„Duch namiętności i fałszu zastawia.

„Jam ci dał w pieśni arfę Cherubinów,
„Abyś jéj brzmieniem jęk ludzi łagodził;
„Do serc ich wlewał miłość dobrych czynów,
„Dobrym ich myślom ku Niebu przywodził.


„Nimem cię wybrał, przez wieki na Niebie
„Chroniłem dary, com ci dał dla ziemi. —
„Mów więc! — jak one użyte przez ciebie?
„Coś zrobił przez nie? — i coś zrobił z niemi? —

„Azaś nie przeniósł oklasków słuchaczy,
„Nad chwałę Moich duchów nieśmiertelnych?
„Chwili, nad wieczność? — Czegoś słuchał raczéj,
„Czy woli Mojéj, czy pokus piekielnych? —

„Wieszcza na ziemi cel — zbliżać nawzajem
„Mnie z swym narodem, i swój naród ze Mną.
„A ty? Czyś myślał o Mnie, i nad krajem?
„Coś kochał więcéj nad twą chwałę ziemną?
„Mów!“ —
A wieszcz: „Panie! miéj litość nademną!“ —

Wtém chóry Aniołów, głosami zgodnemi,
Zabrzmiały z jasności potoków:
„O! przepuść mu, Panie! On syn swojéj ziemi!
„Izrael ma tylko Proroków!“
1859.





PROROK.

Z PUSZKINA.



Duchowém pragnieniem palony,
Błądziłem po stepów przestworzu;
Wtem sześcią skrzydły osłoniony,
Seraf spotkał mię na rozdrożu.

I lekko, jak senne widziadło,
Tknął mych oczu ręką bez ciała.
„Przejrzyj!“ rzekł — i bielmo z nich spadło..
I raz piérwszy wieszcza źrenica,
Jako przestraszona orlica,
W otwarty świat ducha spojrzała.

Duch końce powietrznych swych palców
Ścisnął, i do uszu mych włożył.
I dziwny w nich słuch się otworzył.
Poczułem dźwięk planet obrótu,
I w chmurach świst ptaków przelotu,

I szum morskich fal, i pod niemi
Ruch ryb, i pełzanie padalców,
I rośnienie trawy na ziemi.

Duch do ust mych sięgął — i z gardła
Dłoń mi jego język wydarła,
Pustosłowy, chytry, kłamliwy;
I dał mi zań żądło wężowe,
Ostrz za słowo, jad za wymowę,
I głos Prawdy — jak syk przeraźliwy.

I w pierś mą swe palce, jak miecze,
Duch wraził — i serce człowiecze,
Samolubne, płoche i trwożne,
Wyrwał z niéj — i w miejsce to próżne
Wrzucił węgiel żywych płomieni,
Co mi duszę przetlił do rdzeni.

I jak trup leżałem w pustyni,
Aż głos Pański zabrzmiał z wysoka:
„Proroku! wstań! idź, i prorokuj!
„Znasz Mą wolę: — patrz! co świat czyni.
„Głoś Prawdę — pokutę, nie pokój!
„Świat przeklnie — Ja wsławię Proroka.“
1855.





PO PRZECZYTANIU PSALMU.

Z CHOMIAKOWA.





Grom — Z końca w koniec rozległ się po niebie,
Ziemia zadrżała, zamilkła, i słucha.
Pan z Majestatu ozwał się. — Daj ucha,
Ludu wybrany! Bóg mówi do ciebie.

„Ludu mój! widzę, tyś gotów mi wznosić
Ogromy świątyń; nie oszczędzasz złota;
Najdroższe wonie dłoń twa w ogień miota,
I myślisz — że to już dosyć!

„Co mi po twoich gmachach? Jam zbudował
Świat ten nieogarniony; Jam na zrębie
Otchłani, dźwignął Niebo; Jam mórz głębie
Napełnił; Jam je okował.

„Chcę — i dość słowa Mego, by z nicości
Stały się nowe światy, nowe słońca.
Jam Pan, Jam Stwórca przestrzeni bez końca,
Jam nieskończoność wieczności! —

„Co Mi po twojém złocie? Jam w głąb’ ziemi,
W rdzeń skał jéj wnętrza, jako morskie fale,
Jako deszcz, ogniem stopione metale
Wlał potokami wrzącemi.

„Tam one, w pętach przepaści bezdennéj,
Wrą i szaleją. — Wasze miny złota,
To tylko krople, bryzg, co ku wam miota
Burza téj fali płomiennéj. —

„Co Mi kadzidła? Ku mnie nieustanną
Woń całéj ziemi, z wszystkich jéj pod rosą
Gajów i kwiatów, wszystkie wiatry niosą,
Jak jéj ofiarę co–ranną.

„Co Mi te blaski waszych lamp? Przede Mną
Gwiazd miryady, jak iskry z wulkanu,
Tryskają w mroku, i gasną poranu,
Wam, nie Mnie, świecąc w noc ciemną. —

„Ludu mój! błahe przynosisz mi dary! —
Jest wszakże jeden — z którym, gdy Mi wierny,
Hołd złożyć przyjdziesz: — Ja, Pan miłosierny,
Przyjmę twe wszystkie ofiary.

„Dar ten — to serce twoje; jego skrucha
Przed sądem Prawdy; jego miłość z bratem,
I moc niezłomna w bojowaniu z światem,
Na tryumf Mojego Ducha.“
1856.





KWESTA NA KOŚCIÓŁ.

Z XIĘCIA WIAZIEMSKIEGO.



Jedno spotkanie zawsze raduje mą duszę.
Czy w słotny dzień jesieni, czy w skwarnéj posusze,
Czy w mróz, czy w śnieżną zamieć, czy w deszcz nawałnicy,
Zawsze On z nagą głową stoi na ulicy,
I z książką w ręku, którą podając przechożym,
Sam zda się być pielgrzymem i człowiekiem Bożym.

Spokojność i prostota jaśnieją mu z czoła.
Z krzyżem, i w imię krzyża, z dalekiego sioła
Przyszedł on do cudzego miasta, nie ażeby
Szukać zysku, lub własne opatrzyć potrzeby.
O! nie! insze uczucie w sercu mu się żarzy.

On cześć domu Bożego i świętość ołtarzy
Ukochał sercem całém, i ku ich ozdobie
Poświęcił trud i życie; a sam w swéj chudobie
Nie mając czém ich wspomódz: w żebrzącéj postaci,
W imię Chrystusa, prosi o jałmużnę braci.

Śród próżności i zbytku, śród ulicznych steków,
On wzór i przypomnienie Apostolskich wieków,
Jak wieść Ewangeliczna idzie między ludzi,
I próżne serca nasze ku czci Bożéj budzi.
I rzadki, kto go minie; — o! i biada temu,
Ktoby go mógł ominąć, nie złożywszy jemu,
Czy datku, jaki może; czy czci pozdrowienia,
Czy choć dobrego słowa współczucia, życzenia,
By go Bóg wśpierał w drogach Swojego zakonu,
I trud jego nagrodził obfitością plonu! —

Lecz najmilszy mi widok ubogiego ludu,
Co ostatni grosz może, plon krwawego trudu.
Wrzuciwszy do karbony, żegna się szczęśliwy,
Jakby dziękował Bogu za swój czyn poczciwy! —

Chowając w duszy mojéj prostą ojców wiarę,
I ja śpieszę w ślad ludu, i ja mą ofiarę
Rad składam w ręce Jego, i myślę: „O! Boże!
„Daj, niech i ja choć ziarnko kadzidła przyłożę,
„Niech ku Twéj czci choć kroplę oliwy doleję
„Do lampy — co jak symbol Wiary i Nadzieje,
„Siejąc z góry na ołtarz tajemnicze blaski,
„Świecić będzie dla wiernych promieniami Łaski!“ —


I w myśli téj jest dla mnie urok niepojęty,
Że i moja cegiełka do budowy świętéj
Wejdzie: — gdzie, widzę zda się, jak już wierna rzesza
Pobożnych kmiotków, zewsząd na dzwon jéj pośpiesza,
Aby z radością w sercu, i w szacie weselnéj,
Dziękczynieniem w jéj progach uczcić dzień Niedzielny,
I z dziecinną ufnością, w każdéj swéj potrzebie,
Modlić się jako dzieci do Ojca na Niebie:
By cały lud Swój wierny ochraniał i zbawił,
Obesłał go pokojem Swym, i błogosławił
Domom ich i rodzinom, ich trzodom i roli:
Chorych dźwignął z niemocy, ubogich z niedoli;
Wziął ojcowską opiekę nad sieroty płaczem,
Miłosierdzie nad więźniem, litość nad tułaczem;
Żeglarzy wiódł bezpiecznie przez burzliwe tonie;
Walczącym za ojczyznę stanął ku obronie;
Nie pogardzał prośbami ubogich ziemianów,
Za swych cnotliwych królów, panów, i kapłanów;
Grzeszników doprowadził do żalu za grzechy;
A wszystkim zesłał światło Łaski i pociechy,
By oderwani sercem od marnych trosk ziemi,
Duchem dążyli w Niebo za Anioły swemi.
I przeżywszy wiek w Pańskiéj bojaźni i skrusze,
Usnęli w Nim w pokoju; — i aby ich dusze,
I ojców ich, i braci, co poszli przed niemi,
Pogrzebionych czy w swojéj, czy na obcéj ziemi,
Obmyte w łzach pokuty i krwi zbawczéj zdroju,
Doprowadził do krain światła i pokoju,
I wszyscy, na dzień sądu ostatniego, w bieli
Niewinności dziecinnéj, przed Panem stanęli! —


I śród takich to modlitw, wznoszonych codziennie,
Lud tam wspomni i o mnie — chociaż bezimiennie,
Gdy zebrany u świętych ołtarza podnóży,
Pomodli się i za tych, co mu ten dom Boży
Zbudować dopomogli. — I choć przejdą lata,
I darń grobu pokryje obcego im brata.
Zawsze jeszcze i wtedy, w pokoleniu nowém,
Tém samém dobrém, wdzięczném, kochającém słowem,
Wspominać o nim będą w téj świątyni progu,
I polecą go żywych i umarłych Bogu. —

I może, da Bóg, siła téj modlitwy wspólnéj
Odkupi grzech mój wolny, albo mimowolny,
I Pan, choć ztąd się ku mnie do litości wzruszy,
Żem nigdy ku czci Jego nie ostygał w duszy.





MODLITWA Ś. EFREMA SYRYJCZYKA.

Z PUSZKINA.



Boże mój! Rządzco mojego żywota!
Spraw, niech lenistwo, ni ducha tęsknota,
Ni gniew, ni pycha, ni łakoma zawiść,
Ni płocha próżność, ni gorzka nienawiść,
Ni wielomówstwo, co głos Prawdy głuszy,
Ni samolubstwo nie skażą méj duszy!
Ale ją oświeć światłem Twego Ducha,
Niech Wiara, Miłość, Pokora i Skrucha,
W sercu mém Tobie zgotują mieszkanie.
A grzechy moje daj mi uznać, Panie!
A sądu brata niech nie będzie we mnie!
Byś mię Ty, Ojcze! nie sądził wzajemnie,
Ale mię przyjął pod cień Twéj opieki,
Teraz, i zawsze, i na wieków wieki.
Amen.





STAROŚĆ DUCHA.

WIERSZ POŚWIĘCONY KAJETANOWI KOŹMIANOWI
W 80–tą rocznicę Jego Urodzin, 7 sierpnia 1852 r.




W każdych ustach żal młodości,
W każdém sercu chęć jéj zwrótu,
Pory szczęścia i miłości,
Siły ducha, myśli lotu.

Lecz czyż słońce południowe
Mniej ogniste, niż u wschodu?
Czyż gdy do snu schyla głowę,
Mniéj ma blasku i obwodu? —

A duch, światło co nie gaśnie,
Promień Słońca Przedwiecznego,
Miałby stygnąć, przez to właśnie,
Że ogniska bliższy swego?

Miałby słabnąć razem z ciałem,
On, którego cel na ziemi,
Wzrość i wzmódz się życiem całém,
By się zrównać z Niebieskiemi?... —


O! kto w młodych dniach zapału
Prawdy Pańskiéj słów usłucha:
Serca nie da w służbę ciału,
W świetle Wiary pojmie Ducha:

Duch takiego nie starzeje;
I gdy ciało, plewa marna,
Kruszy się w proch, i niszczeje —
Rośnie w Niebo — jak cedr z ziarna.





VENI CREATOR.

NA ŚLUB TOMASZA ZANA.



Przyjdź Duchu Święty, przyjdź
Ogniu Miłości, znijdź!
Na serca pary téj
Światło Twéj Łaski zléj,
Ucz w Tobie żyć!

Dawno już przed Twój tron
Z krzyżem swym stanął On;
U Ciebie szukał sił,
I Tyś mu wsparciem był
Śród obcych stron.

I Twa to, Panie! dłoń,
Z rodzinnych jego błoń,
Wywiodła dlań ten kwiat,
Co ma mu zdobić świat,
Uwieńczyć skroń.


Strzeż więc i broń go Sam,
Od cierni, burz, i plam:
A sprawuj, jako chcesz:
Bo Ty sam jeden wiesz,
Co lepsze nam.

Lecz gdy próśb naszych chór
Wart przejść tych świątyń mur:
Panie! wysłuchaj nas!
Błogosław w każdy czas.
Błogosław parze téj!
Niech jak żyć ku czci Twéj,
Nam daje wzór!

1847, Października 29.





PRAWDA.



Co jest Prawda? od Piłata
Świat wciąż pyta — i sąd świata
Wciąż, jak Piłat, wbrew jéj słowu,
Prawdę na krzyż wbija znowu.

Wy więc którzy na tym świecie
Żywą Prawdę poznać chcecie,
Nie szukajcie jéj w tych, czyja
Myśl, chcąc zdobyć ją — zabija.

Jeden tylko treść jéj wiedział,
Żył w niéj, dla niéj, mówił o niéj:
Przecież, co jest? nie powiedział,
Drogę tylko wskazał do niéj.

I sam tylko On jest razem
Jéj istotą i obrazem:
Bóg w człowieku; — a jéj droga:
Od człowieka dojść do Boga.

I w téj drodze — On przewodnią,
On pobudką, On jest celem.
Słowo Jego — jéj pochodnią.
A Jego krzyż — wskazicielem.
1854.





CIERPIENIE.

DO KLAUDYI POTOCKIÉJ.



Cierpię nieraz — i gardząc sobą lub drugiemi,
Gardzę naturą ludzką. — Lecz wspomnę na ciebie!
Widzę, czém człowiek może, winien być na ziemi.
Czuję świętość w ludzkości — i poprawiam siebie.

Cierpię jednak — i duma do szemrania, budzi.
Lecz pomnę wzrok twój łzawy, lic twych bladość chorą,
Ślad poświęceń, ślad cierpień, dla ludzi, za ludzi! —
Ty cierpisz!... jażbym nie miał?... nie znosił z pokorą?...

Cierpię — ale już czuję, że jak na świat ludzie,
Duch Boży w sercach ludzi rodzi się z cierpienia. —
Tobiem winien to czucie, co mię krzepi w trudzie,
I sam jad cierpień w balsam pociechy zamienia.
1832.





POKÓJ.

DO X. ALEXANDRA WAŻYŃSKIEGO.



Gdy Wszechmogący na Niebie
W łonie Swéj woli świat począł:
Czém snać nagrodził Sam Siebie?
Pokojem — w którym odpoczął.

Gdy Stwórca, by świat Swój zbawił,
Wziął Sam brzemię ludzkiéj doli:
Co za piérwszy dar objawił?
Pokój ludziom dobréj woli.

Gdy odchodząc, ucznie Swoje
Posłał światu nieść Swe prawa:
Co im dał za broń i zbroję?
Pokój — nic ten, co świat dawa,

Lecz co On Sam przyniósł z Nieba,
Co w ucisku i sromocie
Strzegąc, uczył, jak strzedz trzeba.
Aż z nim umarł na Golgocie. —


Lecz tyż to mnie, przyjacielu!
Coś sam Bożych prawd tłómaczem,
Pytasz: kędy iść do celu?
Gdzie ten pokój? w czém i na czém? —

W tém pytaniu twém, już tobie
Jest odpowiedź, mnie nauka:
Że go nikt wciąż nie ma w sobie,
Mądry tylko, kto wciąż szuka.

Lecz sam wspomnij czas twéj próby,
Czas twéj chwały — i wyrokuj:
Czy w dniach szczęścia, czy żałoby,
Czułeś bliżéj Boży pokój?

I nie tam–li on się zbliża,
Gdzie swą wolę złamie skrucha,
Gdzie cierpliwość, u stóp krzyża,
W poświęcenie krzepi ducha? —

Lecz kto, jak ty, święte znamię
Raz już zdobył w życia boju:
Ten wódz; — tego ślad i ramię
Niech wskazują tór pokoju!
1854.





WARJAT.

DO SYXTUSA JASIEWICZA.



Drogi Syxtusie! tyś od lat dziecinnych
Był mi kolegą, przyjacielem, bratem:
Kiedyż, dla Boga! przestanę z ust innych
Słyszeć a słyszeć, żeś stał się warjatem?

Niegdyś ta nazwa bywała nam wspólną,
Gdyśmy wał z śniegu zlepiwszy śród zimy.
Wierszami z Tassa uczyli młódź szkolną,
Brać w nim, lub bronić mur Jerozolimy.

Lub wiosną, kręgle złocistym papierem
I koguciemi okleiwszy pióry,
Gwałtem w nich drugim kazali z Homerem
Widzieć Achille, Ajaxy, Hektory.

Pomnisz, jak wtedy Professor Wymowy.
Śmiał się, aż płakał, z nas i z naszych braci,
A Matematyk, Xiądz Prefekt surowy,
Trząsł głową, mówiąc: „Poeci–warjaci!”


No! dajmyż na to! Nazwa ta poecie
Służy jak tytuł dziedziczny u świata.
Ależ ty wierszy nie pisałeś przecie —
Tak! — ale czyny poety-warjata!!!

Naprzód na wojnę: — nie wiedzieć zkąd? czemu?
Od książki raptem skoczyć do bułata,
By, coś gdzie czytał, doświadczyć samemu! —
Wybacz! i jam cię miał za pół–warjata.

Potém na wojnie: — pod gradem kartaczy,
Raz wraz dobranéj przodkując czeredzie,
Gnać się z hordami Tureckich rębaczy,
I pewno w myśli marzyć o Tankredzie!

Aż gdyś syt wreście chwały Paladynów,
Wracał jąć radło i pług Cyncynnata,
Półk twój, do wieńca nabytych wawrzynów,
Wplótł ci i nazwę: śmiałego warjata.

Potém po wojnie: — kiedy ci swatano
Familiantkę, i z wianem bogatém:
Tyś wziął sierotę — biedną, lecz kochaną! —
Świat — nie ja — znów cię osądził warjatem.

Był czas zaprawdę, gdy widząc w twym domu
Miłość, i pokój, i anielskie dziecię,
Sędziowie twoi zamilkli od sromu,
I coś nad złoto poczuli na świecie.


Sen to był krótki! — i gdyś, przyjacielu!
Chęć nawet szczęścia zamknąwszy z Nią w grobie,
W ojcu już tylko i obywatelu
Żył powinności, krajowi — nie sobie;

Gdyć urząd tylko był polem do pracy,
A władza służbą krzywdzonych od świata: —
Ol przyjacielu! czyż nie byli tacy.
Co cię i wtenczas brali za warjata? —

Lecz Pan snać z góry upodobał w tobie,
I jak zwykł czynić z wybranemi Swemi,
By duch twój całkiem obrócić ku Sobie,
Wziął ci ostatni skarb serca na ziemi.

I duch twój pojął świętą wolę Pańską,
Wziął krzyż — i wesół po nad ziemię wzlata:
Gdy na cudowną siłę chrześcijańską
Tłum woła: „Exaltacya warjata!“ —

O! przyjacielu! jeśliś z twéj pamięci
I braci serca nie rugował z światem:
Modlitwą twoją dopomóż méj chęci,
Bym mógł być takim, jak dziś Ty, warjatem!
1847.





DO TEGÓŻ.

(W dzień jego prymicyi, 11 Czerwca, 1855 r.).



Chwała na wysokości Bogu! a na ziemi
Pokój ludziom, co idą drogami Bożemi,
Niosąc swój krzyż i brzemię do wieczności progu!
Pokój — nie śmierci w grobie, ale życia w Bogu!

Syxtusie! tyś dziś stanął na téj świętéj drodze;
Dziś Bóg cię przyjął między sługi Swe, a wodze
Nas, błądzących po świata rozdrożach; — dziś chwała
Panu na wysokości, z ust twoich zabrzmiała
Przed ołtarzem i ludem; dziś sam w ręku twojém
Chrystus stał ci się żywym chlebem i napojem,
I dał moc dłoni twojéj, na spółbliźnich czoła
Rozlać błogosławieństwo Nieba i Kościoła!

Cześć więc na wysokości Panu! cześć i dzięki!
Za każdy kielich łez twych; za każdy krzyż męki
Życia twojego, w sercu, i w myśli, i w duszy!
Boś się obmył w boleści; boś się wzmógł w katuszy;
Boś ogniem skruchy ducha wypalił swe grzechy;
Boś zdobył sam, i odtąd masz nieść skarb pociechy
Nam, grzesznym braciom twoim, mdlejącym od znoju,

Skarb Nadziei, Miłości, Wiary, i Pokoju,
Co wziąć tylko może i dać z łaski Pańskiéj,
W prawowiernym Kościele kapłan chrześcijański!

O! i błogosławione czasy i narody,
Gdzie Bóg dobrych pasterzy poszle dla swéj trzody,
I gdzie ich trzoda ze czcią i miłością słucha!
Tam, wtedy tylko, z góry świeci światłość ducha,
Tam tylko widać drogę do Bożego celu.
Tak Jehowa przed wieki władał w Izraelu,
Tak Kościół Apostolski wzniósł na gruzach Romy,
I tak w dziejach narodów rządzi niewidomy,
Którym wyrył na sercu i włożył na skronie
Znak ludu wybranego w Krzyżowym Zakonie.

Spójrz w ich dzieje! — ilekroć wierne Pańskiéj woli
Szły nieść pomoc narodom, zbawiać od niedoli,
Świat zasłaniać piersiami przed dziczą pogańską,
Lub zaszczepiać i krzewić wiarę chrześcijańską:
Patrz, jak obok ich królów, śród ich rad, w senacie,
W obozach, stoją święte kapłańskie postacie,
Podpory majestatu, prawd i swobód stróże,
Lub przewodnicy na śmierć, za kraj, w imię Boże!

Lecz gdy naród, niestety! zbyt często niepomny
Cnót ojców: krnąbny, płochy, albo wiarołomny,
Miał zboczyć z dróg Miłości, Wiary — ach! i Łaski:
W Kościele gasły naprzód cnót kapłańskich blaski.
I był to zawsze w dziejach klęski znak proroczy,
Jako przed burzą naprzód firmament się mroczy.


Aż gdy pod ręką gniewu Bożego, znów skrucha
Upokorzyła serca, ożywiła ducha:
Kto piérwszy zgubne sidła odszczepieństwa targa,
Jeśli nie święty kapłan-obywatel, Skarga?
Kto, gdy naród naprawić idzie czyn zdradziecki,
Da wzór — jeśli nie kapłan-bohater, Kordecki?
Kto w Krzyżu odkupienie i żywot obwieszcza,
Jeśli nie z Jasnéj Góry głos kapłana-wieszcza?
I co snać pewniéj wróży litość sądów Pańskich,
Jak mnożące się w mroku gwiazdy cnót kapłańskich?

Śród nich odtąd, Syxtusie! obyś i ty społem
Świecił długo pomiędzy ludem a Kościołem,
Aż przyjdzie Bóg Zbawiciel, zwić z was wieniec nowy,
Dla Swéj Niebieskiéj Matki, a naszéj Królowéj!

A dziś, módlmy się społem, w proch schylając czoła:
My lud, o dobry przykład i chwałę Kościoła,
A ty, w gronie sług jego, za nas lud, Syxtusie,
O Wiarę, i Nadzieję, i Miłość w Chrystusie!






DO ADAMA SUZINA.

(W Częstochowie).



Pomnisz tę chwilę, mój drogi Adamie!
Gdyśmy się niegdyś całém gronem bratniém,
Po raz ostatni zeszli w Ostréj Bramie,
By się pożegnać uściskiem ostatnim,
I w chór z kapłanem wtórzyli ze łzami:
Królowo nasza, zlituj się nad nami!

I któż z nas w życia przemiennéj kolei,
W próbach, tęsknocie, pielgrzymce dalekiéj,
Gdy w Niéj synowskiéj nie tracił nadziei,
Jéj macierzyńskiej nie doznał opieki?
Wszędzie i zawsze — czuliśmy to sami —
Królowa nasza czuwała nad nami.

Lecz nam dwóm tylko dano było razem
Zejść się znów naprzód na ziemi rodzinnéj,
I przed cudownym Maryi obrazem,
Za samych siebie niosąc hołd dziękczynny,
Wspólnie, jak niegdyś, błagać za drugimi:
Królowo nasza, zlituj się nad nimi!


I gdym wnet przedeń wiódł cię do kobierca,
Byś na nim miłość poprzysiągł wzajemną,
I mój od młodu brat z ducha i z serca
I krwi braterstwem połączył się ze mną:
Głos braci wzajem brzmiał z dalekiéj ziemi:
Królowo nasza, opiekuj się niemi!

Dziś my znów z tobą na cudownéj Górze
Wzywamy społem Najświętszéj opieki:
Lecz te, co niegdyś w jednym brzmiały chórze,
Głosy najmilszych — zamilkły na wieki!
Z tylu ich, z tylu — zostaliśmy sami!
Królowo nasza, zlituj się nad nami!

Lecz gdzież na ziemi jest miejsce, z którego
Bliżéj nam ku nim — ku świętym, ku czystym? —
O wy! z przybytku wesela wiecznego
Jeśli patrzycie ku stronom ojczystym,
Głos wasz połączcie z naszemi modłami:
Królowo nasza, zlituj się nad nami! —
9 Lipca, 1857.





DO IGNACEGO CHODŹKI.

(Z Częstochowy).



Po śladach wszystkich naszych i wielkich, i świętych,
Królów, kapłanów, wodzów, i wieszczów natchniętych,
Ubogi pielgrzym wszedłem na szczyt Góry owéj,
W próg przybytku Niebieskiéj i naszéj Królowéj,
Zkąd, jakby z duchowego wyżyny Horebu,
Czy w dół spojrzysz ku dziejom, czy w górę ku Niebu,
Przed narodowéj chwały i Boga obliczem,
Musisz zapomnieć siebie i poczuć się niczém.
Jako duch wyszły z ciała, na wieczności progu,
Co już umarł w człowieku, a ma ożyć w Bogu.

I gdy w téj chwili cudu, strasznéj i uroczéj,
Z otchłani zda się grobów, i z Niebios przezroczy,
Wyszły, i wkrąg przed emną stanęły postaci,
Wielkich przodków, a sercem miłowanych braci,

Proszących o modlitwę, lub których nawzajem
Nam błagać o przyczynę za sobą i krajem:
Ignacy! twój mi obraz stanął najwyraźniéj.
Bom w tobie ja w téj chwili, współczuciem przyjaźni,
Czuł własną boleść moję — największą na ziemi,
Co wiész, jak dotąd serce wiecznym kirem ciemi,
I na którą w tych miejscach szukając sposobu,
O co miałem dla siebie — prosiłem dla obu.

Obyż więc i ów promień tajemniczéj Łaski,
Co tu padł na mą duszę: mógł, jak słońca blaski
Od chmur, odbity od niéj, po nad sercem twojém
Zaświecić, jako tęcza, Wiarą i Pokojem:
Ową Wiarą widzącą, przed któréj oczyma
Grób i wieczność dla ducha tajemnicy nie ma;
I pokojem dziecięcia, co we wszystkiém czuje
Wolę Ojca — co nawet karcąc je, miłuje!

O! mój drogi Ignacy! tać jest tylko jedna
Pociecha na twą boleść; — i onę ci zjedna
Taż sama boleść twoja: byłeś ją, jak trzeba,
Sercem odniósł do Krzyża, a duchem do Nieba.

A więc dawszy mogile hołd ziemskiéj żałoby,
Spojrzyj z niéj — wstecz na życie, a wzwyż po za groby!
A potém, tonąc myślą w sercu zakrwawioném,
Pytaj: czego snać wczesnym uniknęła zgonem?
Aza kres twych tu cierpień tak nazbyt daleki?
I co czynić, by tam z Nią złączyć się na wieki? —


A gdy sił nie dość jeszcze na krewkość natury:
Ślubuj z wiarą pielgrzymkę do téj świętéj góry!
Tu cię Matka boleści przyjmie i wysłucha,
Tu szczebel z uczuć serca — do krainy Ducha.

10 Lipca, 1857.





ANIÓŁ ŚMIERCI.



Jam duch pokoju, jam duch cichości,
A świat się boi mnie.
Jam jest posłannik Bożéj miłości,
Jam kres walk, cierpień i mąk ludzkości,
Jam jest początek nieśmiertelności,
A ludzkość na mnie klnie!

Bo wstyd piérwszego grzechu, ich oczy
Tak w ziemię tylko zgiął:
Ze gdy ich z góry cień mój otoczy,
Nie przez mię w Niebo szlak mój uroczy,
Lecz widzą tylko kir, co ich mroczy,
I swéj mogiły dół.

Ale kto z serca i z ócz proch świata
Zdrojem zbawienia zmył:
Ten w mym uścisku poczuje brata,
Tego duch z moim wesół ulata.
Gdzie krótkich cierpień wieczna zapłata,
By w niéj na wieki żył.
1849.





WARTOŚĆ RZECZY.



Próżno rozum człowieczy
Prawdziwą wartość rzeczy
Chce pojąć w ich przelocie.
Światło chyba gromnicy,
W konającéj prawicy,
Oświeci go w istocie.

Za czém tęsknił i gonił,
Nad czém, mając, duch ronił,
Po czém wzdychał lub szlochał;
Na czém oparł rachubę,
W czém miał rozkosz lub chlubę,
Co uwielbiał, co kochał:

Jak to wszystko inaczéj
W owéj chwili zobaczy,
Gdy się wszystko w proch kruszy:
A z nim tylko na wieczny
Straszny sąd ostateczny
Idą skutki ich w duszy!


Czém więc w rzeczy dlań była
Władza, chwała, lub siła,
Gdy nie Bogu służyła,
Gdy się w pychę z nich puszył? —
Nie lepsze–li ma w zysku,
Z krzywdy, z wzgardy, z ucisku,
Gdy w nich serce swe skruszył?

Dobrem–li zwać bogactwo,
Gdy go wiodło w próżniactwo,
W twardość, w zbytek, lub w sknerstwo
Złem–że była potrzeba,
Choćby sam głód bez chleba,
Gdy w nich Opatrzność Nieba,
Bliźnich poczuł braterstwo?

O! a jeśli miał chwile,
Że na lubych mogile
Czuł, jak żyjąc umierał;
Jak wzrok — choć się nie zwarły
Oczy — lecz wzrok umarły
W świat dlań martwy spozierał:

Jeśli wtedy nie zgrzeszył
Rozpaczą, ni się cieszył
Przez co bądź, krom przez Wiarę:
Niech konając obwieści,
Co w swéj onéj boleści
Widzi: Łaskę, czy karę? —


Cóż, gdy zamiast z żywemi
Płakać go tu na ziemi,
Dusza ta, tak mu droga,
Spotka go tam w wieczności,
I z uśmiechem radości
Poprowadzi do Boga!...

Tam w świetle Prawdy wiecznéj,
Jak swój cel ostateczny,
Pojmie dobra prawdziwe:
Krzyż, co go wzniósł nad ziemię,
Żal, co zmył grzechów brzemię,
I skonanie szczęśliwe.
1854.





MEMENTO MORI.



O! ludzie, ludzie! gdybyście wy czuli
Jak wątłe życie tych, których kochacie,
Czyżbyście sami tyle chwil im truli,
Chwil, co tak mało do użycia macie? —

Cóż, że dziś duma winę z siebie zwali?
Że serce, ranie podobne świerzbiącéj,
W łzach swych lub cudzych, na gniew co je pali,
Kosztuje ulgi — jad tylko jątrzącéj?...

Przyjdzie czas, przyjdzie! kiedy te powieki,
Co dziś dzień cały krzywd niewinnych płaczą,
Znużone łzami, zamkną się na wieki,
I już twéj późnéj skruchy nie zobaczą;

Gdy te ramiona, co dziś nadaremnie
Wznoszą, ku tobie uścisk pojednania,
Złożone na krzyż, ostygną wzajemnie
Na łzy pokory i pocałowania;


Gdy to oblicze, co jak zorze ranne
Światłem pociechy na twą duszę biło,
Na wieki oczom twoim odebrane
Grabarze ciężka narzucą mogiłą!

Pomyśl, nieszczęsny! gdy wrócisz do domu,
I znajdzesz pustki okryte żałobą —
Co poczniesz wtedy? gdy nie będzie komu
Ni cię pocieszyć, ni zapłakać z tobą?

Gdy wspomnisz miłość, coś miał, a odrzucił;
Gdy wspomnisz szczęście, coś mógł, a nie użył:
Chwile, coś zatruł; dni, coś może skrócił;
I cierpiąc, będziesz czuł, żeś sam zasłużył?...

Próżno natenczas, na kolanach skruchy,
Przyzywać zechcesz kochanego ducha!
Ty, coś był w życiu na głos jego głuchy,
Śmiałżebyś mniemać, że cię on wysłucha?... —

I tak dzień po dniu — aż z rozpaczą wściekłą
Sam zaczniesz na się wzywać pomsty Bożéj. —
Szczęśliwy jeszcze! gdy to ziemskie piekło
Wiecznéj Litości bramę ci otworzy!
1838.





RADA PIĘKNÈJ.



Jeśli cię chwała z wdzięków napuszy,
Ja ci poradzę co zrób.
Patrz na się nagą, i myśl: bez duszy,
To moje ciało jest — trup!

W całun obwite, w trumnie zabite,
W ciemny zarzucą je loch;
Pleśń je otoczy, robak roztoczy,
Zostanie szkielet i proch. —

Lecz dusza, dusza! która jest w tobie,
Ta nieśmiertelna jak Bóg,
Co ją z miłością woła ku Sobie,
I Swoich naucza dróg! —

O jéj dbaj piękność! aby gdy stanie
Na Pański w Niebie sąd.
Nie zawołało straszne wołanie:
„Skażona! precz idź ztąd!“

1852.





NA ŚMIERĆ DZIECKA.



Niewinne dziatki! o! jak was tam wiele
W przybytku Niebios, pomiędzy Świętemi!
Jakie tam musi być wasze wesele,
Gdy go nie mąci żadna pamięć ziemi! —

Któż z ludzi zgadnie, dla jakiéj przyczyny
Bóg was na świecie stworzył nie dla świata?
Lub czy za ojców zasługi, czy winy,
Śmierć wasza była kara, czy zapłata?

Czy ją tu po was przysłano tak wcześnie,
By was rodziców nie skalały grzechy?
Czy by tu po was płaczących boleśnie
Zwrócić na drogę Niebieskiéj pociechy?

Któż z ludzi zgadnie? — Ale biada temu,
Kto w tym największym smutku i niedoli,
Nie zada pytań sumieniowi swemu,
I nie zrozumié wyższéj Bożéj woli!


Bo choćby wszystko Bóg zdał na trafunek,
W tym jednym razie — On źródło litości,
On Ojciec — Onby przybył na ratunek,
I traf odtrącił siłą Wszechmocności! —

Ale, o! Panie! jakże snać wysoki
Jest cel u Ciebie ludzi przeznaczenia,
Iż, by go doszli. Twe święte wyroki
Iść im tu każą przez takie cierpienia!

A łzy, co płyną na dziatek mogiły,
Łzy rodzicielskich żalów i miłości,
Któż zliczy, ile twardych serc skruszyły,
Ile od ziemi wzniosły ku wieczności?

I jak na ziemi własna Pańska droga
Krwią młodziankową znaczy swój początek:
Tak, kto wié, w drodze Ludzkości do Boga,
Jakie znaczenie ma śmierć niewiniątek?

1845.





ŚMIERĆ DZIECIĘCIA.

(WIERSZ POŚWIĘCONY PANI MARYI GÓRSKIÉJ).




Dziecię konało — rodzice oboje
Klęczeli obok, i łkając mówili
Pacierz za konających. — Wtém łez zdroje
Trysły z ócz dziecka; i w téj saméj chwili
Głos, słowa z głębi serca matczynego,
Potężne prawdy i boleści echem,
Zabrzmiały: „Nie płacz, dziecko! nie ma czego!“ —
I dziecię skonało z uśmiechem.

Czy że ostatni raz jeszcze w swém uchu
Głos matki poczuło znów?
Czy Aniół śmierci dał mu pojąć w duchu
Myśl tych matczynych słów?

„Nie płacz, dziecko! nie ma czego!
Ojciec bierze cię.
Tam już, tam cię z łona Jego
Śmierć nie porwie, nie!

„Tam już więcéj nie doświadczysz,
Coś tu zniósł w chorobie;
Tam ty nigdy nie zapłaczesz.
Jak my dziś po tobie!

„Żal ci mnie, żal ojca twego! —
O! znam ja cię, znam!
Ale nie płacz! nie ma czego!
I my przyjdziem tam.

„Tyś niewinny, wprost do Nieba
Wzlecieć możesz wzwyż;
Nam snąć grzesznym wziąć wprzód trzeba
Z twéj mogiły krzyż.

w Maju 1865.





NA ZGON SZESNASTOLETNIEJ A. Z.



Obiecałem ci piosnkę na wesele twoje,
Uiszczam się — choć gody twe zwą się pogrzebem,
Choć na nich dla nas tylko kir, ból, i łez zdroje —
Lecz tyś w bieli! tyś w kwiatach! Śmierć — to ślub twój z Niebem.

Połączenie się duszy z swéj miłości celem,
Zapewnienie w Najmilszym szczęścia i opieki —
O! gdy to w krótkiém życiu świat tu zwie weselem,
Jak je zwać, gdy się w Niebie osiąga na wieki? —

Duszo czysta! wionęłaś przez ton świat i życie,
Bez obrazy ich cierniów, bez plamy ich cieniu;
I uleciałaś w wieczność, jak w dziecka zachwycie,
Gdy na ojcowskiém łonie usypia w marzeniu:


W marzeniu o przeżytych jasnych dniach — z nadzieją,
Że się wnet znów do nowych, jaśniejszych obudzi! —
A przecież, dość jest widzieć te łzy, co się leją,
By pojąć, czém już byłaś dla twych bliźnich–ludzi.

Kto cię znał, ten cię kochał — kochał dobro w tobie.
A cóż jest podobniejsze Anielskiéj zasłudze,
Jak z Bogiem i dla Boga żyjąc tylko w sobie,
Promieniem świętych uczuć świecic w serca cudze? —

Pokój ci więc, dziewico! A gdy ku padołom
Duszę twą zwraca jeszcze naszych żalów echo:
Proś, aby twym rodzicom, i twym przyjaciołom.
Pewność twego tam szczęścia, tu była pociechą.

1865.





W DZIEŃ POGRZEBU MARYI POTOCKlÈJ.



Pięknaś była, o! duszo przeczysta!
I twym ziomkom świtałaś jak zorza!
Tak im jasna, i tak promienista
Z myśli twoich świeciła myśl Boża.

Kto ich promień raz przejął swą duszą,
Kto w głąb twojéj raz sięgnął oczyma,
Łzy się może z ócz jego osuszą,
Lecz czci dla cię do grobu dotrzyma. —

Cóż zrobiła? spytacie niektórzy,
Cicha, skromna, a zgasła za młodu? —
O! pytajcie, co zrobił brzask zorzy,
Nim go chmury zaćmiły u wschodu?

Ile ptasząt swój śpiew zanóciło,
Ile ziół, ile kwiatów podrosło.
Ile oczu się ze snu zbudziło,
Ile modlitw ku Niebu się wzniosło?

Bo blask żaden nie błyśnie daremnie,
Chociaż skutków zeń nikt nie obliczy! —
O! nie w jedną pierś pewno, jak we mnie,
Tchnął z niéj urok świętości dziewiczéj,

Tchnęła świętość godności niewieściéj.
I ktoś może natchniony ich siłą,
Wpływ tych natchnień tak w czynach obwieści,
Jak ja tylko w łzach nad jéj mogiłą.

5 Marca 1866.





ŻYCIE I SMIERĆ.

(PO ZGONIE Ś. P. WACŁAWA ŁUSZCZEWSKIEGO).



Z podwojów pałacu, na wóz pogrzebowy,
Wyniesiono ojca rodziny.
O! jakże ten pałac dla sierot i wdowy
Tchnie straszném pustkowiem ruiny!

Kąt każdy, sprzęt każdy, sklepienia i progi,
Gdzie stąpią, gdzie zwrócą oczyma:
Jak echo rozpaczy, jak puszczyk złowrogi,
Brzmią ku nim: „ach! nié ma go, nié ma!“

Ten głos je zabija — a przecież tak całém
Chwytają go sercem i uchem. —
O! w grób–że wam tylko iść myślą za ciałem,
A nie w Niebo wznieść się za duchem?

On jest tam! on żyje! on woła ku sobie!
Tęsknota w was po nim — głos Jego.
Zostawcież wspomnienia, jak kwiaty na grobie,
A idźcie go szukać żywego.

I oto jak odblask czystego zachodu,
Lśni jeszcze i gore ta droga,
Którędy skroś świata i swego narodu,
On przeszedł przez ziemię do Boga.

Pomnicie, czujecie, tę dobroć, tę tkliwość,
Tę miłość i ducha ofiary;
Tę w próbach stateczność, tę w bolach cierpliwość —
Lecz zkąd on je miał, gdy nie z wiary?

I gdy już cień śmierci ćmił kirem powieki,
On tonąc w was wzrokiem miłości,
Jak wierzył? Co mówił? Czy żegnał na wieki,
Czy do zobaczenia w wieczności? —

O! dusze wysokie! sieroto i wdowo!
Krzyż dla was wzrósł z Jego mogiły;
Lecz z krzyża, wraz z Boskiém, i Jego brzmi słowo,
Byście z Nim, przez Krzyż w Duchu, ożyły.

w Czerwcu 1867 r.





CIENIOM KAROLA SZAJNOCHY.



Wieszcz przeszłości odszedł do niéj!
Lecz kto tknieniem wieszczéj dłoni,
Przez natchnioną ducha dzielność,
Wskrzeszał z martwych wieki całe:
Ten z ich życiem, i swą chwałę
Oblókł w ducha nieśmiertelność.

Kto wpatrzony w Prawdy słońce,
Dzień swych oczu, życie schnące,
Ku jéj czci poświęcił w trudzie:
Przed tym, jak przed jéj kapłanem,
Hołd czci, sercem i kolanem,
Złożą dzieje, czasy, ludzie.

I niech staną narodowie!
Gdzie mistrz, o kim głos ich powie:
„Służy prawdzie, wierzy, kocha“!? —
A my z chlubą, choć ze łzami,
Rzekniem: „Takim między nami
Był dziejopis–wieszcz — Szajnocha!

1868.





KU PAMIĘCI

Ś. P. MŚCISŁAWA KAMINSKIEGO.



Pokój ci w Panu! Nie wielu nas było,
Cośmy to rzekli nad twoją mogiłą:
Ale jak w duszy méj to pożegnanie,
Niech choć ślad jego w tém słowie zostanie.

Młodzieńcze! zgasłeś w kwiecie twego wieku!
Pod skwarem cierpień dojrzałeś, człowieku!
Jak cień lub obraz w kropli łzy czy rosy,
W losie twym wielu odbiły sie losy.

Błagał o pracę — i każdéjby sprostał;
Radby z najlichszéj — a żadnéj nie dostał.
Bóg niech przebaczy, jak tyś sam przebaczył,
Kto ci ją może dać mógł — a nie raczył!

I niech tak lekką będzie ci mogiła,
Jak tu na ziemi ciężka dola była! —
Trosk twych ojcowskich, i łez ich goryczy,
Świat nie obaczył — lecz Bóg je policzy.

I póki z góry Opatrzności oko
Patrzy na ziemię, a widzi szeroko:
Znajdzie gdzieś na niéj, co rodzinę twoją
Ohlebem nakarmią, i w żalu ukoją.

1869.





NA ŚMIERĆ
X. STANISŁAWA PARCZEWSKIEGO,
ZMARŁEGO W RZYMIE, W MAJU 1830 ROKU.

I.

Dawnoż to było, o! mój przyjacielu!
Gdym twój rówiennik w młodości i zdrowiu,
Gdym twój towarzysz przechadzek bez celu,
Gdy ten sam jeszcze księżyc był na nowiu,
Błądziłem z tobą nad Tybru brzegami? —
Noc była jasna, cicha, i wesoła,
Niebo, jak zajrzeć, błyszczało gwiazdami,
Prócz kroków naszych — milczenie dokoła.

Pełni tajemnéj, uroczéj radości,
Przy Cestyusza staliśmy kolumnie.
Wspomnienia kraju i wspólnej przeszłości
Do ust i myśli cisnęły się tłumnie.
Wtenczas ty, pomnę, patrząc na mogiły,
Wkrąg przed oczyma leżące naszemi,

Które w swém łonie na wieki pokryły
Pielgrzymów obcéj, oddalonej ziemi:[21]
„O! biedni oni: — rzekłeś — każdy pewnie,
„Jak my, do kraju tęsknił lub się śpieszył:
„Każdy miał kogoś, co go kochał rzewnie,
„Nadzieją jego powrotu się cieszył! —
„Ciężko im, ciężko było przed skonaniem,
„Bez pożegnania, bez błogosławieństwa!
„Nikt słodkiém słowem, nikt czułém staraniem
„Nie ulżył bolów, nie pokrzepił męztwa,
„Nikt nie wyleje łzy nad ich mogiłą! —
„My obcy tylko — nie po nich się smucim.
„Kto wié, co komu Niebo przeznaczyło:
„Litwa daleko — kto zgadnie, czy wrócim? —
„Śnił mi się wczoraj przyjaciel umarły,
„Wiódł mię za sobą do ciemnego gmachu:
„Widziałem matkę we łzach i przestrachu,
„Chciała mię wstrzymać — wtém się drzwi zawarły.“ —

Śmiejąc się, pomnę, jam twój sen tłómaczył,
Bo ach! czyż mogłem przewidzieć w te chwilę,
By ten sam jeszcze księżyc mnie obaczył,
Mnie — klęczącego na twojéj mogile? —


II.

Boże! któż celów woli Twéj dociecze,
Kto pojmie drogi Twego przeznaczenia:

Gdy wielkie, piękne zamiary człowiecze,
Gdy gieniuszu wyższego natchnienia,
Jak kwiaty wyższych światów, na tym świecie
Tak często w płonnym opadają kwiecie? —

Ach! jam znał tajnie duszy jego! — cała
Była miłością Boga, kraju, cnoty:
Jam wiedział cele, do których myśl śmiała
Swe nieugięte kierowała loty.
Jam widział skarby jego wyobraźni,
I nauk, pracą zebranych wytrwałą: —
Niestety! czemuż głos tylko przyjaźni
Ma być ich całą rękojmią i chwałą? —

Kilka lat jeszcze — a jużby twe chęci,
Stawszy się czynem, służyły ojczyźnie;
Kilka lat jeszcze — a ziomków pamięci
Imieby twoje zostało w spuściznie! —

U stóp ołtarzy stałeś już gotowy,
W albie Pokory, w stule Poświęcenia,
By śladem Skargi, mówca złoto–słowy,
Lud swój z miłością wołać do zbawienia.
I wyobraźni pochodnię iskrzystą
Wstrząsłszy nad dziejów przeszłością ojczystą,
Jużeś był poczuł ową ducha dzielność,
Co przeszłość słowem wskrzesza w nieśmiertelność.

O! wieleś wróżył krajowi i sobie!
Ale inaczéj rozrządziły Nieba. —

I cóż nam dzisiaj zostało po tobie?
Ach! przykład chyba, jak umierać trzeba.


III.

Pomnę, gdy konał: — północ bliska była,
Wkoło nas ziomków bratnie grono stało.
Mdłe światło lampy, co się w izbie tliła,
Śród cieniów naszych na twarz mu padało.

Twarz miał spokojną: — wiedział, że umierał,
W piersiach już coraz brakło mu oddechu;
Przecież spokojnie na wszystkich spozierał,
I blade usta silił do uśmiechu.

Ujrzał łzy nasze — i wyciągnął rękę.
„Nie płaczcie! gorzko było mi na świecie.
„Proście, bym tylko rychléj skończył mękę! —
„Prędzéj czy późniéj — i wy tam przyjdziecie.

„Żal mi umierać — ale się nie boję.
„Marzyłem tyle o szczęściu, o sławie! —
„A dziś tak nędznie kończę tu dni moje,
„Śladu po sobie nawet nie zostawię!

„Lecz chęci moje widział Bóg na Niebie,
„Chciałem był służyć Jemu i krajowi. —
„Niech choć z was każdy, na moim pogrzebie,
„Po polsku za mnie jeden pacierz zmówi!“ —


Z gorzkiém wzruszeniem rzekł słowa ostatnie,
I oczy jego zalały się łzami.
Skinął nam ręką pożegnanie bratnie,
I nic już więcéj nie rozmawiał z nami.

Odwrócił głowę, i zamknął powieki —
Lecz widać było z ust lekkiego ruchu,
Że myśl, ostatnią, nim zgasła na wieki, —
Wzniósł ku wieczności, i modlił, się w duchu.

Z uszanowaniem poszliśmy na stronę —
Wtém zegar północ po mieście uderzył.
Słyszym westchnienie ciężkie, przytłumione —
Biegniem do łoża — nieszczęsny już nie żył!

Czy go modlitwa tak uspokoiła,
Czy śmierć tak lekko skończyła cierpienia,
Że twarz tak słodka, tak spokojna była,
Jak gdyby tylko spał snem ozdrowienia! —

Cześć nas obeszła: — jak staliśmy wkoło,
Z krzyżem na piersiach, skronieśmy schylili.
Potém zasłonę rzuciwszy na czoło,
Raz piérwszy jego samym zostawili. —



Ziomku! gdy będziesz śród Rzymian stolicy,
A wspomnisz sobie tę powieść żałoby:
Tam, w Stanisława Świętego kaplicy,
Gdzie gości polskich znajdują się groby,


Znajdziesz grób jego: — na bryle kamienia
Wyryte imię. — Pomyśl o nicości;
Nauki, chwały, zdrowia i młodości.
I zmów po polsku Troje Pozdrowienia.

1830, w Rzymie.



NA ŚMIERĆ

STEFANA GARCZYŃSKIEGO[22].



Płakać cię, czy się cieszyć? — wierzę, że wraz z tobą —
Że duch twój, istny tutaj Aniół na wygnaniu,
Bolejąc wciąż nad ludzką zmazą lub żałobą,
Odszedł — dokąd tak tęsknił — i snać w przeczuwaniu
Krótkiéj drogi swéj, tak się kwapił z gromadzeniem,
Nie laurów albo skarbów — lecz dzieł swéj zasługi,
Jakby stosu ofiary — by na nim płomieniem
Własnych swych uczuć spłonąć — jak Krywejto drugi? —

Wieszcz, rycerz, obywatel — w każdym z nich twa dusza
Odbiła, jak ogniste słońce w wód krysztale.
Lecz pieśń dla innych — rozkosz; dla ciebie — katusza.

I nie strach sądów świata, nie troska o chwale,
Miotały sercem twojém; — nie! tyś drżał o dary
Dane ci i natchnione — by ich bez użycia
Nie strwonić; by z nich żadnéj cząstki, jak z ofiary,
Nie użyć sam dla siebie; by treść prawdy życia
Wydać w pieśni, jak w czynie; — tak, jak wszystkie czyny
Dostrajałeś do tonu wieszczych natchnień ducha.
Trud dla Prawdy — to dla cię był pokój jedyny.
Ofiara — jedno szczęście; — Krzyż — jedna otucha!

Jeden twój grzech — żeś nazbyt żądał sam od siebie,
Żeś chciał nazbyt wysoko dojść o ludzkiéj sile:
Chciał stać się doskonałym, jak Ojciec na Niebie,
Myśląc, żeś mógł i musiał: — i nie tylko tyle,
Ile da i dozwoli w tobie Pan. — Tyś sądził,
Że życie — to już tylko czas działać, nie prosić;
Czas zdobywać, nie czekać! — O! jeśliś w tém zbłądził.
Męczenniku twéj cnoty! odcierpiałeś dosyć.

I Pan snać twe cierpienia ujrzał i przebaczył,
Gdy do łoża twéj śmierci posłał ludzi dwoje,
Abyś w nich, jako w żywém zwierciadle obaczył,
O czém tu już rozpaczać jęło serce twoje:
Geniusz Chrześcijański, i świętość Anielską. —
Oboje oni duszą kochali cię bratnią,
Oboje z poświęceniem i łzą przyjacielską
Przynieśli ci na ziemi pociechę ostatnią,

O! i rękojmię szczęścia tam! — Bo kto z takiemi
Zlał się sercem i duchem: czyż Ojciec Litości,
Każąc go takim ludziom pożegnać na ziemi,
Innymby duchom kazał spotkać go w wieczności? —

Przyjacielu mój! bracie! wierzę w to, a przecie,
O! przebacz mi! że siebie, a nie ciebie płaczę! —
Jam to cię z niemi poznał i zbliżył na świecie,
A już i ich, jak ciebie, wiém, że nie obaczę. —

1833.





NA ŚMIERĆ
KAZIMIERZA BRODZIŃSKIEGO.
ZMARŁEGO W DREŹNIE, 10 PAŹDŹ. 1835.

Błogosławiony człowiek, mędrzec Chrześcijański,
I wieszcz, ofiarnik Prawdy! gdy go w niéj duch Pański
Oświeca przez natchnienie, a przez miłość budzi
Głosić ją — nie dla sławy, lecz dla dobra ludzi!

W tém ci błogosławieństwie pokój, Kazimierzu!
Myśl twoja zawsze z sercem, duch z Niebem w przymierzu,
Wiodły kolej dni twoich cichym, czystym zdrojem,
Ślad ich znacząc zasługą, a darząc pokojem,
Ażeś stanął śród ziomków, i w ich wieszczów gronie,
Wzorem w czynie, i w pieśni — w życiu, i przy zgonie.


Tak! w tobie spłynął w jedno duch pieśni ojczystéj,
Duch rycerski, rolniczy, bogobojny, czysty,
Ten sam zawsze w swéj prawdzie, śród różnych barw czasu,
W Niemcewiczu, w Karpińskim, w Janie z Czarnolasu.
A tyś tych Patryarchów nieodrodnym synem:
Co śpiéwał — to czuł szczerze; co rzekł — stwierdził czynem.

Znałem tych, coć widzieli śród gradów kartaczy;
Widziałem cię, jak mistrza tysiąców słuchaczy.
Słuchałem cię, jak brata dojrzalszego wiekiem,
Gdyś śmiało i swobodnie był tylko człowiekiem.
Widziałem, gdyś piastując twe dziecię jedyne,
Tulił je, nócąc do snu piosenki matczyne.
A zawsze tenże pokój siły tajemniczéj,
Zawsze taż skromność oka, ten uśmiech słodyczy,
Ta niepamięć o sobie, ta ufna prostota!
Bo zawsze taż myśl, serce — taż prawda i cnota.

Lecz to wszystko zaświadczy tysiące ust bratnich.
Bóg i jam tylko świadek chwil jego ostatnich!
I zdawna już ślub święty wiąże moje chęci,
Przekazać je do skarbcu ojczystéj pamięci,
By obok pieśni jego, potomność daleka
I z śmierci w nim, jak z życia, poznała człowieka.

Duch w nim był treścią życia; nie ciała choroba
Zmogła go i zabiła — lecz myśli żałoba.

W niéj dlań budził się codzień sęp Prometeusza.
Bolom serca uległo ciało — lecz nie dusza.

Nieraz w życiu, powiernik przyjaciół mych bliższych,
I w sercach ich najtkliwszych, i w myślach najwyższych,
Widziałem. jak z cierpieniem łamali się duchem:
Jak kamienném wytrwaniem, lub siły wybuchem,
Tępili lub kruszyli bijące w nich groty.
Lecz tak cichéj, tak słodkiéj, pokornéj tęsknoty,
Tak świętéj uległości woli Ojca w Niebie,
I tak Chrześcijańskiego zapomnienia siebie.
Z jakiemi on trwał mężnie w smutku i boleści,
Ni z przykładu nie znałem dotąd, ni z powieści.

A przecież ciężkie były boleść i żałoba! —
Z wieszczego snać przeczucia, był on pieśń Hijoba
Wytłómaczył przed laty — jak by w niéj dla siebie
Źródło męztwa i siły zgotować w potrzebie.
To téż cierpiał i znosił jak ów Nędzarz Pański.
Jak ów Baranek — symbol siły Chrześcijańskiéj:
Aż Dobry Pasterz ujrzał ozdobę swéj trzody,
I snać przyszedł, by sam ją zanieść do zagrody,
Jak stokroć brał przed wieki, i bierze na ręce,
Bohatersko–męczeńskie dusze, i dziecięce.

Zbliżała się godzina: — a jako gdy słońce
Schyla się do zachodu — wiatry w dzień wiejące
Ucichają, a ono swe blaski promienne
Wciąga zda się w głąb’ siebie, na spocznienie senne,

Lecz nim zgaśnie, raz jeszcze w pełni majestatu
Nieśmiertelne swe jutro zapowiada światu: —
Tak dusza Chrześcijańska, przed ostatnią probą,
Ucisza się w pokoju; i jakby chcąc z sobą
Zabrać i unieść wszystkie swe cnoty na ziemi,
Wsiąka je, i nie wiedząc promienieje niemi.

Tak był On. — Obmytemu u pokuty zdroju
Bóg snać wlał taką słodycz wnętrznego pokoju,
I tak podniósł go w duchu — że z téj wysokości
Stanął przed nim zarazem i obraz przeszłości,
I nadzieja błękitną przyszłość odsłoniła.
Czuł jéj blask — lecz nie wiedział, że to wieczność była.
I ufny, z pełni serca, przed okiem przyjaźni.
Rzucał w nią, jakby resztę gwiazd swéj wyobraźni:
A wszystkie były tylko iskry lub odbicia
Jednéj — stałéj, słonecznéj przewodniczki życia,
Miłości: Boga, kraju, ziomków, towarzyszy,
I domowéj rodziny, i wiejskiéj zaciszy,
Gdzie wrócić — którym jeszcze błogosławić, służyć
Chciał w życiu — które, mniemał, że Pan chce przedłużyć.

Lecz Pan inak rozrządził — i sam mu swą wolę
Obwieścił: — nie przez trwogę śmierci, nie przez bole,
Nie przez strach nawet sądów swych i Majestatu: —
Lecz jak wstępował w Niebo, błogosławiąc światu,

Jak stokroć zchodził z Nieba na męczeńskie dusze,
By je wzmódz duchem Swoim nad śmierć i katusze:
Tak zszedł snać i ku niemu: — z jasnym włosem młodzian,
Z promieniejącém czołem, śnieżną szatą odzian.
Stanął przed nim w widzeniu — i skinieniem ręki
Wskazał drogę ku Niebu — palmę życia męki.[23]

I on uznał znak Pański! — i jakby Anieli
Na straży mu u serca i myśli stanęli,
Taki pokój tchnął w licu, taka w oku radość:
Że nawet w onéj chwili, gdy już śmierci bladość
Zwiastowała jéj przyjście; gdy na łup jéj ciało
Skazane, snać w jéj ręku konwulsyjnie drgało,
A skroń jego stygnącą, jako marmur biały,
Usta już tylko moje i łzy ogrzewały:
Że nawet w onéj chwili — którą widząc człowiek,
Drży tylko albo płacze: — z pod gasnących powiek
Lśnił jakiś taki promień, taki blask weselny,
Tak się dawał czuć tryumf duszy nieśmiertelnéj,
Taka pewność, że żyje i idzie do Boga:
Że grzechemby się zdały litość albo trwoga;
I tom jedno czuł tylko w głębi serca mego:
Jak dobry PAN! jak słodka śmierć Sprawiedliwego!

Pokój więc duszy twojéj ze sprawiedliwemi!
I pokój prochom twoim! — nie na swojéj ziemi,

Lecz w pośrodku dwóch bratnich mogił, w których leży
Wzór cnoty Polskich niewiast, i Polskich rycerzy![24]

I gdy ziomek, stanąwszy nad waszemi groby,
Złoży wam ze łzą w oku hołd czci i żałoby,
W kraju cudzym, swój więcéj niech pokocha jeszcze,
Co rodzi takie męże, niewiasty, i wieszcze.



NA ŚMIERĆ KLAUDYI POTOCKIÉJ.

DO MATKI JÉJ

JUSTYNY DZIAŁYŃSKIÉJ,

WOJEWODZINY POZNAŃSKIÉJ.




Matko Jéj! co w twéj duszy? Czy duch Jéj wszedł w ciebie,
I moc twą na nadludzkiéj wysokości trzyma?
Czy z Jéj duszą–Aniołem wiarą żyjesz w Niebie?
Czy tylko Jéj mogiłę widzisz przed oczyma? —

Błogosławionaś była między płcią niewieścią
Szczęściem Maryi — matko najcnotliwszéj w świecie!
Błogosławiona jesteś Maryi boleścią —
W męczeństwie za swych bliźnich umarło twe dziecię!

W wielkiém męczeństwie serca — za ich łzy i bole,
Za szał lub pychę jednych, za upadek drugich:
Za wszystkie grzechy, klęski, za wszystkie niedole,
Spadłe na nas po przodkach i po wiekach długich! —

Miłością, u stóp krzyża, krzepiąc duch ofiary,
Sama chciała wziąć na się wszystkich cierpień brzemię,
Pokutą, bez swéj winy, rozbroić dłoń kary,
I ściągnąć Miłosierdzie na swój lud i ziemię.

Duch Jéj, w walce z losami, najpiérwszy na czele,
Był jako ów Helweta pamiętnego męztwa,
Co wszystkie włócznie wrogów sam utkwił w swém ciele,
By swym braciom otworzyć drogę do zwycięztwa.[25]

W ślad więc Jéj! Z Jéj pokorą uznajmy swe grzechy,
Z Jéj miłością i wiarą dźwigajmy krzyż trudów:
Aż zeszle ku nam Ducha łaski i pociechy,
Ten, co skruchy, nie śmierci, chce ludzi i ludów!

Kiedy? — O! bracia moi! próżno się pytacie!
Niech tylko każdy cnotą chce ten dzień przyśpieszyć! —
Lecz dziś, w takiéj boleści, i po takiéj stracie.
Co, prócz takiéj nadziei, zdoła nas pocieszyć?

Matko Jéj! co potrafi zagoić twe blizny.
Jeśli ta myśl nie będzie pociechą dla ciebie,
Że imię córki twojéj jest — Aniół ojczyzny,
I że cię jeszcze matką zwać będzie na Niebie? —

1836.





DO WOJCIECHA KORNELEGO STATTLERA.

(Z okoliczności wykonania przez syna jego, Henryka,
popiersia i posągu Adama Mickiewicza).



Wojciechu drogi, o! z jakąż pociechą,
I duszy ziomka, i bratniego serca,
Synów już twoich słyszę chwały echo,
Ja, com cię niegdyś współ–wiódł do kobierca,[26]

Z tym — z tym najwyższym duchem swego wieku,
Z tym nieśmiertelnym w chwale — lecz po którym,
Nam, co w nim sercem żyli jak w człowieku,
Świat zda się dzisiaj pustkowiem ponurém:

Jak gmach świątyni, gdy w nim ogień święty
Wiatr nagły zgasi, a piorun i trwoga
Oniemią nagle głos, co sam natchnięty.
Tchnął jak świadectwem obecności Boga. —

Lecz głos ten wiecznie — o! nie tylko w uchu
Ziomków brzmieć będzie — lecz w myślach i czynach!
A skutki jego błogosławieństw w duchu,
Ty sam najlepiéj widzisz na twych synach.

On cię za brata i w sztuce, i w Panu,
Liczył w swém sercu; a w chwili uroczéj,
Gdyś szedł wykonać ślub nowego stanu,
Pomnę, coć przezeń rzekł snać duch proroczy:

„Przez sztukę służyć Bogu i Ojczyźnie,
„To cel żyć naszych. — Obyś twój dar Boży
„I na twe syny mógł przelać w spuściznie,
„Gdy twoja praca sztuce sił przymnoży!“ —

I Pan ci ziścił to życzenie wieszcza.
Bo któż zgadł tajnie wybranego ducha:
Czy przezeń tylko Bóg sąd swój obwieszcza,
Czy przed wyrokiem i próśb jego słucha? —

Lecz kto nad ciebie wié, jak tajemnicza,
Jak niezgłębiona, choć otwarta księga,
Jest w żywych rysach ludzkiego oblicza,
I jak z niéj żywo tchnie ducha potęga? —

Tyś tę potęgę snać poczuł w twéj duszy,
Gdyś rysy wieszcza odtwarzając w Rzymie,
Rzucił rys piérwszy twych Machabeuszy,[27]
Co w dziejach sztuki uwiecznia twe imię.

Aleś szczęśliwy, żeć dano raz jeszcze
Spojrzeć w te rysy, i widzieć w tém czole,
Nie już ból tylko lub natchnienia wieszcze,
Lecz uświęconéj duszy aureolę.

Duszy, co rzekłszy swe słowo natchnięte,
Widzi, że jeszcze świat go nie rozumie,
I słysząc sądy płoche lub zawzięte,
Milczy cierpliwie — w pokorze, nie w dumie.

I o krzyż tylko oparłszy się z wiarą,
Spokojnie czeka Pańskiego wezwania,
Aby i życia potwierdzić ofiarą
Prawdę swych uczuć, słów, i przekonania. —

Trzykroć szczęśliwy! kto w żywéj naturze
Raz taką duszę obaczył w człowieku;
Lecz kto ją wydał w płótnie czy marmurze,
Ten już wziął bierzmo na sztukmistrza wieku.

I wieki przyszłe hołd dzięków mu złożą,
Gdy obok wieszcza słów, czynów i pieśni,
Z lic téż w nim pojmą natchnioną myśl Bożą,
Któréj ogarnąć nie mogli spółcześni.



Jakże mu jasno świeciły z oblicza,
I owa młodość, co nigdy nie mija:

I owa ducha siła tajemnicza,
Co w walce z światem, świat w końcu podbija;
I owa wiara, co równie użycza
Bodźca do czynów, jak myśl w Niebo wzbija:
By dobre ziarna w plon rosły na ziemi,
By Łaska z góry świeciła nad niemi!

O! i niejeden, co z nim biegł w przegony,
Rad w nim zasłudze hołd piérwszeństwo, złożył;
I lub porwany przezeń, lub natchniony.
W ślad ducha jego sam swe myśli wdrożył. —
Bo On tu z wszystkiém, co Święte, spojony,
Najwyższe pojął, Najpiękniejsze stworzył! —
Cześć wiec wieszczowi! która w pełnéj mierze
Geniusz tylko w potomności bierze.
(Z wiersza Göthego na śmierć Szyllera).
1856.





NAGROBEK JANOWI CZECZOTTOWI.
(NA POMNIKU W DRUZKIENNIKACH).



Młodość poświęcił pracy dla nauk i cnoty,
Wiek męzki przetrwał mężnie w próbach i cierpieniu
Miłość Boga i braci — treść jego istoty,
Cały ciąg życia jego — droga ku zbawieniu.
Imię jego w ojczyźnie jest wiecznie związaném
Z Adamem Mickiewiczem i Tomaszem Zanem.
Kto wiész, czém oni byli — schyl skroń przed tym głazem!
Pomyśl, westchnij, i módl się — za wszystkich trzech razem! —
1857.





SŁAWA.

(Dopełnienie niedokończonego poematu na stron. 191).



I on te wszystkie sprzecznych wichrów tony,
Niedoświadczeniem i młodością śmiały,
Radby zhołdować, i napiąć jak stróny,
Na Pean swego tryumfu i chwały.

Ale gdy szermierz na wielkie igrzyska
Dobieże wreszcie i stanie u szranek —
Tam czas wybierać, obaczywszy zblizka,
Do jakiej mety, po jaki biedz wianek.

Obywatelskiéj pragnie–li korony,
Co mu na Forum okrzyk ludu przyzna?
Czy z mieczem goni po laur krwią zroszony,
Co w Kapitolu hoduje ojczyzna?

Czy z lutnią tęskni w ślady Orfeusza? —
To jedno naprzód niech w swą pamięć wdroży,
Że jak bądź w biegu gwar prawdę zagłusza,
W końcu zawodu, sława — to sąd Boży.

Z jakich ust ludzi hołd jéj tutaj bierze,
Z takiemi duchy stać mu tam przed Panem:
Przy Waszyngtonie, czy Robespierze,
Z Leonidasem, albo z Gengiskanem.

I lub w nim będą duchowie wybrani
Witali brata z zasługi i chluby,
Lub chór zawiodą synowie otchłani,
Na urąganie z zaślepieńca zguby! —

A więc–że przy kim nam stać, przyjacielu!
By ujrzeć Sędzi łaskawe oblicze? —
Szczęśliwy! kogo, jak ciebie, do celu,
W ślad Danta, Boska wiedzie Beatricze,

Kto i pieśń wielką wieków geniusza
Myślom i sercom swych ziomków przyswoi,
I czyja razem własna myśl i dusza
Na ton się Mistrza, podnosząc, nastroi!

Bo do zbawienia i nieśmiertelności
Jedna jest wszystkim i ta sama droga:
W Prawdzie, ojczyźnie służyć i ludzkości,
W Duchu, iść samym, i wieść je do Boga.

1852.









POEZYE
ANTONIEGO EDWARDA
ODYŃCA.

WYDANIE CZWARTE
POPRAWNE I POMNOŻONE.

Tom II.

WARSZAWA.
w Drukarni Gazety Lekarskiéj,
ulica Ś-to Krzyzka Nr 1343 (9 nowy).

1875.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 1 Октября 1874 г.




Ballady.
WESELE.



Na zamku Kasztelana
Brzmi muzyka dobrana,
Hałas głuszy kapelę:
Puhar krąży wokoło,
Wszyscy bawią wesoło,
Prócz téj — czyje wesele.

I nie dziw! Panna Młoda
Jak róża, jak jagoda:
Jak chwast w zimie Pan Młody.
Niski, łysy, pękaty —
Lecz Starosta, bogaty,
Ojciec kazał — więc gody.

Idzie taniec — na przedzie
Pan Starosta rej wiedzie,
Za nim szlachta się wali.
Wtém „gość!“ krzyknął odźwierny,
I Towarzysz Pancerny
Zbrojno wkroczył do sali.


Kasztelan, gdy go zoczył.
Zaraz ku drzwiom poskoczył,
Pełen gniewu czy trwogi:
„Mówiłem już Acanu,
„Że ludziom jego stanu
„Za wysokie me progi!” —

— „Nie tak zbyt, jak się roi,
Gdym je mógł przejść we zbroi.”
Zimno Rycerz odpowié.
„Każdy z nas na zagrodzie
„Równy jest Wojewodzie,
„A cóż Kasztelanowi?” —

Kasztelan w wściekłym gniewie,
Co ma począć, sam nie wie,
Na nic już nie pamięta:
„Hola! szlachta Panowie!
„Kto się bratem mym zowie,
„Za drzwi tego natręta!” —

Wszyscy taniec rzucili,
Wszyscy szabel dobyli,
Słysząc gniewny głos Pana.
„Co ty? kto ty? zuchwały!
„Gdy chcesz unieść łeb cały,
„Precz z domu Kasztelana!” —

Młodzian się nie ustrasza,
Dobył wzajem pałasza,
I wstrząsając nim dumnie:

„Przez Bóg żywy! téj chwili
„Po swój łeb się nachyli,
„Kto krok postąpi ku mnie!

„Ale nie chcę uczt krwawić,
„Nie długo mam tu bawić,
„Chciałbym tylko, Panowie!
„Pannie Młodéj winszować,
„Taniec z nią przetańcować,
„I wypić za jéj zdrowie.

„Na tożem w krwawych bojach,
„W ciągłych trudach i znojach,
„Kraj piersiami zasłaniał:
„By mię lada Kasztelan,
„Waszą łaską ośmielan.
„Jak psa z domu wyganiał?” —

— „Dobrze mówi! zuch! brawo!
„Zostań z nami, masz prawo!
„Do stu djabłów magnaci! —
„Kto chce doznać jak nasze
„Wyostrzone pałasze,
„Niech łeb wzniesie nad braci!”
 
„Brawo! brawo! pójdź z nami!
„Zaprowadzim cię sami,
„Winszuj — jeśli jest czego.
„Wypijemy jéj zdrowie.
„Potém, bracia Panowie.
„Daléj nieskończonego!” —


I wnet krzycząc zuchwale,
Wiodą hurmem przez salę,
Do Kasztelanki prosto.
Zbladły drżące matrony.
Sam Kasztelan strwożony
Skrył się na bok z Starostą,

Kasztelanka struchlała,
Gdy rycerza ujrzała.
Zapłonęła i zbladła.
Chciała witać — lecz siły
Nagle ją opuściły,
Na ręce jego padła.

„Wody! octu! lawendy!”
Krzyk się rozległ wnet wszędy.
Lecz się pomoc spóźniła.
Eycerz, gdy nikt nie słucha,
Szepnął jéj coś do ucha,
Kasztelanka ożyła.

„Teraz, bracia Panowie!
„Szczerych kochanków zdrowie!” —
— „Vivant! pijmy koleją!” —
— „Kto ich dzieli dla złota.
„Niech mu niém za żywota
„Czarci gardło zaleją!” —

— „Brawo powiedział, brawo!
„Każdy kochać ma prawo.
„Wiwat śmiałość żołnierska!

„Serce sercem się płaci,
„Nikt nie wyższy nad braci.
„Wiwat równość braterska!” —

— „Héj muzyko, polskiego!
„Daléj nieskończonego!” —
Idzie taniec po sali.
Młody Rycerz na przedzie
Z Kasztelanką rej wiedzie,
Za nim szlachta się wali.

Stanął: koło młodzieńca
Tancerka się okręca,
Dłoń w dłoni, oko w oku.
Wszyscy się okręcali,
Zamieszanie na sali.
Nic nie widać w natłoku.

Znowu taniec spokojny.
Lecz gdzież tancerz ów zbrojny?
Próżno okiem go śledzą.
To figura niezwykła!
Pierwsza para gdzieś znikła.
Lecz gdzie i jak? — nie wiedzą.

Wtém podwórzec zamkowy
Zabrzmiał brzękiem podkowy.
„Pancerny porwał Młodą!” —
— „Hej! do koni! do broni!
„Kto ich pierwszy dogoni,
„Co chce, weźmie nagrodą!” —


Rzekł Kasztelan, i prosto
Z zadyszanym Starostą,
Zbiegł na dwór — już na koniu.
„Niech mych skarbów nie szczędzi.
„Kto ich pierwszy dopędzi!“ —
I puścił się po błoniu.

— „Gdzie tam! próżna mozoła!“
Ktoś ze szlachty zawoła:
„Muszą lecieć jak z procy.
„Wreście trzeba warjata,
„Za złoto gubić brata.
„Lub kark łamać po nocy!“ —

— „Dobrze mówisz, Wojciechu!“
Zawołali śród śmiechu:
„Krzywdą się nie zbogacim.
„Przebawmy tu noc całą,
„Wypijmy co zostało,
„A tak nic w tem nie stracim.“ —

Jak rzekli, tak zrobili.
A gdy wszystko wypili,
Do domu pojechali.
Starostę koń gdzieś zrzucił.
Kasztelan sam powrócił —
I już nie wiém co daléj.
1828.






BRANKA LITWINA.



„No, no, Laszko! dość jęku!
Nie płacz, nie mdlej w mych ręku.
Wszyscy na koń już wsiedli,
Wszyscy brańców powiedli,
Jaż mam z tobą czas trwonić,
Bym ich nie mógł dogonić?
Czy cię zabić, bym z bitwy
Z niczém wrócił do Litwy? —

„Nie, nie! prosisz daremno!
Żywa musisz iść ze mną.
Dalej na koń! siądź wpodle
Na słomianém mém siodle!
Bystry koń mój ze Żmudzi
Swym cię biegiem nie strudzi,
A przed wiatrem, na łonie
Wilczą burką osłonię.

„Daléj, z sercem ochoczém!
Nié masz płakać tu po czém.

Patrz! twój piękny dwór biały
W ogniach stoi już cały.
A ów Laszek twój młody,
Co na koniu, w zawody,
Chciał cię unieść przedemną,
Chciał obronić daremno,
Wierz mi, w krwawym swym grobie
Nie zatęskni po tobie! —

„Patrzno! patrzno! jak zbladła!
Jak nieżywa upadła! —
Żal jéj brać mię zaczyna.
Taka piękna dziewczyna! —

„No, przyjdź tylko do siebie!
Sam dbać będę o ciebie.
Po nad brzegiem Żejmiany
Mam ja zamek drewniany,
Pełne gumna, i pełny
Śpichrz kądzieli i wełny.
Tam nie będzie ci smutno.
Przez dzień będziesz tkać płótno,
W wieczór, w gronie mych dziewek,
Przędąc słuchać ich śpiewek.
A jak syn mój jedyny
Wróci z Pruskiéj krainy,
Kto wié — gdy cię polubi,
Może nawet zaślubi.
 
„Mało równych mu w Litwie
I na ucztach, i w bitwie!

Nie dziewczyna, nie gaszek,
Jak ów piękny twój Laszek! —
Wzrost, jak dębu, wyniosły,
Cały czarno zarosły,
Wzrok, jak gdyby Perkuna,
Błyska ogniem pioruna,
A niech zginę, gdy kłamię,
W ręku sztabę rozłamie! —

„Ho! już płakać przestała!
Ogniem płonie twarz cała. —
Czy dziękujesz, czy prosisz,
Że tak w Niebo wzrok wznosisz?
Zkąd z tak nagłym pośpiechem
Siadasz na koń z uśmiechem? —

„No, no! przytul się do mnie,
Zarzuć ręce koło mnie!
Tak, tak! — teraz już mogę
Ptakiem puścić się w drogę. —

„Zkądże znowu to drżenie?
Co tak patrzysz w płomienie?
Cóż że jedziem koło nich?
Wszak nie wepchnę cię do nich. —

„Ha, ha! stój, stój! zuchwała!
Z konia mi się zerwała.
Lecz nie ujdziesz pogoni,
Lub cię strzała dogoni! —


„Ale gdzie ją strach żenie? —
Czekaj! nie leć w płomienie!
Przez Perkuna! nic tobie
Za to złego nie zrobię.

„Ani słucha, szalona!
Leci wzniósłszy ramiona.
Prędzéj koniu! już blisko —
Śpiesz, nim wskoczy w ognisko!
Śpiesz!...
Lecz gdzież się podziała? —
Ha! to suknia jéj biała,
W pośród gruzów zwalonych.
Miga w ogniach czerwonych! —

„Jakem Litwin! dziewczyna
Warta była Litwina.
Spaliła się — a szkoda!
Była piękna i młoda.“ —
1828.






OFIARA PRZERWANA.

(WE TRZECH CZĘŚCIACH).




I

PROŚBA,

Ze skały, na mój honor, kuta ojców dusza.
Łzy, prośby, narzekania, nic ich nie porusza.
Otway.

„Ojcze mój! zabij mię raczéj,
Zakop mię żywą do ziemi,
Lub się méj użal rozpaczy,
Porusz się łzami mojemi!

„W raj rozkwitnie puszcza dzika,
W wosk zmięknieje skała twarda,
Niż ja zapomnę Henryka,
Niż będę żoną Oskarda!“ —

— „Zofio! porzuć te szały!
Pełń me rozkazy spokojnie.
Twój Henryk albo niestały,
Albo zabity na wojnie.“ —

—„O! nie! mój ojcze kochany!
Dusza Henryka nie płocha;
Nie zna on zdrady, ni zmiany,
Jak wprzód mię kochał, tak kocha.

„Tyś go uczył, dla ojczyzny
Poświęcać zdrowie i życie:
W jéj obronie wzięte blizny
Wstrzymały jego przybycie.

„Pomnę, dając pożegnanie,
Gdyś go przyodziewał zbroją,
Rzekłeś: „Wróć, dzielny młodzianie!
Wróć, a Zofia jest twoją!“ —

— „Niebaczna! zkąd ci ta śmiałość?
Wiem, dokąd zmierza twa mowa.
Śmiesz mię winić o niestałość? —
Niech wraca! dotrzymam słowa.“ —

— „Ojcze mój! wieczne ci dzięki!
Wyrwałeś mię z głębi piekła.“ —
I znowu krasa jutrzenki
Blade jéj lica powlekła.

Topiąc w córce wzrok sokoli,
Twarz Hrabiego gniewem bladła,
I dłoń jego poniewoli
Na rękojeść miecza spadła.

„Ojcze! wstrzymaj groźbę gniewną,
Każ zwlec naglone wesele!

Henryk, mam wiadomość pewną,
Powróci w przyszłą Niedzielę.“ —

— „Wiadomość?“ — rzekł Hrabia srogo,
Mierząc ją okiem surowo. —
„Wiadomość? — Zkąd i od kogo? —
Lecz mniejsza! dałem ci słowo.

„Wiedz tylko, skoro połowy
Żądana dojdzie Niedziela,
Żadnéj nie słucham odmowy,
Chwilą nie zwłóczę wesela.“ —

Tak rzekł — a serce dziewicy,
Jako kwiat po nawałnicy,
Gdy wiatry rosę obwieją,
Słodką zakwitło nadzieją.




II
OCZEKIWANIE.

Lecz próżno czeka i czeka,
Nikt nie przejeżdżał tym szlakiem.
A. Mickiewicz. — Rybka

Zaledwie ranek Niedzieli
Pozłocił wieże zamkowe,
Zjeżdżają goście weseli,
Brzmią wkoło pieśni godowe.

Ciężarem sreber schylone
Giermkowie stoły ubrali:
Zamku dziedzińce przestronne
Zalały tłumy wassali.

Zegar południa domierza,
Wszystko gotowe w kaplicy.
Lecz jeszcze nié ma rycerza,
Ni młodéj oblubienicy.

Ona w weselnéj odzieży,
I we łzach gorzkich od ranka,
U okna wysokiéj wieży,
Czeka przybycia kochanka.

Okiem panując nad drogą,
Słucha, nie śmiejąc oddychać.
Ale nie widać nikogo,
Ale nikogo nie słychać.

„Aneto! wstąp tu na wieżę,
Siądź przy mnie, patrz na tę drogę!
Może go wzrok twój dostrzeże,
Ja nic już widzieć nie mogę.“ —

Rzekłszy, twarz chustką zasłoni.
„Aneto! która godzina?“ —
 — „Pół biło.“ — Spojrzy po błoni,
I znowu płakać zaczyna.

— „Aneto! nie widzisz kogo?
Nie słyszysz tententu w lesie?“ —

— „Wiatr tylko szumi, i drogą
Tumany piasku tu niesie.“ —

— „Henryku! gdzieżeś kochany?
Przyjdź, skrusz piekielne zamęźcie! —
Przebóg! czy może twe rany?
Czy jakie nowe nieszczęście?... —

„Aneto! któraż godzina?“ —
— „Kwadrans już tylko.“ — „O! Boże!“
W tobie nadzieja jedyna,
Twa dłoń mię chyba wspomoże.

„Aneto! nie widzisz kogo?
Nie słyszysz tententu w lesie?“ —
— „Wiatr tylko szumi, i droga
Tumany piasku tu niesie.“ —

— „I nicże więcéj?“ — „Nic zgoła.“ —
— „O! ja nieszczęsna! niestety!
Czas nagli, powinność woła.
Henryku! gdzie ty? ach! gdzie ty? —

„Niewdzięczny! ty u nóg innéj
Z łez może, z żalów mych szydzisz,
Z mojej miłości niewinnéj!...
Aneto! nic–że nie widzisz?“ —

— „Słyszę, słyszę tentent koni,
Widzę, jak lecą w zawody.
To oni! pani, to oni!“ —
— „Oni! kto oni?“ — „Pan młody.“

— „Okrutna! — toż więc nie miną
Nad śmierć straszniejsze mi śluby? —
O! ty, łez moich przyczyno!
Gdzieżeś, ach! gdzieżeś mój luby!?

„Zbliża się moment straszliwy,
Stało się! czekam daremnie. —
Henryku! żyj więc szczęśliwy,
Gdy nim być możesz bezemnie!“ —

Ale już ostatnie słowa
Dźwięk podnożnych spiżów głuszy,
Co jak trąba pogrzebowa
W tęsknéj się rozlega duszy.

„Córko! minęła godzina —
Rzekł Hrabia — wszystko gotowo.
Pomnij, o! moja jedyna!
Na posłuszeństwo i słowo.

„Nie truj ojca swemi łzami!
Niech się wzgardą płaci wzgarda.
Henryk jawnie wzgardził nami,
Pójdź, zostań żoną Oskarda!“ —

— „Zostanę, ojcze! zostanę.
Miłość, nienawiść przemogę.“ —
I oko łzami zalane
Na próżną pobiegło drogę.




III
ŚLUB.

Mnie księże stułą wiąż
A. Mickiewicz. — Lilija

Gdzie się pysznemi kolumny
Kościelny dźwigał przysionek,
Obiecaném szczęściem dumny
Stał niecierpliwy małżonek.

Wkoło sąsiedni młodzieńce,
Lśniący od złota i stali,
W mirtowe ubrani wieńce,
Oblubienicy czekali.

Patrzcie! to ona! to ona!
A przy niéj drużki dwie młode.
Z czoła jéj biała zasłona
Kształtną obwiewa urodę.

Jak w wodzie promień księżyca,
Tak ona drżąca i blada;
Łzami zalana źrenica
Nieśmiało ku ziemi spada.

Zagrzmiały kotły i rogi,
Drżą echem okna kaplicy,
Skoro w jéj święte wszedł progi
Oskard przy pięknéj dziewicy.

Ku uroczystéj ofierze
Wszelki zrobiwszy porządek,

Ksiądz kończył zwykłe pacierze,
I święty zaczął obrządek.

Na złotéj tacy pierścionki
Słowem i wodą poświęca,
Młodemu pierścień małżonki,
Małżonce dając młodzieńca.

I dłoń prawą wzniósłszy w górę,
Czyta przysięgę powoli.
„Bierzesz go za męża?“ — „Biorę.“ —
— „Z własnéj–li, wolnéj swéj woli? —

„Milczysz? — odpowiadaj śmiele!
Co znaczą te łzy i żale?“ —
Lecz jakiż to krzyk w kościele?
„Stój, księże! precz ztąd, wassale!“ —

Jakiż to rycerz, dla Boga?
Postawa kształtna i śmiała,
Twarz razem miła i sroga
Niecierpliwością pałała.

Zbroica czarna, bez znaku,
Pianą i kurzem okryta;
Na czarnym jego szyszaku
Czarna wahała się kita. —

Zlękły rycerza widokiem
Lud korne czoła uniża;
On idzie naglonym krokiem,
I do ołtarza się zbliża.

Szmer głuchy powstał w kaplicy —
Kto on jest? zgadnąć nie mogą.
Drży serce biednéj dziewicy
Między nadzieją i trwogą.

Nieba! to Henryk jéj luby!
Radośnym wita go krzykiem. —
Ksiądz kończył zaczęte śluby,
Lecz już z kochanym Henrykiem.

1823.





RUSAŁKI.

DO ADAMA MICKIEWICZA.

(Posyłając mu kwiaty z doliny Kowieńskiéj).



O! ty mój mistrzu w pieśniach i cnotach,
Mój przyjacielu jedyny!
Jak mi bez ciebie, w ciągłych tęsknotach,
Leniwe płyną godziny!

Jako na morskie żeglarz odmęty,
Źrenicą łzami zroszoną,
Pogląda z brzegu, gdy mu okręty
W bezdennych falach potoną:

Morze przeszłości widzę za sobą,
Równém uczuciem przejęty,
Gdzie potonęły dni, com żył z tobą,
Życia mego dyamenty.

Wszystkie w niéj dotąd błyszczą przedemną,
Jak gwiazdy w wodzio odbite.
Wrócą–li kiedy? — pytać daremno!
Księgi przyszłości zakryte.

Wspomnienie tylko — blask, co po sobie
Meteor szczęścia znikomy
Zostawia w duszy — ulgą w żałobie,
Boś ty w nich tylko widomy.

Z niemi ja lubię błądzić samotnie,
Gdzie serce z tobą przywykło.
Ztąd myśl za czasem goniąc się lotnie,
Jeszcze ogląda co znikło.

Takem w Kowieńskiéj błądził dolinie,
Dolinie głośnéj twém pieniem,
Co dzisiaj wdzięczna, że przez cię słynie,
Twojém się szczyci imieniem.

Noc była — księżyc z mglistych obłoków
Czasem twarz smutną odsłania,
Zdając się postać wszystkich widoków
Do mego stroić dumania.

Jak mi tu znany każdy zakątek,
Każda najmniejsza krzewina!
Tu świat najmilszych moich pamiątek,
Każda mi ciebie wspomina.

Niemi zajęty, szedłem daleko,
Nocy ni chłodu niepomny.
Aż gdzie się w cieniu wierzby nad rzeką
Wznosi ów kamień ogromny.

Gdziem zapominał po razy tyle
Z tobą o słońcu zapadłém. —

Tam, chcąc szczęśliwe przypomnieć chwile,
Na tym kamieniu usiadłem.

Nagle ze śmiechem zmięszane głosy
Zdumione uderzą ucho.
Powstałem, trwoga zjeżyła włosy —
Lecz wkoło ciemno i głucho.

A wtém, zkąd zarośl nieco otwarta,
Dziewica w białéj odzieży,
A za nią druga, trzecia i czwarta,
Piąta i setna wybieży.

Złote warkocze, wzrok miały czarny,
A gdy już wszystkie wybiegły:
Półkolnym rzędem staną, jak sarny,
Kiedy myśliwca spostrzegły.

Chciałem się cofnąć: — wtém jedna z koła,
Gdy się za krzaki zakradam,
Pomknąwszy ku mnie, głośno zawoła:
„To Adam, siostry! to Adam!“ —

I wnet mię wszystkie wkoło otoczą,
I skaczą, i klaszczą w dłonie;
Te z nich po kwiaty biegną ochoczo,
Te plotą wieniec na skronie.

Stałem — pot zimny wybił na lica,
Głos długo z ust się mych sili:
„Kto bądź jesteście, piękne dziewice!
„Strój czarny pewnie was myli.” —

— „Co? tyś nie Adam?“ — z podziwu gestem,
Wzrok we mnie topiąc, wyrzeka.
— „Przyjaciel tylko Adama jestem.“ —
— „A gdzież jest Adam? — „Daleko!“ —

Rzekłem, umilkły; wzrok w ziemię wryty,
Z ręku wypadła więź kwiatków.
Wtém jedna dając wieniec uwity
Z niezapominek i bratków:

„Poszlij mu — rzecze — od nas te kwiaty;
Myśmy tych dolin boginie.
Ach! on je kiedyś lubił przed laty
Na naszéj zbierać dolinie.

„Do droższych wieńców, za swoje rymy,
Wiemy, że słusznych praw nabył.
To tylko dowód że go pomnimy,
By i nas wzajem nie zabył.“ —

Oddała wieniec, z drżeniem go wziąłem,
Podobnym cudom niezwykły;
One wtém lekko skinąwszy czołem,
Odeszły zwolna, i znikły.

Szlę ci więc kwiaty, szlę ci me rymy,
Wierz prawdzie jakem je nabył.
Znajdziesz w nich dowód że cię pomnimy,
Patrz! byś i nas téż nie zabył.

1825.





TUKAJ

ALBO

PRÓBY PRZYJAŹNI.

(Dokończenie Ballady A. Mickiewicza[28]).




CZĘŚĆ TRZECIA




Tukaj przeżył lat czterdzieście,
Zdrowia, złota nie żałował,
Hulał, szalał — aż nareście
Przesycił się i zmordował.
Kochanki się postarzały,
Młode młodszych wybierały.
Mógł odmłodnieć — po cóż zwlekać?
Z przyjaciół — miał ich nie mało —
Trzech się tylko pozostało,
Którymby się dał posiekać —

Ma się rozumieć, po próbie.
Rzekł więc naprzód najstarszemu;
„Przyjacielu! ufam tobie.
„Nie pytaj na co i czemu?
„Lecz weź ten słój, pójdź do zdroju,
„I cokolwiek będzie w słoju,
„Proszę, byś do wody wrzucił.“ —

Przyrzekł, poszedł, nie powrócił. —
Tukaj się mocno zasmucił.
Szczęściem, że przyjaciel drugi
Stanął gotów do posługi.

Wrócił — lecz dziwem przejęty:
„Tukaju! to dyamenty!
„Co za kaprys lub powody,
„Taki skarb rzucać do wody?“ —
—„Będziemy dość mieli oba,
„Weźmiesz, ile się podoba.“ —

—,,Mniejsza o to! Powiédz raczéj,
„Co to? na co? co się znaczy?
„Nikomu nie powiem o tém.“ —
— „Jeszcze nie czas! — potém, potém! —
„Masz słój drugi, wrzuć do zdroju,
„Ale nie patrz co jest w słoju!“ —

Wziął słój — ale nic nie mówi.
Patrzy w oczy Tukajowi.
„Idź, idźl resztę czas wyświeci.“ —
On odszedł, milcząc ponuro.

Alić ledwie znikł za górą,
Z za góry czarny kruk leci.
„Cóż? Tukaju! wracam suchy! —
„Cha, cha! lecz nie trać otuchy.
„Idzie twój przyjaciel trzeci!“ —

Tukaj się uderzył w skronie,
Z rozpaczą załamał dłonie,
I wzrokiem tocząc po niebie,
Klął ludzi, djabłów, i siebie. —

„Tukaju! co się to znaczy?
„Wyjaw mi powód rozpaczy:
„Jeśli osłodzić nie zdoła,
„Przyjaźń twój smutek podzieli!“ —
—,,Ha! przyjaźń! — Tukaj zawoła —
„Wszak wiész, miałem przyjacieli,
„Gdzież są po najpiérwszéj probie? —
„Lecz znana mi dusza twoja.
„Mów, mogęż zaufać tobie?“ —
— „Doświadcz! to odpowiedź moja.“ —

Wziął słój — skarb do wody wrzucił.
Wziął drugi — kruk nie powrócił.
On wraca. — Skoro go zoczył,
Tukaj na spotkanie skoczył.
Już są blisko, już wzajemnie
Wyciągają uścisk tkliwy...
Tukaj szepnął coś tajemnie,
Skinął — i wtém, dziw nad dziwy!

Potwór — lew, gryf, smok straszliwy,
Z dymem w paszczy, z ogniem w oku,
Na Tukaja wypadł z boku.
„Ratuj, bracie!“ — Tukaj krzyknął.
On zapomniał że bezbronny,
Skoczył śmiało — zapęd płonny!
Zwierz jak wypadł, tak i zniknął.
Głos tyko z śmiechem zmieszany
Zabrzmiał: „Winszuję wygranéj!
Ale jeszcze, jeszcze proba!“

Ci się uścisnęli oba.
Tukaj już się nic nic trwożył,
Odkrył sekret, rzecz wyłożył;
Dał przepisy, dał przestrogi,
Jak ściąć głowę, siekać nogi;
Lecz nadewszystko powtórzył:
Jak pocięte skleić członki,
Jakie zioła i korzonki
Rwać na nowiu lub pod pełnię;
Po ile brać szczypt i łotów. —
To skończywszy, był zupełnie
Do operacyi gotów.

Jednak żal mu się zrobiło.
Słońce pięknie zachodziło,
Księżyc wznosił się od wschodu.
Tukaj poszedł do ogrodu.
Kwiaty kwitły na około,
Wonny wietrzyk chłodził czoło,
Słowik śpiewał gdzieś wesoło. —

Tukaj stanął po nad strugą.
Myślał, patrzał — długo, długo.
Wtém łzą błysnął wzrok ponury,
Oczy, ręce, wzniósł do góry:
„Niebo! słońce! bądźcie zdrowe!“ —
Wtém przyjaciel ściął mu głowę.

1829 r. w Wejmarze.





CZĘŚĆ CZWARTA.



Drugi miesiąc na młodziku.
Już cała ciała budowa
Uklejona — tylko głowa
Leży pod szkłem na stoliku.
Lecz i tę głowę z kolei
Przyjaciel dziś już przyklei.

I pełen wiary, nadziei,
Z miłością marzy o chwili,
Kiedy się Tukaj ocuci:
Jak mu na szyję się rzuci!
Co będą czuli, mówili,
Jak się kochali, jak żyli!
Światu się staną przykładem,
Jak nowy Orest z Pyladem.

I w tém rozkoszném marzeniu,
Wzruszeniu i uniesieniu,
Ani spostrzega, jak burza
Cały horyzont zachmurza.
Aż jednym razem, nad domem,
Wichrem, ulewą i gromem
Rykła — i trzęsie ścianami.
A w téjże chwili, przed drzwiami
Głos jakiś błaga o wnijście.

Gość nie w porę, rzeczywiście
Gorzéj Tatara: — lecz juźcić
Niepodobieństwo nie wpuścić!
(Albowiem rzecz się, jak wiecie,
Dzieje w Litewskim powiecie,
A żaden bardziéj być ludzki
Nie może, jak Nowogródzki).

Gość więc wszedł. — Postać i mina
Nie ukazują Litwina.
Lecz kto? zagadka nie lada!
Bo chociaż po polsku gada,
Znać po nim że cudzoziemiec.
Lecz kto? Włoch, Francuz, czy Niemiec?
Z każdego zda się mieć trocha.
Oczy ogniste, jak Włocha;
Ruch, uśmiech, podróżna bluza.
Przypominają Francuza:
A ledwo usta otworzył,
Zda się że Niemiec Faust ożył,
Tak się z nich raptem polała
Mądrość — jak owa nawała
Z chmur po nad domem. —
On, burzę
Wziąwszy za assumpt: wnet z progu,
Jak zaczął, to o naturze,
To o człowieku i Bogu,
Prawić — a wszystko tak ślicznie,
Tak górno, filozoficznie,
Że czy to urok wymowy.
Czy figiel sztuki Faustowéj,

Dość, że gospodarz osłupiał.
I tak, czy zmądrzał, czy zgłupiał,
Że chociaż dobrze słów jego
Ani ogarnął, ni zmierzył,
Od razu zaczął od tego,
Że im na oślep uwierzył.
I sam, w jajości swéj środku,
Nagle, jak kurczę w zarodku,
Poczuł straszliwą ochotę
Zbadać wszech rzeczy istotę.

Więc choć mu zawsze w pamięci
Tukaj, i nad nim robota:
Chęć wiedzy również go nęci,
Ciekawość również nim miota:
Jak może stać się, gdy stanie,
Że martwy z martwych powstanie? —

Ale jak zadać pytanie? —
Wié on i dobrze pamięta
Tukaja pacta conventa,
Że zdradzić przed kimbądź sekret,
To znaczy wydać nań dekret
Nie tylko śmierci — lecz piekła.

A więc ubocznym sposobem
Zagadł: Co mądrość dociekła
O życiu dusz po za grobem?
I czy są siły, co mogą,
Naprzykład — ot wskrzesić kogo? —

Gościowi radość na lica
Wybłysła, jak błyskawica,
I tając uśmiech wpół drwiący,
Co się z ust wymknął niechcący,
Nuż ex cathedra, ab oro,
Bozprawiać na dane tema.
Naprzód o Bogu:
„Bóg — słowo.
„I jest — i razem go nie ma.
„Nie ma na ziemi ni w Niebie,
„Ale jest w mędrców rozumie.
„Bez nichby nie był — bo siebie
„Sam bez nich pojąc nie umie.
„Wbrew więc dawnych Teozofów,
„Dopiéro ludzie poznają,
„Że nie Pan Bóg filozofów,
„Ale go oni stwarzają.“ —

Gospodarz strasznie się zdziwił,
Wytrzeszczył oczy, twarz skrzywił,
I jak mógł nastawił uszy.
A gość tak daléj o duszy
Ciągnął rozprawę swą:
„Dusza,
„Jako jest Boga obrazem,
„Tak téż jest, i nie jest razem. —
„Jest to wiatr, co światem rusza,
„A jak rusza światem całym,
„Tak rusza i każdém ciałem.
„A jak to ciało spróchnieje,
„Wiatr wiatrem — jak wiał, tak wieje,

„I drugie ciała kołysze.
„Z bytu jego w każdém ciele
„Zostaje tylko tak wiele,
„Ile kto w księgach zapisze.
„O kim zaś raczą w swéj głowie
„Pamiętać Filozofowie,
„Ten dopiéro rzeczywiście
„Żyje w Bogu wiekuiście —
„Co gmin ślepy Niebem zowie.” —

Gospodarz w ciągu téj mowy,
Jak oczadzony, z początku
Czuł tylko kręcenie głowy;
Ale przy dalszym jéj wątku,
(Jak zwykle w oczadzie bywa),
Poczuł nudzenie i ckliwość.
Już, już na wybuch go zrywa —
Lecz się uzbroił w cierpliwość,
Ściął zęby, i znów w milczeniu
Słucha. — A gość o wskrzeszeniu
Tak zaczął:
„Chcieć wskrzeszać ciało,
„Formę człowieka, czy ludu,
„Głupcom się tylko ubrdało.
„Rzecz zresztą nie warta trudu!
„Bo forma ciał nie okréśli
Absolutu życia myśli.
„Ale podźwigać tułowy
„Ludów, narodów, lub stanów,
„Gnijące w śmierci mysłowéj;
„Im nowe nasadzać głowy;

„Do głów tych, jak pustych dzbanów,
„Lać wyskok mądrości nowéj —
„Ów nektar, którego dzielność
„Bogów ma czynić z bałwanów,
„Nicości dać nieśmiertelność!....
„To dział tych wielkich, tych dzielnych,
„Tych Boskich i nieśmiertelnych,
„Mistrzów z nad Sprei i Pregli,
„Co po nad ziemią się zbiegli,
„Jak mglistych komet jajości:
„I twardo–mocni nauką,
„Jak w bitki wzajem się tłuką
„Na firmamencie mądrości!

„Lecz biada, biada mu, ktoby,
„Mając dokonać téj proby,
„Szedł torem ślepéj natury!
„W czyichby ręku ta nowa,
„Wsadzić mająca się głowa,
„Była téj saméj struktury,
„Lub w takim samym została
„Stosunku do reszty ciała,
„Jak ta, co dziś ją człek dźwiga —
„Istną makówkę łodyga,
„Rodzącą tylko nasienia
„Uśpienia, lub upojenia.

„Za piérwszy przeto warunek,
„I sine qua non — potrzeba,
„Stargać jéj z sercem stosunek,
„I wzrok osłonić od Nieba:
„By ciągły ruch serca rzutu
„Nie mącił w niéj Absolutu,

„A on wyższego od siebie
„Nie upatrywał na Niebie.
„Wtenczas to ludzieby przyśli
„Do swoich przeznaczeń szczytu,
„Do swéj mądrości zenitu:
„Do życia w myśli, dla myśli,
„Co dziś tli jeszcze w iskierce,
„Ale świat słońcem okrasi,
„Gdy całkiem zagłuszy serce,
„A wiarę całkiem wygasi“. —

Tu już uczniowi się zdało
Że mistrz drwi z niego wyraźnie.
Krwią polską serce zawrzało —
I jak Trentowski w „Przedburzy,
Nie mogąc wytrzymać dłużéj.
Jak fuknie: „Ach ty! ty błaźnie!
„Ty szołdro! taki, owaki!
„Albożem to ja żak jaki,
„Że mi śmiesz świecić te baki?...
„Widzę, że alboś sam szatan,
„Albo być musisz z nim zbratan,
„Gdy wiész zajęcie dziś moje. —
„Lécz ja się djabła nie boję!
„Nie dam się zwieść, i nie zgrzeszę.
„Przyjaciela kocham szczerze,
„W nieśmiertelność duszy wierzę,
„Przez Boga z martwych go wskrzeszę!“ —

— „Cha, cha, cha! — gość parsknął śmiechem:
„Nie każdy grzech zda się grzechem. —

„Tyś nieodrodny w swym rodzie,
„Mądry — lecz zawsze po szkodzie!
„Gdybyś był czynił wytrwale,
„Co teraz krzyczysz w zapale,
„A w czas mu głowę przyłożył,
„Tukajby może i ożył.
„Lecz teraz — czas już przeminął!“ —
Rzekł — świsnął, chychnał, i zginął.

A wtém — o! Jezus Maryja!
Północ dwunastą wybija.
Tukaj miał wstać o północy! —
Przyjaciel skoczył jak z procy. —
Alić, u progu alkowy,
O! zgrozo! Tukaj bez głowy
Stoi, a w ręku swą głową
Grozi jak kulą działową.
Cisnął — i nagle po domu
Rozległ się jakby trzask gromu. —
W całym powiecie słyszano
Ów nocny łoskot — a rano
Ze wszech stron zbiegła się zgraja
Na gruzy zamku Tukaja,
Próżno chcąc zbadać przyczynę
Czemu tak runął w ruinę.
Co jako wielka mogiła,
Tajnię téj nocy pokryła. —

Lecz wkoło góry Żarnowéj,
Lud dotąd widzi co nocy
Dwa cienie: jeden bez głowy,

Goni — a drugi jak z procy
Ucieka. A ten, co goni,
Własna snać głowę ma w dłoni,
I za ściganym tą głową,
Raz w raz, jak kula działową,
Ciska — a skoro odbita
Odskoczy — on znów ją chwyta,
By wnet znów cisnąć na nowo.

To ów przyjaciel z Tukajem.
Tak pokutują nawzajem.
I póty będą, aż póki,
Wnuki ich, albo prawnuki,
Świadomi smutnych przykładów
Dziadów swych, albo pradziadów,
A świadki kary nad niemi —
Nie oduczą się powoli:
Jedni hołdować swéj woli,
A chcieć żyć tylko dla ziemi;
Drudzy, nakłaniać wnet ucha
Na słowa cudzego ducha,
Choćby był w zmowie ze złemi.

1854.





SYRENA.



W krzyżowéj zbroi, z wiatrem w zawody,
Na dzielnym koniu gnał Rycerz młody,
Nad brzegiem morza, w Judei.
Gonił po laury na świętéj ziemi,
Marzył o palmie między świętemi,
Z miłością wierzył nadziei.

„O! Tyś mi, Panie, dał dary hojne:“
Wołał ku Niebu — „serce spokojne.
„Swobodną myśl, i waleczność.
„Myśl więc i serce przyjmij w ofierze,
„Abym stateczny w cnocie i wierze,
„W śmierci wziął życie na wieczność.“ —

„Bóg–że to przyjął duszy méj śluby?
„Dźwięk–że to głosów, czy arf Cheruby
„Łączą ze szmerem téj fali?“ —
Tak nagły, dziwny, słodki, uroczy,
Głos, czy z powietrza, czy z wód przezroczy,
Wzniósł się, i płynie z oddali.

Rycerz się wstrzymał, i cały w uchu —
Jeździec i rumak stali bez ruchu,
Jak jeden posąg z marmuru.

Głos coraz głośniéj, coraz się zbliża,
Zda się, że z falą wznosi i zniża —
W jednym — harmonia chóru.

A dzień już zagasł — a z za gór szczytów,
Księżyc, jak łabędź, na tło błękitów
Wypłynął z czołem wybladłém;
I senném tchnieniem cichéj pogody
Ukołysawszy wiatry i wody,
Świeci nad morza zwierciadłem.

Jegoż to odblask, czy złuda oczu,
W mgle przezroczystéj, na wód przezroczu,
Ściąga spojrzenie Rycerza?
Nie! — tak nie może łudzić źrenica!
To żywa postać! — duch czy dziewica?
Płynie, i k’niemu wprost zmierza.

A ile czaru w pieśni jéj echu,
Tyle uroku w ust jéj uśmiechu,
Tyle powabu w spojrzeniu!
Mgła tylko lekka pierś jéj osłania,
I włos złocisty, co bez związania
Po śnieżném spływa ramieniu.

O! cóż się stało z duszą twą młodą,
Z pokojem serca, z myśli swobodą,
Z twemi ślubami, Rycerzu? —
Próżno chce od Niéj oderwać oczy;
Spojrzał sam na się — obraz uroczy
Odbija w stalnym paacerzu.

Próżno chce wznowić, co czuł przed chwilką;
Spójrzał ku Niebu — lecz myśl go tylko
Ku morskiéj ciągnie otchłani.
Miłość zaćmiła nadzieje wiary;
Został mu tylko pochop ofiary,
Ofiary za Nią, lub dla Niéj.

Jéj snać wiadoma uczuć ta zmiana.
Skutek jéj czaru w duszy młodziana,
Bo pieśń ozwała się słowy:
„Tobie oświéca księżyc me lica,
„Twoje mi kryje gęsta przyłbica.
„Hełm twój żelazny zdejm z głowy!“ —

Rycerz zdjął szyszak, zwiesił na łęku.
A ona znowu: „Włócznia w twém ręku
„Wstręt we mnie budzi i trwogę.“ —
On włócznię utkwił w ziemię — a ona;
„Stal miecza twego we krwi zbroczona,
„Do krwi się zbliżyć nie mogę.“ —

Rycerz odpasał miecz swój od boku,
Zeskoczył z konia, i pomknął kroku
Ku szklannéj morza topieli.
„W uścisk się złączyć nie mogą razem
„Pierś kochająca z twardém żelazem.
„Twój pancerz jeszcze nas dzieli.“ —

Rycerz na brzegu złożył swą zbroję.
„Pójdź–że, pójdź, — woła — w objęcia moje!
„Spełniłem wszystko, co żądasz. —

„Cóż–to? uciekasz? — Niewdzięczna! sroga!
„Ja cię tak kocham! — Zkąd ci ta trwoga,
„Że z nią tak na mnie spoglądasz? —

— „Precz, precz z twych piersi to cacko złote!
„Złoto znieważa uczuć pieszczotę,
„To mi twe serce zasłania!“ —
—„Nie! — to najświętszych uczuć zadatek,
„To krzyż, co kiedyś najlepsza z matek
Dała mi w chwili skonania.“ —

— „Nie chcę go, nie chcę! Rzuć go od siebie!
„Ja kocham ciebie, ja pragnę ciebie,
„Rzuć — a jam twoja na wieki!“ —
—„Nie! — to spuścizna mojéj rodziny,
„Skarb mój najdroższy, zakład jedyny
Matki i Niebios opieki.“ —

—„O! ja nieszczęsna!“ — i w głosie pieśni
Załkała rozpacz; — a im boleśniéj,
Tém głębiéj serce przenika.
Groźby i łkania, gniew i błagania
Zlała jak w jeden ton obłąkania,
Namiętna, rzewna, i dzika.

O! i w nim w duszy walka straszliwa!
Ona podpływa — on krzyż porywa,
Porwał — i do ust przycisnął.
Powietrze drgnęło wściekłemi jęki —
A w téjże chwili promień jutrzenki
Jak błyskawicą zabłysnął.

I w téjże chwili, z nadbrzeżnéj skały,
Zerwał się ze snu orzeł wspaniały,
W szerokie skrzydła zaszumiał.
I Rycerzowi w lot oko w oko
Spójrzawszy, w niebo śmignął wysoko —
Rycerz wzrok orła zrozumiał.

Myśl w nim i serce znowu goreją
Miłością chwały, wiary nadzieją,
Za orłem, w pogoń znów daléj! —
Gdzież się podziało widmo urocze?
Dziewica znikła — a kłęby smocze
Wiją się za nią po fali.

1870.





WIT STWOSZ U PRĘGIERZA.

(DO WINCENTEGO POLA).




Śpiewaku Stwosza! jak w senném widzeniu,
Duch mu proroczy, w postaci niewieściéj,
(Jak sam opiewasz), w krzyżu i płomieniu
Zwiastował godło chwały i boleści:

Tak snać ku tobie samemu się zbliża
W blasku twéj sławy, znak i próba krzyża.
Bacz więc i czuwaj! abyś sam w téj probie
Dotrwał, i drugim wzór zostawił w sobie:
„Że krzyż ten tylko zdoła godnie dźwignąć,
Kto sam w miłości nie będzie tu stygnąć.“
I choćby nawet brat wziął rolę kata,
On w kacie nawet nie zapomni brata;
Aż przyjdzie chwila, że mu to odpłaci
Bóg, na swym sądzie, i sąd innych braci! —

Tymczasem, w dowód mych uczuć braterskich,
Przyjm! com wyczytał z kronik Norymberskich.





∗             ∗

W Norymberdze gwarno, świętno.
„Co się stało?“ — każdy pyta.
— „Na rzeźbiarza, Stwosza Wita,
Pod pręgierzem kładą piętno.“ —

—„Za co? — Jak mógł? czém przewinił?
On, co przez swój żywot cały
Strzegł Zakonu, a co czynił,
To dla Bożéj, naszéj chwały?“ —

— „Kacerz! Apostata w wierze!
Wszystkich zbrodni stek i zaród.
Z Lucyperem wszedł w przymierze,
Bluźni Bogu, truje naród!“

— „Gdzież dowody?“ — „Sąd burmistrza
Nie potrzebuje dowodu.
I ja sam dziś dzieło mistrza
Spełniam — dla dobra narodu!“ —

Tak w zgiełku miejskiéj hołoty,
Do tłumu, co go otacza,
Wołał młodzian, co z ochoty
Wziął na się rolę siepacza.

Sam on rzeźbiarz, i niedawno
Uczeń Stwosza — gdy w zapale
Wielbiąc jego przeszłość sławną,
Chciał mu tylko zrównać w chwale.

I widząc, jak po mistrzowsku
Tworzył: nieraz na podziękę,
Z rozczuleniem, po synowsku,
Usta kładł na jego rękę.

Dziś — jaki powód go kłoni
Znęcać się nad losem bratnim?
Bóg to sam chyba odsłoni
Na swoim sądzie ostatnim. —

A Wit Stwosz już u pręgierza,
Na milczącą patrzy zgraję,
Co choć zbrodni nie dowierza,
W obronie prawdy nie staje.

I ci, co jego przyjaźni
Jako zaszczytu szukali,
O jego tylko już kaźni
Szeptając, stoją w oddali.

On przecież, chociaż sromotny,
Krzywy nań wyrok się iści.
Jak w duszy próżen zgryzoty,
Tak w sercu bez nienawiści.

I chociaż wié, że niewinny
W tém, w czém go winią potwarze,
Sam szuka przyczyny innéj,
Za co go może Bóg karze.

I gdy tłum wrzaskiem złowrogim
Zwiastuje przyjście siepacza,
On serce korzy przed Bogiem,
A prześladowcom przebacza.

Ale gdy ujrzał młodziana,
Co nań żelazo rozpalał:
Żałość go zdjęła nieznana,
I nagle łzami się zalał.

„Tyżeś to? Korneliuszu!
Ty, widzę, chcesz mi być katem,
Com w sztuce i geniuszu
Z radością witał cię bratem? —

„O! żal mi ciebie, młodzieńcze!
Bo gdy w ślepém uniesieniu
Popełniasz to — ja ci ręczę,
Że karę znajdziesz w sumieniu.

„I gdy rozwagą dojrzejesz,
A burze uczuć przeżyjesz,
Czyn twój, sam łzami oblejesz.
Lecz plamy jego nie zmyjesz.

„Gdyby zaś gniew cię zapalał
Z jakiéj pobudki nieczystéj;
To choćbyś wszystkich pokalał,
Nie uszczkniesz palmy artysty.

„Bo miłość tylko mu siłą,
W niéj tylko ducha narzędzie.
A gdzie miłości nie było,
Tam i natchnienia nie będzie.“ —

1862.





BRANKI BUDRYSÓW.

(DO LUCI, TERENI, MANI.)



Lucia, Terenia, Mania,
Łzami ubolewania
Płaczą losu tych żon Trzech Budrysów,
Co to Laszki, baranki,
Niewiniątka — a branki
U Litwinów — niedźwiedzi! tygrysów!

Zkądże takie współczucie? —
O! dość spojrzeć na Lucię,
Na Terenię — wesołe koteczki;
Dość się wpatrzyć w te czarne,
Mani oczki figlarne,
Co się błyszczą, jak z chmur dwie gwiazdeczki;

By dojść, że się w tym razie
Same czując w obrazie,
Tak drżą przed nim ze wstrętem i trwogą.
Ach! a gorsza przyczyna,
Że snać ze mnie, Litwina,
O Litwinach zdań zmienić nie mogą.

Lecz nie płaczcie! albowiem
Ja wiém, i wam opowiem,
Dalszy koniec téj całéj przygody.
Wieszcz ją przerwał na chwili,
Gdy synowie wrócili,
A dziad posłał zapraszać na gody.

A tymczasem trzy one,
Rozżalone, strwożone,
Nuż w płacz głośny, pokląkłszy na ziemi! —
Stary w głowę zachodził,
Cieszył, koił, łagodził,
Aż nakoniec, nuż płakać wraz z niemi!

Bo w myśl weszła mu Ona,
Ukochana, stracona: —
Taką była, gdy wiózł ją do domu;
Taką nieraz bywała,
Gdy go płacząc błagała.
Aby krzywdy nie czynił nikomu! —

Zrozumiały filutki
Łez i modłów swych skutki —
Więc do dziada z błagalném wejrzeniem!
Nuż go chwytać za dłonie,
Nuż się tulić na łonie —
Dziad roztopniał, jak wosk przed płomieniem.

„Dzieci! — krzyknął nareście —
„Gośćmi memi jesteście.
„Stary Budrys nie krzyżak, nie zbójca.

„Przez Znicz i przez Perkuna!
„Ja wam za opiekuna,
„Ja sam stanę za stróża i ojca. —

„Hola! słuchać mię, chłopcy!
„To me córki — wy, obcy;
„Chcę was z niemi poswatać — lecz proba!
„Nie dam żadnéj żadnemu,
„Aż się skłoni ku niemu,
Aż go sama bez musu podoba.“ —

Luci, Mani, Tereni,
Z ócz się radość promieni:
„O! z tych Laszek nie będzie Litwinek!“ —
Poczekajcie! boć przecie
Z Lamé–Fleury snać wiecie,
Jak to było z porwaniem Sabinek.

Rzecz nie moja, powody
Ich miłości i zgody!
Lecz jak prawdę największą rzekł Adam:
„Że nad wszystkie ziemianki.
Milsze Laszki kochanki,“
Tak ja prawdę nie mniejszą powiadam:

Że na całym tym świecie
Nié ma, i nie znajdziecie
Mężów lepszych, jak męże Litwini!
Każdy z nich, na głos żony,
Jest jak niedźwiedź uczony,
A cierpliwy, jak wielbłąd w pustyni.

A pytam pannę Lucię:
Nie miłeż to uczucie
Czuć się w domu królową i panią?
Pytam pannę Terenię:
Źleż to, na swe skinienie
Mieć wnet wszystko, co zechce? — A Manio

Nieraz ci, jestem pewny,
Śnią się wschodnie królewny,
Słoń za konia, i tron w palankinie! —
Otóż wszystko to prawie
Znaleźć możesz na jawie
W wsi litewskiéj, i w mężu Litwinie.

A cóż mówić o lidze,
O Jadwidze?... Lecz widzę,
Że dość tego, co rzekłem już wprzódy.
Mani, Tereni, Luci,
Nie dziwi już, ni smuci,
Że bez musu odbyły się gody.

1865.





LUNATYK.



„Patrzcie! ach! patrzcie! co to za człowiek
Idzie po blasku miesiąca? —
Zacięte usta, twarz dumająca,
Sciężałych nie wzniesie powiek.

„Gdzież to on idzie z takim pośpiechem,
Gdy wszyscy śpią już głęboko?
Z jak przyjacielskim zda się uśmiechem
Wita się z drzewem, z opoką!

„Co mu jest? patrzcie! gdzie się on zbliża?
Chce–li wejść na skał tych czoła,
Gdzie ledwie sarna doleci chyża,
Lub dzikie skrzydło sokoła?

„Przebóg! on śpiący! — Wzrok–li mię łudzi?
On śpiący! widzę dokładnie.
Niech kto pobieży, niech go rozbudzi,
Inaczéj w przepaść tam wpadnie! —

„Słysząc to kilku młodzieńców z koła,
Chcą mu nieść pomoc z pośpiechem.
Wtém na wpół z żalem, na wpół z uśmiechem,
Sędziwy starzec zawoła:

„Stójcie, młodzieńcy! niech go niewcześnie
Nikt nie ostrzega, nie budzi;
Jestto lunatyk, co chodzi we śnie,
Człowiek nadludzki śród ludzi.

„Zawsze on nie rad z drugich, ni z siebie,
Zawsze myślami tęsknemi
Dziwaczne mary goniąc po niebie,
Nie dba że żyje na ziemi.

„A taka nad nim jest wola Boża:
Gdy księżyc w pełnéj lśni mocy,
On śpiący nagle zrywa się z łoża,
I śpiący błądzi śród nocy.

„Gdzie stare zamków leżą zwaliska,
W posępne lasów samotnie.
Gdzie się po skałach pnie ścieżka śliska,
Tam on pośpiesza ochotnie.

„A jak słyszałem od tych, co sami
Tego doznali za młodu,
Że go zwodniczy sen wtenczas mami
Wdziękiem rajskiego ogrodu.

„Lecz skoro ranne zabłyśnie zorze,
On przebłądziwszy noc całą,
Znowu spokojnie wraca na łoże,
Niepomny co się z nim działo.

„Wzrok tylko smutny, twarz tylko blada,
Od innych różnią go ludzi.
Lecz gdy się czasem idąc przebudzi —
Biada mu wtenczas, ach! biada!“ —

Rzekł: a młodzieńcy starca słuchali.
Zbiera się większy tłum ludzi,
Tamci szydzili, ci żałowali,
Ale go żaden nie budzi.

A on tymczasem coraz się zbliża
Do niedostępnych skał czoła.
Gdzie ledwie sarna doleci chyża,
Lub dzikie skrzydło sokoła.

On idzie śmiało — światłość księżyca
Zda się mu służyć za stopnie;
Dziką radością jaśnieją lica,
Usta się śmieją okropnie.

Nagle do góry podniósł ramiona,
Na skałę uścisk zarzucił.
I z gwałtownością ciśnie do łona —
Przebóg! — i wtém się ocucił.

„Gdzież to ja jestem? Co mi się śniło?
Jaka tu przepaść podemną?
Przed chwilą takie słońce świeciło.
Teraz tak zimno, tak ciemno!

„Tu mię kochanki wabił blask oka,
Stali przyjaciele wierni.
Zamiast kochanki — zimna opoka,
Zamiast przyjaciół — krzak cierni!

„Przepaść mi wsteczną przelega drogę,
Przedemną same pustynie!
Iść daléj nie chcę, wrócić nie mogę —
Nieszczęsny! cóż więc uczynię?

„O! śnie mój słodki! Gdzież znajdę ciebie?
Gdzieś mi tak rychło upłynął? —
Pójdę cię szukać — w piekle, czy w Niebie!“ —
Rzekł, skoczył w przepaść, i zginął.

1824.





HARALD I RINGWALLA.

SAGA SKANDYNAWSKA.





„Haraldzie! Haraldzie! co dumasz tak smutnie?
Dla czegoś odrzucił i miecz swój i lutnię?

„Dla czego tak zdała od ludzi i świata
W gór dzikiéj pustyni zamykasz swe lata?

„Tyś pierwszy Król Morza, najśmielszy z rycerzy,
Tyś postrach francuzkich i włoskich wybrzeży.

„Narody ci niosły swój hołd i bogactwa.
Tyś rozsiał je drugim, jak ziarno dla ptactwa.

„Skaldowie cię zowią półbogiem na ziemi,
Tyś Skaldów zawstydził pieśniami swojemi,

„Królewny ku tobie wzdychały daremnie,
Tyś spojrzeć na żadną nie raczył wzajemnie.

„Więc za czém ty gonisz, że górą tak wzlatasz?
Więc czego ty pragniesz, gdy wszystkiém pomiatasz?

„Jam wieszczka nad wieszczki; — odpowiedz! a może
Pociechę ci znajdę, i szczęście wywróżę.“ —

— „Ty wieszczka nad wieszczki? — Skłamałaś zuchwale!
Ja wieszczką nad wieszczki znam tylko Ringwallę.

„Kto raz ją obaczył — ten spójrzał na słońce.
A czém są przy słońcu robaczki świecące?

„I na co mi wszystkie bogactwa i chwała,
Gdy ona ich ze mną podzielić nie chciała?

„Wzgardziła tém wszystkiém, co niosłem jéj w dani.
Ja nie chcę żyć bez niéj — i umrę tu dla niéj.“ —

— „Nie umrzesz, Haraldzie! Ringwalla cię kocha.
Lecz przecz–żeś ją sądził, że próżna, czy płocha?

„Nęciłeś ją blaskiem swych bogactw i chwały;
A o tém, żeś kochał, twe usta milczały.“ —

—„Ach! jażbym śmiał sobie wzajemność jéj wróżyć,
Nie mając, nie wiedząc, czém na nią zasłużyć?

„Cześć pęta milczenia na usta mi kładła.
Lecz wieszczka–dziewica, czyż sama nie zgadła?“ —

— „A tyżeś, dla czego natchnieniem poety
Nie przeczuł, nie uczcił milczenia kobiety? —

„Lecz serce za serce! zrównała się szala!
I obacz, kto jestem!“ —
—,,O Nieba! Ringwalla!“ —

— „Haraldzie! tyś dla mnie chciał umrzeć z boleści,
Jam dla cię przemogła wstyd dumy niewieściéj.

„Skaldowie z nas wezmą naukę w przyszłości,
Że miłość jest tylko zasługą miłości.“ —

1870.





SZAL CZARNY.

Z PUSZKINA.



Rozpaczą, wściekłością, i żalem miotany,
Pogladam dzień cały na szal krwią zbryzgany.

Przed laty, gdym jeszcze był płochy i młody,
Kochałem Greczynkę przecudnej urody.

Przecudna dziewica łudziła mię wzajem.
Lecz krótko, ach! krótko świat dla mnie był rajem!

Sprosiłem przyjaciół na ucztę wspaniałą.
Do drzwi mych żyd podły zapukał nieśmiało.

„U ciebie, rzekł, goście godują weseli,
Greczynka z kim innym pieszczoty swe dzieli.“ —

Z przeklęstwem mu kiesę cisnąłem pod nogi;
Mój arab za chwilę był gotów do drogi.

Jak wicher, jak piorun, leciałem przez błonie,
Wiatr świszcząc wokoło, żal głuszył w mém łonie.

Lecz dom jéj zaledwo ujrzałem zdaleka,
Krew ogniem zawrzała, łzą trysła powieka.

Jak wściekły pobiegłem w znajome ustronie —
Ormianin niewierną piastował na łonie!

Skry w oczach mi błysły; miecz zagrzmiał, uderzył —
Nim usta od ust jéj odchwycił — już nie żył.

Patrzałem z rozkoszą, jak drżąca i zbladła,
Dłoń wznosząc, na klęczkach, do stóp mych upadła.

Pamiętam błagania, krwi strumień, i jęki!...
Zginęła Greczynka, i miłość, i wdzięki! —

Z wściekłością szal czarny zerwałem z jéj skroni,
Krew nim ciekącą otarłem z méj broni.

Niewolnik mój, skoro wieczorna mgła wstała,
W głębinie Dunaju powrzucał ich ciała. —

Ach! odtąd zgryzota jak piekło wre we mnie,
Ach odtąd spoczynku przyzywam daremnie!

Rozpaczą, wściekłością, i żalem miotany.
Poglądam dzień cały na szal krwią zbryzgany.

1823.





HAJDUCY.[29]

Z SERBSKIEGO.



W dzikiéj jaskini Mladin się ukrywa,
A przy nim żona jego urodziwa,
I dwaj synowie w bojach doświadczeni,
Leżą, do ostrych tuląc się kamieni.

Trzy dni w jaskini, trzy dni nic nie jedli,
Pandury[30] wyjścia dokoła obsiedli.
Sto karabinów wnet ku nim wyceli,
Niechby skroń tylko od ziemi podjęli.

Język w ich ustach na węgiel zgorzały.
Jest trochę wody w rozpadlinie skały,
Ale ją matce podając kroplami,
Wilgotną ziemię ssali tylko sami.

Jednak nie jęczą, nie śmią ubolewać,
Wszyscy się boją Mladina rozgniewać.

Gdy się noc trzecia nad nimi rozwlekła,
Stłumionym głosem Katarzyna rzekła:

„Niechaj się Pan Bóg zlituje nad wami,
„Niech się da pomścić nad prześladowcami!“ —
Podniosła głowę, na łokciu się wsparła.
Westchnęła ciężko — padła, i umarła.

Mladin udawał, że się nie zasmucił;
Ale synowie, gdy się on odwrócił,
Z żalem to na nią, to na się patrzali,
Nic nie mówili, i łzy połykali.

Przyszedł dzień czwarty, z nim słońca upały,
I wyschła woda w rozpadlinie skały.
Próżno brat starszy głód przemódz się stara,
Wpadł w obłąkanie, i dobył handżara[31],

Patrząc na matkę, jako wilk na jagnię. —
Zgadł Aleksander czego Chrystycz pragnie.
Własnym handżarem przebił ramię swoje,
I rzekł do brata: „Bracie! pij krew moję,

„Lecz niech ta zbrodnia ust twoich nie kali!
„Po śmierci będziem krew Pandurów ssali.“ —[32]
Słyszał to Mladin, wytrzymać nie zdołał,
Porwał się z miejsca, i głośno zawołał:

„Za mną, synowie! próbujmy przechodu!
„Lżéj połknąć kulę, niż umierać z głodu.“ —
Wszyscy trzej razem, jak wilcy zajadli,
Ze swéj kryjówki na Pandurów wpadli.

Każdy dziesięciu obalił swą siłą,
Każdego piersi dziesięć kul przeszyło.
Wrogi ich głowy na dzidach zatknęli,
Nieśli w tryumfie — a spojrzeć nie śmieli.

1828.





ALLEN–DAL.

Z WALTERA SKOTTA.



Allen–Dal piękny i młody,
Nié ma ni lasów, ni roli,
Nie ma ni stada, ni trzody,
Ma jednak złota dowoli.
Zkąd? — Posłuchajcie! a snadnie,
Kto umie słuchać — odgadnie.

Lord Duglas ma wielkie mienie,
Lord Hom szerokie dzierżawy,
Lasy obfite w jelenie,
Rybne jeziora i stawy.
Wszakże co ma las, co fala,
Mniéj jest ich, niż Allen–Dala.

Allen–Dal nie jest baronem,
Sławy swéj nie wziął od przodka,
Przecięż go z nizkim pokłonem
Omija każdy, kto spotka,
Lub jako panu krainy,
Korne mu niesie daniny.

Allen–Dal nie jest rycerzem,
Ma jednak złote ostrogi;
Złotym odziany pancerzem,
Przy boku nosi miecz drogi.
Stu mężnych za nim, gdy skinie,
Idzie — zwycięży, lub zginie.

Allen–Dal kocha dziewicę,
Pewien miłości wzajemnéj.
„Ktoś ty jest?“ — rzekli rodzice.
„Nie rój nadziei daremnéj!
„Zięć nam wprzód ma być znajomy.
„Zkąd twój ród? Gdzie są twe domy?” —

— „Dom mój, rzekł Allen, ja cenię
„Nad królów gmachy błyszczące;
„Dachem mu niebios sklepienie,
„Ozdobą księżyc i słońce.
„Ród? — Z czynu, nie z pargaminu,
„O ojcach, sądźcie po synu!” —

Ojciec ma serce nad skały,
Matka twardsze nad żelazo.
„Precz z naszych progów, zuchwały!
„Miłość twa dla nas obrazą.” —
Odszedł — lecz serce dziewicy
Urzekł blask jego źrenicy. —

Nazajutrz w zamku rozpacze.
Córka zniknęła bez wieści.
Matka przeklina i płacze,
Ojciec chce pomścić swéj cześci.
A w lesie święcił swe gody
Allen–Dal piękny i młody.

1824.





PIELGRZYM.

Z WALTERA SKOTTA.



„Przez litość, otwórzcie wrota!
„Wiatr z północy wieje srogi;
„Na dworze ciemność i słota
„Zakryła ścieżki i drogi.

„Nie jestem ja ten, co w borze
„Poluje cudze jelenie;
„Choćby on nawet w téj porze
„Wart był wybłagać schronienie.

„Lecz wiodę życie pielgrzymie,
„Czyniąc pokutę za grzechy.
„Byłem w Solimie i w Rzymie,
„Szukając dusznéj pociechy.

„Święte pamiątki przynoszę,
„Część Krzyża, wodę z Jordanu. —
„Otwórzcie! otwórzcie, proszę!
„Chętnie udzielę ich panu.

„W gnieździe skrył się ptak pierzchliwy,
„Jaskinia strzeże jelenia;
„A ja, starzec nieszczęśliwy,
„Nigdzież nie znajdę schronienia?...

„Słyszysz, jak szumią potoki!
„Widzisz, na dworze jak ciemno!
„Mam przebyć strumień głęboki —
„Panie! miéj litość nade mną!

„Czyż twego serca nie wzrusza
„Błaganie starca, jęk żalu?
„Czyż od żelaznych bram dusza
„Z twardszego w tobie metalu?

„Ach! tak, tak! — Żegnaj więc, panie!
„Nié masz litości nade mną. —
„Obyś nigdy w moim stanie
„Nie błagał równie daremno!” —

Na miękiém łożu, Pan domu
Na głos ten zamknął swe uszy.
Lecz nieraz, głośniéj od gromu,
Zabrzmi on jeszcze mu wduszy!

Bo skoro słońce powstało,
Gdzie potok nad brzeg się wzdyma,
Znaleziono skrzepłe ciało —
Ciało to było pielgrzyma.

1824.





STRZELEC W ALPACH.

Z SZYLLERA.



„Nie chcesz–li już paść swéj trzodki,
Tak niewinnéj, tak łagodnéj,
Co skubiąc kwiateczek słodki,
Igra po łączce nadwodnéj?“... —
— „Puść mię, matko! puść na łowy!
Puść na góry, na dąbrowy!“ —

— „Nie chcesz–li już w wieczór letni,
W cieniu drzewa, nad strumieniem,
Na pasterskiéj grając fletni,
Ze słowiczém walczyć pieniem?“ —
— „Co mi fletnie?... Kij wierzbowy!
Puść mię, matko, puść na łowy!“ —

— „Któż mię wesprze, kto wspomoże,
Gdy ty nie chcesz wspierać matki? —
Dziko, zimno tam na górze,
Ni ogródka, ani chatki!“ —

— „Dość nie nudy téj domowéj!
Puść mię, matko, puść na łowy!“ —

I poszedł chłopiec na łowy,
Ślepa zuchwałość go niesie.
Śmiało skacze przez parowy,
Na najwyższe głazy pnie się.
Przed nim zlękła, lotem strzały,
Miga sarna z skał na skały.

W jednéj chwili rzut ją zwinny
Wiesza na szczycie opoki;
Przez rozpękłych skał szczeliny
Powietrznemi sadzi skoki.
Lecz tuż za nią, z łukiem w dłoni,
Niezmorzony strzelec goni.

Aż na śliskiéj skały szczycie,
Co się stromo w przepaść zmyka,
Mdlejąc w biegu, drżąc o życie,
Górnych pustyń córa dzika
Zawiesza się nad otchłanią —
Przepaść pod nią, strzelec za nią!

Niemém spójrzeniem rozpaczy
O litość zda się zaklina.
Okrutnik na nic nie baczy,
I już cięgły łuk napina...
Wtém się z szumem wiatru, w chmurze,
Genijusz Alp wzniósł ku górze.

I tarczą niebieskiéj dłoni
Rzucony pocisk odtrąca.
„Kto, rzekł, moje trzody goni?
Kto pokój mych gór zamącą?... —
Ciasnym tobie był świat twój,
W moim — tyś na wieki mój!“ —

1822.





STRACHY.


Kein Gedicht so elend ist,
Dass nicht zu etwas nützlich wäre.
Gellert.

Nié ma wiersza tak ladaco,
By się nie mógł przydać na co.




Na wierzchołku jednéj góry,
Stały zamku pyszne mury.
Dach czerwono malowany,
Duże okna, białe ściany;
Nad gankiem herb, domu chwała,
Bęben, sztandar, i dwa działa;
W nim małżeńskiéj znak jedności,
Cyfra Jego i Jejmości,
Wymyśleniem wcale nowém,
Strzela z rury; — jedném słowem,
Wszysto pięknie i wspaniale.

Lecz na świecie nic bez ale.
Czego, sic fata tulere,
Gmach ten miał dowody szczere.
Bo co do mnie — choć bogato,

Choć pięknie wyglądał z wierzchu,
Choćby męztwa był zapłatą,
Nie radbym w nim być o zmierzchu.
Gdyż, jak powiadano cicho,
Było w zamku jakieś licho.

Nikt nie zgadnął, nikt nie wiedział,
Co téż tam za kaduk siedział:
Ale że siedział, to pewna.
Czy to zaklęta królewna?
Czy upiór o djabléj mocy?
Czy czarownik? czy złe duchy?
Nie wiém. — Dość, że o północy
Drzwi skrzypią, brzęczą łańcuchy,
I przy odgłosie kapeli,
Wysoka osoba w bieli,
W nieznajomych strojach.
Chodzi po pokojach,
I aż zaczną śpiewać kury,
Różne płata awantury.

Zdawna, jak zapamiętano,
Już się w zamku ten strach kręcił.
Próżno księdza sprowadzano,
Próżno żegnał, próżno święcił;
Trudne bardzo z djabłem boje:
Pleban swoje, djabeł swoje.

Nie najbardziéj radzi z gości,
Pan i Pani, pełni strachu,
Zostawiwszy Djabléj Mości
Usum fructum swego gmachu,

Sami, w co prędszéj ucieczce
Widząc ratunek jedynie,
Choć z biedą, jak śledzie w beczce,
Mieścili się w oficynie.
Mieli rozum — bo koniecznie,
Lepiej ciasno, a bezpiecznie.

A tymczasem bies, pan placu,
Hulał sobie po pałacu,
Brojąc, co mu się roiło. —

Szczęściem, tak się nadarzyło.
Że po dawnéj znajomości,
Przyjechał do Jegomości,
W konwikcie kolega dawny,
Jeden poeta sławny.
A poeta gębą całą!

Choć mógłbym, z jego pochwałą
Nie będę się długo szerzył.
Prawda, że mu towarzysze
Mówili, że on źle pisze —
Ale on temu nie wierzył —
Bo i któż Zoilów słucha?
Owszem, z przekonaniem mocném,
Sądził się, w pokorze ducha.
Najmniéj Homerem północnym.

Po półwieczném niewidzeniu,
Skoro go ujrzał Jegomość,
W kordyalném uściśnieniu
Dawna odżyła znajomość.

By gościa przyjąć sowicie,
I uraczyć należycie,
Flasza dębniaku wyjęta,
Co Sasów jeszcze pamięta.
A przy miodku, mówią starzy,
Słodziéj się gawędka gwarzy,
Rośnie ufność w przyjaciołach,
Przymus niknie, duch rzeźwieje.
Daléjże więc! to o szkołach;
Co się działo, co się dzieje;
Kto jakie przeszedł koleje;
Kto gdzie bywał? — Gadu, gadu,
Od poranku do obiadu,
Od obiadu, do wieczora.
Wtém już i spóźniona pora,
Na deszcz się jęło zanosić.
Grzeczność każe na noc prosić,
A tu, ani weź, niestety!
Nié ma gdzie podziać poety!

Gospodarz, jakby na igle,
Kręci się na wszystkie strony.
Tu gościnność — tam gniew żony!
Aż potrzebą przynaglony,
Puścił się w końcu na figle.
Nie patrząc więc, czy to pięknie
Będzie, gdy się gość przelęknie,
Słowa nie mówiąc o strachu,
Zaprasza na noc do gmachu.
Wieszcz, jak zwykłe, dobra dusza,
Bez namysłu śmiało rusza. —

Lecz Jegomość, widać, jeszcze
Nie znał dobrze, co to wieszcze,
Jak pochopni, jak ochoczy,
Awanturom zajrzeć w oczy.
Snać nie wiedział, jak to moi
Po Febie bracia stryjeczni,
Wszyscy są arcy waleczni,
Żaden się djabłów nie boi —
Chociaż się wydarza czasem,
Że ich w swoich rymach mieści.
Ale to między nawiasem.
Mniejsza o to! — Ja tymczasem
Wracam do dalszéj powieści;
Z którą już bez żadnéj przerwy,
Prościutko do końca idę.

Owóż, jak wam rzekłem pierwéj,
Poeta, in bona fide,
Nie wiedząc o bożym świecie
Ni o zdradzie, ni o strachu,
Maszerował spać do gmachu.
Ale nie sam jeden przecie.
Z kimże takim? — Z Jegomością
Zkądże jemu śmiałość taka? —
Grzeczność wiodła nieboraka.
„Niech licho z taką grzecznością!“
Myślał, idąc jak na ścięcie.
Dusza schowała się w pięcie,
Zęby głośne larum dzwonią,
Wzrok schylony zakrył dłonią,
Snać bojąc się ujrzeć strachu...

Przyszli nakoniec do gmachu,
Niosąc, na przypadek wszelki,
Karabelę, pistolety,
A na wniesienie poety,
Węgrzyna cztery butelki.
Przyszli — stolik postawili,
Cztery świéce zapalili,
I usiadłszy przy kominie,
Poeta tak zaczął pierwszy:

„Wiész, jak się w całéj krainie
Rozlega echo mych wierszy? —
Wiész, jako w trudnych zawodach,
Na strome Parnasu głazy,
Sława ma, na czterech odach,
Wszystkie prześcigła pegazy?
Jak za tragedyą sławną
Pierścień od króla dostałem? —
Lecz nie wiész, właśnie niedawno
Drugą taką napisałem.

„Dziś więc, gdy i czas po temu,
I mam do czytania wenę,
Posłuchaj! — Lecz notabene,
Tobie to tylko jednemu
Daję ten dowód przyjaźni. —
Słuchaj więc! a bez bojaźni
Powiész mi zdanie otwarte.

„Bo choć wiém, co czego warte,
Wiém, że mi natchnienie sprzyja:

Czuje się to jednak lepiéj,
Gdy i światła rada czyja
To własne zdanie pokrzepi.“ —

Nic mu pan nie odpowiedział,
Bo nic ni słyszał, ni wiedział.
Strasznym zdjęty ambarasem,
Nie do krytyk się sposobił:
On myślał, by z nim dziś czasem
Strach tragedyi nie zrobił. —

Wieszcz więc, mając chęci szczére
Czytać, a przytém w pamięci:
Że qui tacet, consentire
Videtur: papier rozkręci,
I łyknąwszy haust węgrzyna,
Czytać zaczyna. —
I czyta, czyta z zapałem.
Sam sobie tylko przerywa:
„Uważ, jaka scena tkliwa!
Jak tu namiętność wydałem!“ —

Nie skończył aktu połowy,
Drzwi skrzypły, brzękły okowy,
I przy odgłosie kapeli.
Wysoka osoba w bieli,
W nieznajomym stroju,
Wchodzi do pokoju.
I ujrzawszy nowych gości,
Z podziwu, czy z ciekawości,
Otworzyła wielkie oczy.
I wprost ku nim — kroczy — kroczy...
I stanęła koło pieca.

Widzi to Pan — zbladł jak chusta,
Wlepił oczy, otwarł usta,
I duszę Bogu poleca.
A nasz poeta, w ferworze,
Grzbietem zwrócon ku potworze,
Jakby śród najgłębszéj ciszy,
Oprócz siebie nic nie słyszy.

Bo jak głuszec, gdy tokuje,
Nic nie widzi, nic nie czuje,
Ani strzelca, ani strzału:
Tak poeta śród zapału,
Gdy swe wiersze deklamuje.

Owóż i nasz wieszcz w tym razie,
Galopując na pegazie,
Myślał tylko o swéj chwale.
A choć słyszał jęk i żale,
Rozumiał, pełen radości,
Że to w jego tkliwéj scenie,
Tak żałosne rozrzewnienie
Napadło na Jegomości.
I zatém, rad z powodzenia,
Czytał bez zastanowienia.

A straszydło, stojąc zcicha,
Ciągle słucha, ciągle wzdycha,
Lecz co nigdy nie bywało,
I poziewać zaczynało! —
Coraz, coraz częściéj ziewa.
Jak zawsze było przywykło
Czekać, póki kur zaśpiewa:
Teraz jednym razem znikło.
I już go więcéj nie było. —

Możeby jeszcze wróciło.
Ale Jegomość Dobrodziéj
Poznawszy, o co rzecz chodzi,
Nuż chwalić produkta wieszcze!
Nuż prosić, jeszcze i jeszcze,
O coraz więcéj a więcéj!
Nuż wielbić coraz goręcéj,
A klaskać za parter cały!
Tak, że nakoniec syn chwały,
Kontent, że przecież spotyka
Godnego siebie krytyka,
Dobył, co tylko miał w tece.
I noc w noc, na postrach strachu,
Wiedzion jak gdyby na hece,
Szedł z gospodarzem do gmachu,
I czytał, czytał, a czytał!

Nieraz jeszcze strach zawitał;
Lecz nie mogąc dostać placu
Przed tém literackiém Forum,
W trzecim akcie znikł z pałacu,
In saecula saeculorum.

Moi czytelnicy mili!
Nie będziecie mi wierzyli.
Lecz aby wam prawdy dowieść:
Gdy czasem na was którego
Napadnie co podobnego,
Przeczytajcie mu tę powieść.

1822.





NIEWIADOMO CO,

CZYLI
ROMANTYCZNOŚĆ.

EPILOG DO BALLAD[33].



Szło dwóch w nocy, z wielką trwogą,
Aż pies czarny bieży drogą.
Czy to pies?
Czy to bies?

Rzecze jeden do drugiego:
„Czy ty widzisz psa czarnego?
„Czy to pies?
„Czy to bies?“ —

Żaden nic nie odpowiedział,
Żaden bowiem nic nie wiedział,
Czy to pies?
Czy to bies?

Lecz obadwaj tak się zlękli,
Że zeszli w rów, i przyklękli.
Czy to pies?
Czy to bies?

Drżą, potnieją, włos się jeży —
A pies bieży, a pies bieży.
Czy to pies?
Czy to bies?

Bieży, bieży — już ich mija,
Podniósł ogon, i wywija.
Czy to pies?
Czy to bies?

Już ich minął, pobiegł daléj,
Oni wstali i patrzali,
Czy to pies?
Czy to bies?

Wtém, o! dziwy! w oddaleniu,
Na zakręcie, zniknął w cieniu.
Czy to pies?
Czy to bies?

Długo stali i myśleli.
Lecz się nie nie dowiedzieli,
Czy to pies?
Czy to bies?






Wiersze Różne.
NOWY BOGACZ,
NOWY ŁAZARZ.
NOWA PIEŚŃ KANTYCZKOWA.
(Na nótę dawnéj pieśni o Łazarza Ewangelicznym.)


„Był Pan pewny bogaty,
W złoto, srebro, szkarłaty,
I zbyt kosztowne szaty.”




Był Pan pewny bogaty,
Miał krociowe intraty,
Odwieczne antenaty.

I jeszcze nie rad z tego.
Od rządu Niemieckiego
Kupił tytuł Hrabiego.

I ztąd tak mu się było
We łbie coś przewróciło,
Jakby co przystąpiło.

Jakoż był głos sąsiedzki,
Że do pychy szlacheckiéj,
Wlazł w nim sknera Niemiecki.

Rzekł więc sobie samemu,
Że on światu całemu
Nie winien nic — a jemu
Świat wszystko.
— A toż czemu?
— Ha! pytaj!
— Czy że głupi,
Wory na wory kupi,
Które kiedyś ktoś złupi,
Jak go wrzucą w dół trupi:

A z których za żywota,
Ni Bóg, ni kraj, ni cnota.
Ni wdowa, ni sierota.

Ni łzy bliźnich, ni modły,
Szeląga nie wywiodły? —
Czy dla tego, że podły,

Płaszczy się, gdzie się boi;
Pochlebia, gdzie zysk roi;
A gdzie słabsi, lub swoi,
Dmie w nos, pnie się, i broi? —

Czy że próżniak, śród zgrai
Swych pochlebców, lokai,
(Z czém się chełpi, nie tai),
Całe życie hultai? —

Bo nic zgoła innego
Nie wspierało wielkiego
Tonu pana Hrabiego.

On żył, dął się, i grzeszył,
Ziomków smucił lub śmieszył,
Djabeł się tylko cieszył.

Djabeł, co jak ptak, który
Siadł już na grzbiecie kury,
Topił w nim swe pazury.

Myśli pychy rodowéj
Tchnął przez uszy do głowy,
Jak wiatr w pęcherz wołowy.

Egoizmem, co głuszy
Miłość bliźniego w duszy,
Zrobił z niéj step w posuszy.

Serce, przed skruchy żalem,
Zatwardził jak metalem.
I osłonił — medalem.

A gdy już miał bezpieczność,
Że go nabył na wieczność,
Przyśpieszył ostateczność.

Raz Pan, w słodkiém dumaniu,
Wpół we śnie, wpół w czuwaniu,
Spoczywał po śniadaniu.

Wzrok się iskrami żarzy,
Krew co nie pryśnie z twarzy,
Pan o kochance marzy.

Nagle hałas przed drzwiami —
Głos przerwany łkaniami
Certuje z lokajami.

I wtém, nakształt widziadła,
Wynędzniała, wybladła,
Przez drzwi kobiéta wpadła.

„Pan to jesteś pan Hrabia?
Pójdź pan, patrz, co wyrabia
Z nami pański Murgrabia!

„Mąż mój chory, ubogi,
Stary żołnierz bez nogi —
On go wlecze przez progi!

„Wszystkie nasze łachmany,
Cały nasz sprzęt zabrany —
Za co? Boże kochany!

„Za dług? — Jaki? — Wszystkiego
Sto złotych! — I dla tego,
Wygnać starca chorego!

„Ale i to oddamy,
Lecz niech wstydu nie mamy,
By nas psami szczwał z bramy!“ —

— „A! hołysze wy! chamy!“
Wrzasnął Bogacz ze złością.
„Mnie trudzić tą małością? —
Hola! precz z tą Imością!“ —

Słudzy za tym rozkazem,
Wpadli wszyscy — i razem
Skamienieli jak głazem.

Na środku sali ona,
Wzniósłszy w górę ramiona,
Rzekła, jakby natchniona:

„Biada ci, dumny panie!
Jest Bóg, sąd i karanie —
Coś wart, niech ci się stanie!“ —

Hrabia oczy wyszczerzył,
Zakrztusił się, zaperzył —
Pęd krwi w głowę uderzył.

Upadł: — a w téjże porze,
Omdlałego na dworze,
Starca kładli na łoże.

I tegoż dnia, Pan w sali,
Starzec w jednym z szpitali,
Oba razem konali.

Lecz jak różne konanie!
Pójdźcie, i patrzcie na nie,
Pobożni Chrześcijanie!



Tam w ustroniu ubogiém,
Nad słomianym barłogiem,
Stoi ksiądz z Panem Bogiem.

U stóp chorego żona,
Tłumiąc płacz w głębi łona,
Tuli go w swe ramiona.

W twarzy już śmierci bladość.
Lecz z ócz jego lśni radość,
Bogu uczynił zadość.

I gdy ksiądz go rozgrzeszył,
Aniół–Stróż wnet pośpieszył,
Stanął przy nim, i cieszył.

Przywiódł, jedną po drugiéj.
Na myśl, wszystkie zasługi
Przed Bogiem, przez wiek długi;

Wszystkie trudy i blizny,
Z młodości do siwizny,
Które zniósł dla ojczyzny.

I za wszystkie cierpienia,
Za wszystkie poświecenia,
Tchnął weń pewność zbawienia.

Aż z wdzięcznemi uśmiechy,
Obmytą w łzach za grzechy,
Duszę, pełną pociechy,

Uniósł — gdzie ją weseli,
Święci Pańscy Anieli,
Na wiek wieków przyjęli.


Jakże wszystko inaczéj,
W téj komnacie bogaczéj,
Gdzie Pan kona w rozpaczy!

Tuż doktorów gromada.
Pan w nich ufność pokłada,
A więc się nie spowiada.

Tam dziedzice zajęci
Przykładaniem pieczęci
Do skarbcu, co ich nęci.

A Djabeł koło duszy
Skacząc, skruchę w niéj głuszy,
Szepcąc choremu w uszy:

„A co? żal ci twych zbiorów?
Tyle skrzyń, tyle worów!
Wszystko to sukcessorów!

„Patrz! jak siedząc w alkowie,
Siostrzany, synowcowie.
Dzielą się po połowie!

„Patrz! worki rozrzynają!
Patrz! kufry odbijają!
Patrz! z kassy wyciągają,

„Co aż na dnie leżały,
Same imperyały!!!“ —
— Pan jęknął na gmach cały.

Bo to wszystko w malignie
Widzi: — serce w nim stygnie,
Rwie się — lecz się nie dźwignie.

Doktorzy się porwali,
Krew znów puścić kazali,
A Djabeł szeptał daléj:

„No, cóż? już twoje zbiory
Zabrali sukcessory! —
Patrz! co z nich zrobi który.

„Patrz! ten gra w faraona.
No! ależ gra szalona.
Na raz pół miliona!

„Patrz! tamten daje bale.
Co za mebl! co za sale!
Jak to wszystko wspaniale!

„Patrz! trzeci swéj metressie
Część twych klejnotów niesie —
Patrz, patrz! jak ich jéj chce się!“

Pan, na widok takowy,
Wskoczył, i włos rwąc z głowy,
Padł bez zmysłów i mowy.

Djabeł grzeczny dopóty,
Tu wrzasnął pełen buty:
„No! minął czas pokuty!

„Teraz tyś mój, hrabiątku!
Zróbmyż z życia, z majątku,
Rachunek na początku.

„Głupcze! cóż ci się zdało?
Że to nędzne twe ciało
Z innej gliny być miało?

„Żeś je tak karmił, poił,
Tak pieścił, i tak stroił,
Tyle dlań rozpust broił?

„Żeś się z nikim nie bratał,
Żeś wszystkimi pomiatał,
Żeś kogo mógł, przygniatał?

„Cóż z tych pieszczot, przysmaków?
Wiész? — przysmak dla robaków.
Zgnijesz, jak trup żebraków.

„Co z téj pompy, z téj pychy? —
Ciasna trumna, dół cichy,
Tchlina, szkielet, proch lichy!

„A też twoje szkatuły,
Te czcze twoje tytuły,
Co cię z człeka wyzuły!

„Jam to, ja wmawiał w ciebie,
Że wszystko masz dla siebie,
Nic ku bliźnich potrzebie.

Że wszystko dla użytku
Twéj próżności lub zbytku,
Nic dla kraju pożytku.

„A tyś wierzyć niebożę!
Myślał tylko o zbiorze,
Wór ładował po worze.

„Sam nie dbał o nikogo,
O wszystkich myślał z trwogą
Że o coś prosić mogą.

„I wolał doznać sromu,
Siedzieć sam jak wilk w domu,
Byle nic nie dać komu.

„Boś nie czuł nic wyższego,
Boś nie kochał bliźniego,
Tylko siebie samego.

„Gdy zaś ten i ów szydził,
Ten i ów cię zawstydził.
Tyś wszystkich znienawidził.

„Za toż ja cię kochałem!
I jak ty sam nad ciałem,
Nad twa duszą czuwałem!

„A teraz co? — umierasz,
Z sobą nic nie zabierasz,
W wieczność z strachem spozierasz.

„Bo cożeś dla niéj zrobił?
Jak się do niéj sposobił?
Czém duszę przyozdobił?

„A wieczność jest, jest, bratku!
Summa życia wypadku. —
Lecz o tém na ostatku.

„Tymczasem ku téj summie
Dodaj, żeś w głupiéj dumie
Zbyt ufał w swym rozumie.

„Bo gdzież jego rachuba?
Cel był — rozkosz i chluba;
Skutek — hańba i zguba.

„Bo cóż z życia masz w zysku?
Tam pamięć w pośmiewisku,
Tu duch w naszym uścisku! —

„Djabeł ci jak ksiądz gada,
Bo wié, że dobra rada
Już ci dziś nic nie nada.

„A nie byłoby piekła,
Gdyby was w niém nie siekła
Zgryzoty rozpacz wściekła. —

„A teraz, marsz! na sądzie,
Co wnet na cię zasiądzie,
Idź słuchać o wielbłądzie,

„I o uchu igielném —
O! i o nieśmiertelnym
Naszym ogniu piekielnym!

„Tam już próżne twe płacze!
Lecz ja wesół poskaczę,
Gdy w nim z tobą. zobaczę
Wszystkie Sknery–Bogacze.“

AMEN.
1847.





WIECZÓR PRZED BALEM.

CZYLI
LAFIRINDA.

TEXT ŚWIATOWY.



Bal, bal w zapustny wtorek,
Ostatnia już zabawa!
Po mieście ruch faktorek,
Po domach gwar i wrzawa.

Żony z mężami w zrzędzie:
Aż Ta w płacz — aż Ten fuknie.
Lecz co Ta chce, to będzie,
Ten musi kupić suknię.

Wprawdzie swar się ponowi,
Jak przyjdzie Święty Jerzy,
Jak wypadnie kupcowi
Zapłacić, co należy.

Nawet być może gorzéj,
Dojść aż do palpitacyi,
Jeśli się wieś położy
Na liście licytacyi.

Ale kiedy to będzie!
A bal tuż, w przyszły wtorek. —
Jak nie zasiąść w Pań rzędzie?
Jak nie pokazać córek?

Zwłaszcza gdy — choć szlachcianka
Z męża — z karty wizytnéj
Urodzona hrabianka
Znaczna z mitry wybitnéj,

Zwłaszcza, gdy z wychowania
Jest — (jak to rzecz ta sama
Różne miewa nazwania!) —
Świat mówi: „Wielka Dama,“

A my, my ludzie prości,
Od pióra albo grzędy,
Dajem takiéj Imości,
Nazwisko Lafirindy[34].

Lecz w tym jednym wyrazie
Jest jak zbiór zalet w treści,
Jak ideał w obrazie
Światowej płci niewieściéj.

Że zaś kto może nie wie
Co on właściwie znaczy,
To mu w tym prostym śpiewie
Samo się wytłómaczy.

Nie dość dla dostąpienia
Téj pięknéj nominacji,
Pańskiego urodzenia,
Lub pańskiéj edukacji.

Dopiéro jedno z drugiém
Złączone w amalgamę,
Tworzą, staraniem długiém,
Lafirindyczną Damę.

Bo Bóg dał, i nikomu
Sam nie skrzywił rozsądku:
A tylko w pańskim domu
Można wnet niemowlątku

Dać bonę–pedagoga,
By przez najpiérwsze lata
Dzieło w niém Pana Boga
Prostować wedle świata.

A tylko na nielada
Pensyą i podarek,
Dają się zwabiać stada
Francuzek i Szwajcarek.

Ach! a bez nich, niestety!
Przez żaden mus ni względy,
Z żadnéj naszéj kobiéty
Nie zrobić Lafirindy!

Bo krew przodków nie woda,
Bo nad świata przycinki,

Śmielsza Polki swoboda,
Szczersza tkliwość Litwinki.

A tu właśnie rzecz na tém,
Wypleć wszystko przyrodne,
By módz zasiać, jak kwiatem,
Wszystko cudze, a modne.

W czém jedynie się nadać
Możo metoda taka,
Jaką się uczy gadać
Papugę, albo szpaka.

Naprzód, trzeba im pióra
Póty strzydz i oplatać,
Aż nałóg, jak natura,
Oduczy je chcieć latać.

Potém wciąż trzymać w ręku,
Dzień i noc szeptać w uszy,
Aż w nich to pomaleńku
Głos natury zagłuszy,

Bo niechno raz, broń Boże!
Usłyszą gdzie gwar ptaszy.
Żadne się już nie może
Nauczyć mowy naszéj.

Znać, że gdy pamięć wznowi
Rodzinne, leśne śpiewy,
Wzgardy już ich nie wmówi
Nawet Mamzel z Genewy.

Tak trzeba i z panienką,
Nim się całkiem wychowa. —
Nic prócz książki pod ręką,
Po polsku ani słowa.

Bo w tém największa sztuka,
W tém sekret i rzecz cała,
By książkowa nauka
Duszy myśléć nie dała.

By umieć ustrzedz serce
Przed tém wszystkiém, co budzi
Wrodzoną w niém w iskierce
Miłość kraju i ludzi.

By w pierś uczucie żywe,
Tak jak żywa myśl w głowę,
Nie weszły — bo szkodliwe,
Jak pokarmy surowe.

I w tém talent Szwajcarek,
By serce i naturę,
Ususzyć na sucharek,
Przesmażyć w konfiturę,

I tak w tyglu nauki
Ulotnić duch i życie,
By nic prócz form i sztuki
Nie zostało w kobiecie.

Sposób na to jedyny,
Jak pączek kwiatu, główkę,

Opleść w metrów godziny,
Tak jak piersi w sznurówkę.

Wsadzić jak za klauzurę,
I usunąć z przed źrenic,
Tak jak żywą naturę,
Widok wolnych rowiennic.

Bo niech z niemi choć trocha,
U siebie, czy gdzie indziéj,
Zabawi się, pokocha —
To i po Lafirindzie!

Serduszko się wnet ruszać,
Główka zacznie wnet marzyć —
Próżno wtedy już zmuszać,
Upominać i swarzyć.

Bo duch to zaczął myśléć,
Gdy serce czuć zaczęło.
A jak ducha określić? —
I adieu całe dzieło!

To téż jeden z powodów,
Że tylko w nasze czasy
Mogą śród pańskich grodów
Dojrzeć te ananasy.

Bo tam się tylko godzi
Gościa nie przyjąć w domu;
Bo tam tylko uchodzi,
Nie dać poznać nikomu

Żony swojéj, lub dziecka;
Bo tam tylko nie wiąże
Z nikim przyjaźń sąsiedzka,
Chyba kto Graf lub Książe.

A u Grafa i Księcia,
Pewniéj niż u Sampanka,
Od kolebki, dziecięcia
Aniół–Stróż — Paryżanka.

Tak, że chociaż te dziatki
Wzajem się i odwiedzą,
Nie ujrzą nic, prócz klatki,
W jakiéj i same siedzą.

Drugie zadanie walne.
Jak przez środki nauczne,
Wszystko co naturalne,
Zmienić w pannie na sztuczne.

W kursie tego rodzaju,
Grunt praktyka, nie wykład;
Aż przymus, ze zwyczaju,
Przejdzie w nałóg. Naprzykład:

Zamiast barw łąk i borów,
Cudów w świata obszarze:
Niech patrzy na sztych wzorów,
I rysuje pejzaże.

Zamiast ptasząt śpiewania,
Lub w naturze ech Boskich:

Niech ma nóty do grania,
Arye z oper Włoskich.

Zamiast letniéj przechadzki
Śród niw lśniących od złota:
Niech po taflach posadzki
Powtarza krok gawota.

I to metod ten ścisły
Trzeba chować dopóty,
Aż już tylko jéj zmysły
Czuć będą: ucho nóty,

Oko tylko rysunek,
Nosek perfumy wonie,
Ach! a szczęścia warunek
Serce tylko w salonie.

Aż cała naostatek,
Z myśli, z serca, i z duszy,
Nie stanie się jak kwiatek,
Co się w książce zasuszy.

Tu już kurs jest skończony
Domowéj edukacyi. —
Teraz świat i salony
Szkoła mody i gracyi!

Dotąd myślano o tém,
Jak uczucie w niéj zabić,
By już przez nie nikt potém
Nie mógł serca jéj zwabić.

Teraz drugą nauką
Zdobią ją: — jak się zwabia,
Z przystojnością a sztuką,
Panicz, Książę, lub Hrabia.

Ale już te sekrety
Pójdźmy słyszeć z ust saméj
Doświadczonéj kobiéty,
Lafirindy i Mamy.



Nadszedł zapustny wtorek,
Zmrok, wieczór: — ona siadła,
Toalety dwóch córek
Wiszą z dwóch stron zwierciadła.

One stoją przy krześle,
Ona wzrokiem je mierzy,
Jak wódz biegły w rzemiośle
Swych przed bitwą żołnierzy.

Panienki jak jagódki,
Prócz cer trochę niezdrowych: —
I Matki uśmiech słodki
Błysł z Damy lic surowych.

„No, Mesdemoiselles! — rzekła,
„Macie już swych tancerzy.
„Hrabini mi przyrzekła.
„Twoim, Zosiu, Comte Jerzy,

„Twoim, Comte Jean, Emilko!
„Potém w kolej przeciwnie. —
„Pamiętajcież mi tylko,
„By się trzymać, nie sztywnie!

„Myślcie wciąż, kto jesteście,
„Jaki wasz ród i stan;
„I że ja patrzę wreście.“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Zaraz w dół spuścić oczy,
„Gdy tancerz co przemawia;
„Bo to effekt uroczy,
„Gdy się panna obawia.

„Pozwalam się uśmięchać
„Z bons mots Hrabiego Jean,
„I, broń Boże, nie wzdychać!“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Z Hrabią Jerzym rzecz inna.
„On zawsze mówi górnie.
„Każda go z was powinna
„Słuchać skromnie, pokornie.

„Po tańcu dygnąć wdzięcznie,
„Lecz gdyby w tańcu stan
„Zbyt objął — umknąć zręcznie!“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Gdy z was którą zawoła
„Sama Pani Hrabini,

„Twarz niech będzie wesoła,
„Z uśmiechem usiąść przy niéj.

„Nakłonić ku niéj ucha,
„A gdy przemówi sama,
„Niech każda ze czcią słucha,
„Bo to jest Wielka Dama.

„Synami jéj są oba,
Comte Jerzy i Comte Jean.
„Róbcie, niech was podoba!“ —
„Bien, ma chére Maman!“

— „Gdyby z niższéj młodzieży
„Zaczął do was kto gadać,
„Słuchać, już téż należy,
„Lecz nic nie odpowiadać!

„Ja wnet w pomoc przybędę,
„Skrócić wasz przykry stan,
„I przerwać tę gawędę.“
„Merci, ma chére Maman!“

— „Teraz, nie tracąc pory,
„Niech każda suknię mierzy,
„Bo zapowiadam z góry,
„Jak dwónasta uderzy,

„Tańca już ani kroku.
„Stryj Prałat tego żąda,
„I Hrabini, wiém z boku,
„Krzywo na tych spogląda,

„Co tańcują lub jedzą,
„Gdy post dzwonią już z wieży.
„A chcę, niech ludzie wiedzą,
„Że z was każda w post wierzy.

„Jutro musim téż rano
„Uwinąć się z kościołem.
„Prałat ma mszę czytaną,
,,I sam zawsze popiołem

„Chce posypać swe krewne;
„A od Ksieni Ireny
„Słyszałam, że to pewne
„Lekarstwo na migreny. —

„No! czekać mię w salonie!
„Idę ubierać głowę. —
„Basiu! na ósmą konie,
„Każ, niech będą gotowe!“ —

1847.





WIECZÓR KAWALERSKI.

ZRZĘDA PANA STOLNIKA.



„Cóż pan, Panie Stolniku!
Tak coś dziś w złym humorze?“ —
— „Tak, mój Mości młodziku!
Po Wasaństwa wieczorze.“

—„A! toż bardzom ciekawy!
Z jakiéjże, proszę, racyi?
Czyż nie było zabawy,
Gry, cygar, win, kolacyi?“ —

— „Tfu! to mi to wymówka!
Toć gdy chcę jeść wieczerzę,
A jest w kiesce złotówka,
Wołę zjeść w traktyerze.

„Nie kłaniać się nikomu,
I nikogo nie bawić;
I wróciwszy do domu,
Położyć się, i trawić.

„Lecz gdy ja, w moim wieku,
Mam iść w świat, między ludzi,

Toć szukam tam, co w człeku
Myśl i serce rozbudzi.

„Bym z tego, co mi w uszy
Ten i ów będzie prawić,
Miał i dziś czém żyć w duszy,
I na jutro zostawić.

„A cóż, myślałem, lepiéj.
Jak zabawa młodzieży,
Stare serce pokrzepi,
Stare myśli odświeży?

„Aż tu wszystko, jak widzę,
Wspak do góry nogami!
Myśli moje — to rydze,
Między waszych grzybami.

„I choć głowa już w szronie,
W sercu jeszcze dość żaru,
Iżbym mógł w waszém gronie
Grać rolę samowaru.

„A cóż mi to za młodzi,
Bez świeżości i ciepła?
Cóż ta niwa urodzi,
Co już wiosną tak skrzepła?

„Nié ma nadziei, nié ma! —
Nie dziś żyję na świecie,
Widzę memi oczyma
Pokolenie już trzecie.

„Prawda! każde broiło,
Aż ściągnęło gniew Boży
Ale jeśli źle było,
Toć dziś wszystko jest gorzéj.

„Sięgam pamięcią czasów
Bachusowego szału.
Co trwał u nas od Sasów,
Do końca Trybunału.

„Żal wspomnieć, co iskrzących
Serc, myśli, Bożych darów,
Nakształt gwiazd spadających
Zgasło w głębi puharów!

„Ale był duch, Mosanie!
Było życie i siły;
I w Bachusa rydwanie
Szły lwy — nim się popiły.

„Lecz i wtedy otucha
Z serc wżdy całkiem nie nikła,
Że lew, gdy się rozczucha,
Sam się z sieci wywikła.

„O! i żar tlał w popiele,
Jak pociecha w boleści!
Wiara żyła w Kościele,
Dom strzegł cnoty niewieściéj.

„I dość było, by społem
Ujść zaguby i sromu,

Skruszyć się przed Kościołem,
I wytrzeźwić się w domu.

„Aż zły duch cudzoziemców
Śćmił blask Cnoty i Krzyża,
I jak Bachus od Niemców,
Przyszła Wenus z Paryża.

„O! i wspomnieć ohyda,
Jak drwiąc z wiary i cnoty,
Kraj, niewieściuch z Alcyda,
Prządł sam pętle sromoty!

„Zalotność, zbywszy klubów,
Wsiom szła szczepić jad grodów;
Kościół się, z miejsca ślubów,
Stał przedsionkiem rozwodów.

„Na kupno Pań uścisku,
Na ich zbytek szalony.
Wieśniak znojem ucisku
Musiał skraplać zagony.

„I co bądź przyszło potém,
O! sąd Prawdy straszliwy
Jedno musi rzec o tém:
Że jest Bóg sprawiedliwy!...

„Ale choć tak zepsucie
Gryzło rodzin ogniwa,
Było żywe uczucie,
Była miłość prawdziwa.

„I jeżeli nie cnota,
To choć wdzięków zalety,
Dość, że nie sam brzęk złota
Był urokiem kobiety.

„I tysiące szło w szranki
Na wojnę za–krajową,
By wrócić do kochanki
Z Legią Honorową. —

„A dziś co u Wasaństwa? —
Tak! mniéj sił do swawoli,
Mniéj głów tęgich do pjaństwa,
Mniéj śmiałości w złéj woli.

„Lecz gdzie lepszość, choć w chęci?
Gdzie poprawa? gdzie skrucha?
Co was budzi, lub nęci?
W czém cel serca, lub ducha?

„Mogę wam po szczególe
Co do joty powiedzieć:
Bo dość być w waszém kole,
By to widzieć i wiedzieć.

„Piętno wasze — egoizm.
Cel wasz — chyba bogactwo.
Próżność — to wasz heroizm.
Rozkosz życia — próżniactwo.

„Wszystkich was wziętych razem,
Albo każdego z was,

Wiécie, co jest obrazem? —
Talia kart, i As.

„Przed grą, martwi jak one,
Jak w kopercie zamknięci;
W grze, w nich tylko wcielone,
Grają myśli i chęci.

„As!... O! nie walor asa,
Tylko figura sama! —
Dno — czczość, tabula rasa;
W środku serce — jak plama.

„Całe téż wasze życie,
W znaczeniu rzeczywistém,
Z równałbym wyśmienicie
Z preferansem lub wistem.

„Żyjecie tak, jak gracie:
Jedni, byle czas zabić;
Drudzy, by w swéj intracie
Czyjś grosz jakoś zagrabić.

„Świat wam jest jak stolikiem
Kalebraka początku,
Gdzie każdy naprzód likiem
Śledzi, co ma do wziątku.

„Ludzie dla was — to karty.
Od młódki do figury,

Tyle wam zda się warty,
Ile potrzebny który.

„Żona — to atu Dama.
Serce w równi je stawi,
Skoro posag, lub sama,
Grę wam losu poprawi.

„Czyny wasze na świecie,
To nic więcéj, jak bety.
Ztąd téż wiecznie będziecie,
Jak jesteście — walety.

„Choć z asem w podobieństwie,
Każdy z was, w swéj próżności,
Sadzi się w społeczeństwie
Średnim punktem śród czczości. —

„Mógłbym téż zrównać daléj
Życie wasze z cygaro.
W ustach się tylko pali,
I z ust niknie czczą parą.

„Obecnym tylko swędzi,
Wzrok ćmi dymu kłębami,
I jak dym z oczu pędzi
Łzy litości nad wami.

„O! i łezby nie stało
Na wylanie goryczy,
By tak wszędzie być miało,
Jak jest śród was — paniczy.

„Lecz choć wicher na wodzie
Łódź przez maszty w głąb nurzy,
Dobry balast na spodzie,
Okręt zbawia śród burzy.“ —

DIXI.
1848.





CUDZE GRZECHY,

PRZYPOWIEŚĆ.



Pobożny kapłan spowiadał rzesze,
I sam w pokorze i skrusze,
Ku chwale Boga, a ich pociesze,
Prostował serca i dusze.

Wtém blada, drżąca, z obłędem w oku,
Wpół po pielgrzymsku ubrana,
Z śród penitentek wybiegłszy tłoku,
Ugięła przed nim kolana.

„Wszelki duch!“ — kapłan rzekł mimowoli,
Patrząc w jéj dzikie źrenice;
I pewien ciężkiéj grzechu niedoli.
Jął uspakajać grzesznicę.

— „O! nie téj, ojcze! szukam pociechy,
Nie pod tą myślą się trudzę:
Nie własne moje trapią mię grzechy,
Lecz ach! tém gorzéj — że cudze.

„Wiém bowiem sama drogę do Nieba,
Lecz by i drugich prowadzić,
Co? jak? i kiedy czynić mi trzeba?
Ciebie się przyszłam poradzić.

„Choć to grzech może, że mię tak boli
Ta myśl, że moi kochani,
Gdy Bóg mnie saméj być z Nim dozwoli,
Muszą pozostać w otchłani?“—

— „Hm!“ — mruknął kapłan — i kiedy oko
Badawcze na wskroś ją śledzi,
Znać po nim, że się z myślą głęboką
Do dłuższéj zabrał spowiedzi.

„Piękna chęć, córko! chcieć bliźnich zbawiać,
Komu Bóg na to sił doda.
Lecz któż są, których masz tak poprawiać,
Ty sama jeszcze tak młoda?“ —

— „Papa i mama, siostra i bracia,
Krewni i wszyscy domowi.
Dla których świętość i kontemplacja
Przedmiot zgorszenia stanowi.“ —

— „Tak?“ — rzekł znów kapłan. —„Lecz, moja droga!
Gdy oni tacy bezbożni,
Któż wlał w twą duszę tę miłość Boga,
Co cię dziś od nich tak różni?“ —

— „O! powiém wszystko! — bo to tak błogo,
To tak podnosi mi ducha,

Gdy przecież w świecie napotkam kogo,
Co mię pojmuje i słucha! —

„Zasady piérwsze, jak zwykle dziecku,
Rodzice dali mi w wierze.
Dom cały codzień, po staroświecku,
Razem odmawiał pacierze.

„Lecz cóż ztąd? Byłam, jak wszystkie inne,
Które świat kusi i nęci.
Zabawy, tańce, fraszki dziecinne,
To był cel wszystkich mych chęci.

„Rodzice wszystko czynili dla mnie,
Mogliby zrobić mię próżną.
Lecz miłosierny Bóg wejrzał na mnie,
Zesłał w dom ciotkę nabożną.

„Jéj winnam naprzód, żem czuć zaczęła
Duchowny cel i pożytek;
Aż mię na Wielki Tydzień raz wzięła
Z sobą do Panien Wizytek.

„Tam obaczyłam prawdziwą Świętą,
Ujrzałam, jaką cześć budzi;
I ztąd poczułam chęć, snać natchniętą,
Jak ona wpływać na ludzi.“ —

Kapłan wstrząsł głową: —„Chęci chwalebne!
Lecz czy téż u niéj spytałaś,
Jakie są naprzód cnoty potrzebne.
Aby módz stać się, czem chciałaś?“ —

— „Ot jakoś o to nie przyszło spytać.
Lecz ja z niéj sama wzór brałam.
Zaczęłam książki pobożne czytać,
I bardzo dużo czytałam.

„A w rozmyślaniu ćwicząc mą duszę,
Po myślach długich a długich,
Taką ich czuję pełność, że muszę
Gwałtem rozlewać na drugich.

„I tu początek mego męczeństwa.
Gorszego, niż Missjonarzy;
Bo ciężéj krzywdę znieść od rodzeństwa,
Niż od pogańskich wyspiarzy.

„Papa już w wieku, ma urząd, włości,
Lecz zbyt po ziemsku sumienny,
W nich widząc piérwszy cel powinności,
Zaniedbał pracy zbawiennéj.

„Słyszałam wprawdzie, jak uczy braci
Prawd wiary, cnoty, sumienia;
Lecz przytém zawsze żart z kontemplacji,
Jak z próżniaczego marzenia.

„Mam–że nie boleć, widząc, niestety!
Jak grzeszy, jak się rozprasza?
Czyta naprzykład książki; gazety —
To się rozczula, unasza,

„Nad jakimś wierszem, nad losem ludów!.
Przytém uczynny do zbytku,

Ani ma kiedy, śród ciągłych trudów,
Myśleć o duszy pożytku.

„A gdy ja mówię o prawach ducha,
Jak się podnosi, jak skupia:
To lub się śmieje, albo nie słucha,
Raz nawet fuknał: „Milcz głupia“ —

— „A ty cóż na to?“ — „Zmilczałam skromnie.
Lecz rozważywszy powoli,
Że to o Boga szło, a nie o mnie.
Dostałam jak melancholji.

„Papa się spostrzegł — chciał mię rozbawić,
Potém sprowadził doktora.
Lecz się sam w niczém nie chce poprawić,
A o mnie myśli, żem chora.

„Nie prawdaż, ojcze! że to jest pycha? —
I toć mię trapi najgorzéj.
Bo kto przestrogi Boże odpycha,
Ściągnie nakoniec gniew Boży.

„I biedna mama! — ach! ona może
Jedna mię kiedyś zrozumie! —
Lecz dziś, niestety! jak ojciec w dumie,
Tak błądzi w zbytniéj pokorze.

„Z oczu jéj, z twarzy, widzę, gdy mówię,
Jak chce, by wszyscy słuchali;
Lecz dość niech papa przeciw coś powie,
Prawdy nie szuka już daléj.

„A gdy mię przeto żal nad nią bierze,
I dam to uczuć jéj z rzadka;
Głaszcząc mię, kończy zwykle:„ja wierzę,
„Jak mój mąż, ojciec i matka.“ —

„Nie prawdaż, ojcze! że to grzech przecie,
Ciężki grzech przeciw duchowi,
Chcieć tak zagradzać postęp kobiecie,
Chcieć ją tak poddać mężowi?

„W jedném jéj tylko — przyznać to muszę —
Winnam obronę otwartą:
Że mam czas przecież kształcić mą duszę,
I być Maryą, nie Martą.

„Papa chciał gwałtem, i nawet nieraz
Wyrzuty czynił mi ostre,
Bym się zajęła domem; — lecz teraz
Mama to zdała na siostrę.

„Ale ach! ojcze! w téj to osobie
Mój najdotkliwszy cierń w życiu;
Bo wszystkie grzechy, com zmogła w sobie,
W niéj muszę widzieć w rozwiciu.

„O pięć lat młodsza odemnie — żywa,
Nieszpetna, próżna i płocha,
Goni za światem, i tém szczęśliwa,
Że ją nawzajem świat kocha.

„Byle się tylko podobać komu,
Byle głos zyskać pochwalny,

Wdzięczy się wszystkim — nie tylko w domu,
Lecz lada babie szpitalnéj.

„Wié o każdego chęciach i gustach,
Zgadnie co komu potrzebne;
A zawsze tylko uśmiech na ustach,
A co krok, słówko pochlebne.

„Wstręt bierze słyszeć, jak z papą, z mamą,
Lub jak rozmawia z sługami.
Chciałaby wszystkich — mnie nawet samą....
Ale mnie jednej nie zmami!

„Ze mną swych dumnych celów nie dopnie,
Ze mną się chytrość nie uda! —
Lecz to okropnie, ojcze! okropnie,
Z próżności taka obłuda!

„A co najgorsza, to widzieć ludzi,
Jak są czy ślepi, czy słabi;
Jak lada pozór łatwo ich złudzi,
Lada pochlebstwo przywabi!

„Widzę to codzień, czuję — i cierpię.
Lecz ach! zaczynam czuć trwogę,
Że się cierpliwość w końcu wyczerpie,
I że ja zgrzeszyć téż mogę.

„Na to więc szukam sił i pociechy,
Aż Bóg mi raczy objawić,
Jak mam spokojnie znieść cudze grzechy,
I jak grzeszników poprawić.“ —

Skończyła, — Kapłan wzniósł wzrok ku górze,
I widać z tego spójrzenia,
Że skupia myśli w ducha pokorze,
I z góry czeka natchnienia.

„Córko! — rzekł wreście —, grzeszniśmy wszyscy,
Lecz to wiém jak najdowodniéj,
Że ci, co Boga najbardziej bliscy,
Najmniéj Go czują się godni.

„I że ktokolwiek z nas w oku brata
Lada źdźbło łatwo dostrzega,
Znak to, że jeszcze pokusa świata,
Jak tram, w nim samym zalega.

„Czyż bowiem dusza, jak gospodyni,
Co dom swój urządzić żąda,
Sprzątnie w nim brudy, lub ład uczyni,
Gdy wciąż za okno wygląda? —

—„Cóż to jest? ojcze! Czyż się to do mnie
Ściąga ta twoja przestroga? —
Nikt tak o sobie nie trzyma skromnie,
Nikt tak nie wzdycha do Boga,

„A że i drugich zwrócić ku Niemu,
I prawd im Jego chcę dowieść“ ... —
— „Stój! — przerwał kapłan — “stosowną k’temu,
Powiém ci krótką przypowieść.

„Młodzieńczyk jeden widział, jak słwny
Wódz raz swe wojsko sprawował;

Jak jednym rzutem wzrok jego wprawny
Błędy tysiąców prostował.

„Jak go tysiące ze czcią słuchały,
I jak nikt nie mógł mu sprostać.
Młodzian był dzielny, poczuł chęć chwały,
Wodzem zapragnął też zostać.

„Ale jak mniémasz? czyby mu wprzódy
Król wojska swoje poruczył,
Ażby mu jawne złożył dowody,
Że się być wodzem nauczył?

„I czy mu na to dosyć byłoby
Czytać opisy zwycięztwa.
Gdyby się wzdrygał przejść sam przez próby
Trudów, karności i męztwa?“ —

— „Czyż i to do mnie?“ — „Tak, moja droga!
Poznałaś świętą osobę,
Wysoką duchem, natchnioną z Boga,
Kościoła Jego ozdobę.

„I chwała tobie! gdybyś jéj wzorem,
Gdybyś jéj słowem natchniona,
Ślad w ślad iść za nią jęła jéj torem,
Ażbyś dosięgła, gdzie ona.

„Lecz wprost, od razu, chcieć doskonałość
Przejąć, i k’ sobie stosować.
Jest to — przepraszam może za śmiałość —
Małpować, nie naśladować.

„Lecz jak z przejęcia ludzkiego ruchu
Małpie człowiekiem nie zostać;
Tak nie dość, córko! by uróść w duchu,
Wziąć Świętych mowę i postać.

„Słów, im są świętsze, świat wątpiąc słucha,
Lecz świętéj wierzy zasłudze.
A piérwsza cecha świętości ducha,
Jest znać swe grzechy, nie cudze.

„Ojciec twój, widzę, jest wzorem męża,
Jak matka wzorem kobiety;
Siostra dobrocią serca zwycięża —
Ty jedna błądzisz, niestety!“ —

— „Co? ja, mój ojcze? Przebacz, że tobie
W tém się sprzeciwić odważę.“ —
— „Milcz! Bóg przezemnie mówi w téj dobie.
„Słuchaj, i spełnij co każę.

„Powróć do świętych Panien klasztoru.
Otwórz przed niemi głąb’ ducha;
Proś o ich radę, a ucz się z wzoru,
Co jest pokora i skrucha.

„A gdy tam wnętrzną dojrzejesz próbą,
Przyjdę — i wtedy, gdy spytam,
Lub cię rozgrzeszę — albo nad tobą
Exorcyzm święty przeczytam.

1854.





MARNOTRAWCA.

(MATKA DO SYNA).



„Jak cię zwać — synem, czy wrogiem?
Ty, co w ciągłym żądz twych szale,
Sam w grzech z grzechu brnąc zuchwale,
Mnie waśnisz z ludźmi i z Bogiem,
I w matki duszy niewieściéj
Topisz miecz ciągłéj boleści? —

„Gdzie dom? gdzie skarby? gdzie ziemie?
Co ojciec twój przez wiek długi,
Życiem pracy i zasługi
Nagromadził — by swe plemię
Zostawić w chwale u świata,
Jak sam w niéj przeżył swe lata? —

„Marnotrawco! obacz na co
Tyś je strwonił? Co z nich komu?
Co z nich tobie, okrom sromu?
Kto są, co się z nich bogacą?

Kto są, co o cudzym chlebie
Płaczą po nich — i na ciebie? —

„Nie kłam, nie bluźń, że mię kochasz!
Czy że słowy chełpliwemi
Chcesz mnie sławić przed drugiemi?
Czy że jęczysz sam i szlochasz,
Patrząc na me łzy i smutek,
Twoich szaleństw, grzechów skutek? —

„Gdybyś kochał — toćbyś przecię
Myślał o tém, co mi trzeba;
Toćbyś słuchał mnie i Nieba:
Toćbyś pomniał, że na świecie
Kto chce czci i szczęścia użyć,
Musi na nie wprzód zasłużyć.

„A ty!... O! ty pragniesz obu!
Lecz co czynisz, to wprost k’temu,
By mnie, i sobie samemu
Odjąć wszystko — i do grobu
Mnie i siebie pchnąć czémprędzéj:
Mnie z rozpaczy, siebie z nędzy.

„Co mi po tém, że, niestety,
Widzę, wiém, że nie zła wola,
Tylko płochość i swawola
Ćmią twe cnoty i zalety?
Im ich wartość cenię drożéj,
Tém ich plamę czuję srożéj.

„Lecz się obacz, ukorz szczerze!
I niech twe czyny dowiodą,
Żeś choć raz mądry przed szkodą:
A i ja rada uwierzę,
Że gdyś ty się mógł poprawić,
Bóg cię może błogosławić.” —

1869.





WIARA I WIARA.



Szedł Teolog z prostaczkiem: — napotkali dziecię.
Mdlało z trudu. — Teolog pomyślał tajemnie:
„Bóg jest wszechmocny; wszystkiém Sam rządzi na świecie;
„Toć więc i temu dziecku pomoże bezemnie.“ —
I poszedł. — A prostaczek myśli: „Panie Boże!
„Jaki Ty dobry! Siły ustają dziecięce,
„A Ty mu już i zsyłasz kto je podnieść może.
„Dzięki Ci, żeś mnie wybrał!“ — I wziął je na ręce.

1854.





SĄD I SĄD.



Nazwij Boga ojcem w Niebie,
Idź grzechy obmyć pokutą,
Wyznaj, że nie wierzysz w siebie,
W swój mózg i wolę zepsutą.
Zdejmij czapkę przed kościołem,
Przeżegnaj się — toć i kwita!
Świat napisał nad twém czołem:
„Hipokryta, Jezuita!“ —

Powiédz księdzu Labusiowi,
Że po za progiem świątyni,
Słuchasz nie tylko co mówi,
Ale i patrzysz co czyni.
Rzecz dewotce, że nie dosyć
W ustach pacierz mleć językiem —
To i dość, by cię ogłosić
„Bezbożnikiem, Heretykiem.“

Tak sad Pychy wyuzdanéj,
Jak sąd Pychy w owczéj skórze,
Wciąż, jak kozły lub szatany,
Wręcz się bodą w swéj naturze.
Lecz się nie bój, czysta duszo!
Choć cię wezmą między rogi.
Ich się ostrza wzajem skruszą,
Sąd prawdziwy — w końcu drogi.

1854.





PRAWDOMÓWCA.

I.

A czy ja strzelec, co siedząc z wabikiem,
Na strzał chce zwabić ptaszęta;
Bym wszystkim wkoło, ich własnym językiem,
Wdzięczne prawił komplementa?

Czy ja żyd oszust, co częstując miodkiem,
Liczman chce wydać za złoto;
Bym świat pochlebstwem upajając słodkiém,
Fałsz barwił prawdy pozłotą?

A mnież to na co? Nie widzę pobudek,
Bym jak szpak cudzym piał tonem;
Bym z dudkiem czuba nastrzępiał jak dudek,
Jak gawron krakał z gawronem.

Czy by ich wzajem oskubnąć na pierze?
Czy by czerń za mną latała? —
Kołpak się chyba w pstre pióra ubierze,
A chór gawroni — nie chwała.

Kwituję z tego szczęścia i honoru!
W sidła nikogo nie łowię.
Lepszym, niż jestem, być nie chcę z pozoru,
A jak co myślę, tak mówię.

Źle albo dobrze — toć wolna szermierka,
Byle bez pychy i waśni;
A z słów, jak z mieczów, wypryśnie iskierka,
Co wzajem prawdę rozjaśni.

Lecz znieść nie mogę nikczemnika, który,
Sam prawdy bojąc się słowa,
Tępi ją w drugich udaniem pokory,
Jak miecz poduszka puchowa,



II.

Jak wam dogodzić, Panowie i Panie?
W słowach żądacie niby prawdy tonu;
A niech kto w prawdzie wypowié swe zdanie,
Wnet je mierzycie na skalę salonu.

Toć jeśli zdanie zda się wam być krzywe,
Przeczcie! — w tém ludzka powinność i prawo.
Lecz wy mówicie: „Zdanie jest prawdziwe,
„Lecz je wyraża za żywo, za żwawo.“ —

Przez Boga! jakież więc prawo oznaczy
Ton czucia, myśli, i mowy człowieka? —

Gil, wróbel, słowik, śpiewają inaczéj:
Wezbrany potok nie szumi jak rzeka;

Inszy szmer dębu, modrzewiu, lub brzozy.
A człowiek! — piastun duchowéj swobody!
Miałby być tylko jako dudka z łozy,
Grać wciąż ton jeden z turlecika mody?

I gdy uczucie zapala się w duszy,
Kiedy niém słowa wzbierają się pełne,
Myśleć, jak każde włożyć w wasze uszy,
Jak umoczoną w oliwie bawełnę?... —

O! nie wzywajcież świętéj Prawdy słowa!
O! nie bluźnijcież świętéj Prawdy mianu!
Cel wasz — zabawa, nie Prawda; rozmowa,
Jedno wam tylko, co brzęk fortepianu.

Myśl wasza pragnie łechtania, nie walki,
Hołdów pochlebstwa, a nie Prawdy plonu;
I ludzie tylko muszą was, jak lalki
W szene–katrynce, bawić śród salonu! —

Bawcież się sobie! ja do nóg upadam.
Jam téż syn wieku — Ruszać mi się — nuda;
Spać myślą — rozkosz. Ale gdy już gadam,
Czuję, żem przecież człowiek, a nie duda.





III.

DO MŁODÉJ PANIENKI.

Cóż się tak zżymasz, jako sensitiva,
Gdy słowo prawdy draśnie twoje uszy;
I choć zamilkniesz, twarz twoja odkrywa
Niewymówiony wyraz twojej duszy?

Wiém, że nie taka płytkość w twym rozumie,
Byś miała sądzić, żeś jest doskonałą;
Lecz znieść nie możesz w obrażonéj dumie,
Że cudze oko w głąb’ twą zajrzeć śmiało.

A przykrzéj jeszcze, żeć przez to i saméj
Wschodzą na pamięć — przed czém się rumienisz —
Wschodzą nie jedne, choć drobne rdzy plamy,
Które zmyć łatwo — lecz się zmywać lenisz.

I ztąd ci miléj w salonowym gwarze,
Gdzie sama siebie unikasz w natłoku,
Gdzie ci Pochlebstwo buduje ołtarze,
A Fałsz uwielbia w kadzideł obłoku.

Tam więc idź króluj! tam niech próżność płocha
Zbiera swe laury, swych tryumfów wieńce!
Ten, co raz Prawdę pozna i ukocha,
Nie zna już bożyszcz w mitrze, ni w sukience.

Ale to pomnij! że w duszy kobiecéj,
Z plam, co w nię rzucił grzech pierworodzony,
Co nie wypali wstyd młodéj dziewicy,
Zmyć kiedyś będą musiały — łzy żony.

1854.





WIR STOLIKÓW.

CHRYJA PANA STOLNIKA.

Populus meus in ligno suo interrogavit, et
baculus ejus annunciavit ei. Spiritus enim
fornicationum decepit eos, et fornicati sunt
a Deo suo.

Lud mój pytał się drewna swego, a kij jego
przepowiadał mu. Albowiem duch zwodnictwa
zwiódł je, i odpadli od Boga swego.

(Proroctwo Ozeasza IV. 12). —



„Wszelki duch Boga chwali!
Tośmy się doczekali
Dziwolągów i dziwów na świecie!
Na co teraz mieć głowę,
Kiedy nogi stołowe
Rozumniejsze — niż Doktor w birecie?.

„Ot wam rozum bez wiary!
W pysze nie znał wprzód miary,
Sam się mniemał i głosił być Bogiem.
A dziś, oto w proch czołem
Bije— przed czém?— przed stołem,
Jak poganin przed wieszczym trójnogiem!

„Na głos Boga był głuchy,
A dziś słucha, co duchy
Wystukają, lub same napiszą! —
Aleć dobry duch pewno
Z Nieba nie zejdzie w drewno;
A gdy zły — to cóż odeń posłyszą? —

„Tfu, szatańskie pokusy!
Niegdyś Niemiec nas kusy
Wsadził w błoto, wywiódłszy z Kościoła;
Potém djabeł z Paryża
Wmówił w nas wstręt do Krzyża,
Teraz ołtarz chce robić ze stoła.

„I z chytrego zwyczaju,
Kubek w kubek jak w raju,
Ewy naprzód jął czmucić i nęcić:
„Kręćcie stół, a będziecie
„Wiedzieć wszystko na świecie!“ —
Wiedzieć wszystko — toć choćby kark skręcić! —

„I skręcicie, Mosanie!
Brnąc tak oślep w tumanie,
Co dziś przepaść zakrywa wam zdradną.
Lecz stanąwszy na brzegu,
Nie czas wstrzymać już biegu,
Głąb’ jéj sama pociągnie was na dno. —

„Myślcie o mnie, co chcecie,
Ostrzedz muszę was przecie. —
Toć bywało i za méj pamięci,

Że gdy drużba wesoła
Siądzie obok wkrąg stoła,
Świat, nie stół się nam w oczach zakręci

„I duch, jakby natchnięty,
Ale dobry duch, święty,
Z ust i z serc — nie z pod palców zagada;
Duch serdecznéj szczerości,
Duch braterskiéj miłości,
W spójni z sercem i z duchem sąsiada! —

„Takie wiążcie znów koła!
A z Nieba, nie ze stoła,
Przyjdzie duch i natchnienie wam Boże.
W świetle jego pojmiecie
Bożą prawdę na świecie,
A téj prawdy sam czart nie przemoże.

1854.





ŚWIAT I POETA.



POETA.

Śpiewam, tworzę, bujam, lecę,
W ponadziemski kraj;
Gorę, płonę, błyszczę, świecę,
Świecie, cześć mi daj!

ŚWIAT.

Mam ja orły i puszczyki,
Znam ich różny lot;
Szpaki moje i słowiki
Z różnych pieją nót.

Dyamenty we mnie płoną,
Lecz i próchno lśni:
Z mych wulkanów ognie zioną,
Słońce świeci mi. —

Wskaż mi piérwéj dokąd lecisz,
I chcesz drugich wieść;
Wskaż czém płoniesz, i jak świecisz —
Potém dam ci cześć.

POETA.

Zlepku gliny! o! nie tobie
Sąd nademną dan.
Nie z ciebiem wziął, co mam w sobie.
Jam jest duch — twój pan.

ŚWIAT.

Od kolebki méj wieczysty
Toczą o mnie spór,
Czarnych piekieł tłum ognisty,
I Niebieski chór.

Okaż naprzód, z czyjéj strony
Chcesz i możesz być:
A obaczę, przeświadczony,
Czy cię kląć, czy czcić?

POETA.

Prochu marny! gardzę tobą,
Depcę prawa twe.
Wolny duchem, i sam sobą
Wolno rządzić chcę.

Co mi groźba, zgroza twoja?
Co mi klątwa twa?
One przebrzmią — mnie pieśń moja
Nieśmiertelność da.

ŚWIAT.

Biada tobie! jeśli czujesz
Wieczność pieśni twéj,
A szalony nie pojmujesz
Wiecznych skutków złéj!

Lecz ja pomnę miliony
Owych komet–słońc,
Co swéj chwale nieskończonéj
Zawierzyli śniąc.

Jakie było przebudzenie,
Spytaj u ich dusz!
A sam płoche rozumienie
Z hardéj myśli złóż!

Gdy zaś moje sąd i zdanie
Tak są niczém ci,
Zkąd to dzikie wymaganie
Hołdu mojéj czci?

Tyś nie pan, jam nie twój sługa.
Próżnych słów nie trwoń!
Nie przechwałka, lecz zasługa
Piérwszym szczeblem doń.

Sąd mój temu tylko przyzna,
Temu złoży cześć,
Za kim Ludzkość i Ojczyzna
Przyjdą głos swój wznieść.

Kto wziął ich błogosławieństwo,
Temu pokłon dam.
Zaś na pychę a szaleństwo,
Bonifratrów mam.

1857.





DO EUSTACHEGO HR. TYSZKIEWICZA.



Pracowniku przeszłości! ty, co z grobów nocy,
Z pod kurhanów Litewskich, z pod lodów Północy,
Odgrzebujesz promienie chwały twojéj ziemi,
I sam, w oczach twych ziomków, oświecony niemi,
Zdasz się być jak Czarodziej, co z ziemnych rozłomów
Wydziera skarb zaklęty z mocy ciemnych Gnomów!
Hrabio z rodu, lecz z serca nasz szlachcicu–bracie.!
Nie ja, lecz kraj nasz cały przez mię woła na cię,
Zmiłuj się, jeśli możesz, śród dawnych pamiątek
Znajdź gdzie dla naszych panów, panków, i paniątek,
Jaki z dawnych sekretów, czy snać talizmanów,
Przez które Senatorów syny i Hetmanów,
Gdy ojcowie ich, w pełni potęgi i sławy,
Dzierżyli rzeczywiście laski i buławy:
Zamiast gnuśnieć w próżniactwie, a hardą postacią

Chcieć brać, z zasługi ojców, prym przed szlachtą–bracią,
Sami owszem do pracy kształcąc się od młodu,
Dla pożytku ojczyzny, dla czci swego rodu,
Ci w obradach ziemiańskich, ci w sztuce rycerskiéj,
Dawali przykład mniejszym, w miłości braterskiéj,
I stanąwszy w rząd z nimi, gonili do celów,
Po wieńce wojowników i obywatelów.
A jeśli z nich któremu Bóg mienia użyczył,
Miał je nie na to tylko, by swe skarby liczył,
By je trwonił dla pychy, albo jak Gnom ślepy
Bez użytku w podziemne zakopywał sklepy,
Na tę, chyba z nich korzyść, by sam z podłą trwogą
Drżał ciągle przed wszystkimi, co je wydrzeć mogą.

Że tak dawniéj nie było, proste uczą dzieje.
Lecz ty, co owych dziejów tajnie i koleje
Badasz głębiéj od innych, ty snać wiész, dla czego
Było inaczéj dawniéj, niż dnia dzisiejszego.
A że dnia dzisiejszego inaczéj, niestety!
Któż i w tém sądzić lepiéj może, jeśli nie ty,
Jeżeli nie ów lekarz o Tureckiej dżumie.
Co sam śród niéj żyć musi, a strzedz się jéj umie.

Mów więc, w czém była wyższość paniąt staroświeckich:
Czy w kańczuku ojcowskim? czy w szablach szlacheckich?
W tym, że doma do pracy napędzał młokosa;
W tych, że w świecie hardego przycinały nosa.
I co wnich zaszczepiło jad zgubnéj trucizny:

Czy rozum Niemca–Lutra? czy szał Francuzczyzny?
Ten, że w miejsce pokory, wmówił wiarę w pychę;
Ta, że rozbiła serca na próżności liche.
A nadewszystko powiédz! są–li jeszcze środki,
By jakoś na wzór przodków odkształcić odrodki?
Boć to jest cel dziejowéj, badaczéj mądrości,
Z czasów przeszłych wyciągać naukę przyszłości.

Mów więc! a nie brak jeszcze takich, co ochoczo
Z ufnością i miłością na twój głos poskoczą.
A jeśli Bóg litośny, co szalonych strzeże,
Da wam naprawić ową Babilońską wieżę:
Z okrzesanych jéj gruzów, pod same obłoki
Dźwigniem tobie, Eustachy, obelisk wysoki,
Co na wieki śród naszych tkwić będzie rozłogów.
Cel czci wdzięcznych współziomków, dziw Archeologów.

1844.





DO MARCINKA WIEDZKIEGO.

(Po przeczytaniu powieści J. Korzeniowskiego, „Emeryt“).



Biédny Marcinku! szlachetny Marcinie!
Toć że się w nizkim urodziłeś gminie,
Żeś rósł sierota w nędzy i niedoli:
To choć potęgą twéj myśli i woli
Wzrosłeś do uczuć najwyższych w ludzkości:
Do światła w Prawdzie, do prawdy w Miłości,
Do poświęcenia bez miary i granic. —
Wszystko to tobie nie przyda się na nic.
Jesteś syn gminu — musisz ugrąźć w błocie.
Ale kto z młodu przewala się w złocie,
Kto w marmurowych pałacach się gnieździ,
Kto w pięknym koczu tęgą czwórką jeździ:
Ten — chociaż depcąc świętość czci i czucia,
Tonie aż na dno ziemskiego zepsucia,
Pije aż do dna z kielicha rozpusty,
I z kosterskiemi para się oszusty:
To nic! nie trzeba rozpaczać o panu.
Przez samą ciężkość gatunkową stanu
Wyjdzie on na wierzch — jak pączek z tłustości.

Choć krwawiąc serce niewinnéj miłości,
Igra w zaloty dla płochéj igraszki,
I łamie świętość swych przysiąg: — to fraszki!
Byle był pałac, wioska, i karéta,
Krzywdę kochanki przebaczy kobiéta:
Polor zagładzi szkaradę uczynku.
Lecz ty, syn gminu! — ty biédny Marcinku!
Ty! — choć twa miłość, nie z błyśnienia oczek,
Nie z form wydatnych przez lekki szlafroczek,
Nie z brzmienia głosu wdzięcznego dla ucha,
Lecz wzrosła w tobie z czci wyższego ducha,
I choć ją w każdéj stwierdziłeś potrzebie
Najcięższą z ofiar — zapomnieniem siebie:
Tyś jest syn gminu — wszystko to czcza mara!
Ni taka miłość, ni taka ofiara,
Wznieść i uzacnić nie mogą cię przecię:
Boś ty syn wioski — boś ty gminu dziecię!
O! jeśli prawda, że tak jest na świecie,
Toć — mówiąc twoim — „Ściechurskim“ — wyrazem —
„Niechże go wszyscy djabli porwą razem!“ —
Lecz że i wieszcz to za prawdę obwieszcza.
Kraj i potomność zapytają wieszcza.
Bo on, mistrz słowa, wysoki, promienny,
On, kapłan myśli i prawdy plemiennéj,
I co go naród jak kapłana słucha:
On, wobec Prawny, Sumienia i Ducha,
Winien próbować myśli swoich stróny,
By na ich nótę chór serc nastrojony
Nie zmącił hymnu Nadziei i Wiary:
W Boga, i w ludzkość i w świętość ofiary.

1852.





DO TEODORA TRIPLINA.

(Autora wielu Podróży za granicą, jadącego przez Wilno na zwiedzenie Litwy).



Witaj gościu naszéj ziemi,
Witaj między braćmi twemi,
Witaj śród Jagiełłów grodu!

Ty, któremu Bóg przeznaczył,
Być snać jak okiem narodu,
By niém przejrzał i obaczył
W sercu obcych ziem i ludów,
Śród natury, sztuki cudów,
Źródła ich cnót i zepsucia:
I sam w sobie, obok innych,
Poznał własny skarb uczucia,
Świętość własnych cnót rodzinnych,
Co nie znając, nieobacznie
Poniewierał; lecz gdy zacznie
Znać i cenić: w nich odkryje
To, czém żył — i czém ożyje.

A więc, mistrzu, kończ twe dzieło!
I co serce twe pojęło

Przez tęsknotę — idź z pociechą
Pod Litewską ujrzeć strzechą,
Coś snać widział w Nad–Wiślańskich,
W Nad–Gopłowych, w Pod–Karpatnich:
Na osnowie Chrześcijańskich,
Wspólne wzory uczuć bratnich.

Tam cię spotka w każdym progu
Dawna szczerość i gościnność;
Tam obaczysz ufność w Bogu,
Hartującą serc powinność.
W słowach prostych, jak w strumieniu,
Prawdę myśli dójrzysz na dnie.
A w milczeniu, w uściśnieniu,
Hołd dla ciebie serce zgadnie.

Idź więc, obacz! — i nawzajem,
Dawnych pątników zwyczajem,
Gdy z dalekich miejsc cudownych
Przyszli między spółziemiany,
Rozdaj w słowach im wymownych
Serc i myśli talizmany,
Coby strzegły naszych progów
Od zgubnéj czci cudzych Bogów,
A uczyły znać, co cenne,
Co jest święte — choć codzienne.

Gdy zaś kiedyś, jak uroczy
Obraz ziomkom dasz przed oczy,
Coś gdzie widział w ziemi swojéj:
Niech w nim widok wspólnéj cnoty

Tak ich serca wspólniéj spoi:
Jak rozproszone sieroty,
Patrząc na obraz postaci
Dalekich sióstr swych i braci,
Z wspólnego ich podobieństwa
Żywiéj już muszą czuć w sobie.
I pamięć matki, co w grobie,
I bratnie węzły rodzeństwa.

1856.





DO JÓZEFA KORZENIOWSKIEGO.

(Z okoliczności wyzdrowienia z choroby).



Jeśli nie zła jest niemoc, gdy u jéj wezgłowia
Uczym się cenić sami wartość swego zdrowia;
Toć warto postać nawet nad brzegiem mogiły,
By poznać, jak nasz żywot jest współziomkom miły,
I jak się nasza dla nich miłość albo praca
Wzajemną ich miłością albo czcią odpłaca.

Przykład miałem na tobie. — Gdy o twéj boleści
Trwożące po Warszawie rozniosły się wieści,
A jako cień nad miastem rozpostartéj chmury,
Na każdą skroń myślącą padł smutek ponury:
Widziałem, jak się w twojéj spotykając bramie,
W milczeniu jedni drugim podawali ramię,
I patrzali nawzajem, jakby chcąc wyczytać
Z oczu i z twarzy, o czém nie śmieli zapytać.
I słyszałem pytania: — a sam dźwięk ich głosu
Dość mówił, kto być musi ten, czyjego losu
Szala, ważąc nad grobem dni jego żywota,
Tak razem serca ziomków porywa i miota.

A więc wieszczu nasz drogi! gdy snać wspólne modły
Braci twoich, rodaków, wczas cię nam odwiodły
Od bram, zkąd już nie wrócić: — czyż w obec dowodu
Szczeréj czci i współczucia wdzięcznego narodu,
Masz pomnieć, czém cię zawiść albo złość potwarcza,
Jak każda ziemską wyższość, chce ćmić i obarcza,
Snać tusząc, że z jéj wyżyn, skoro ją zamroczy,
Sama, zamiast jéj, światu wystanie na oczy?

Tak mgła z bagnisk poziomych czepia się gór szczytu. —
Lecz zasługę prawdziwą, jak skałę z granitu,
Lada wiatr, lada promień, oczyszcza z zaćmienia,
I samą mgłę kolo niéj — w łuk tęczy zamienia.

1857 w Warszawie.





DO IGNACEGO CHODŻKI.[35]



Piętnasty już to Dziennik, na pociechę Litwy,
Błękitny lot rozwinął, jak w nim do gonitwy
Wyzwałeś mię na rymy; a jeśli nie skoro
Stawiłem się u szranek: wyznaję z pokorą,
Żem czując ostrz dowcipu, co na mnie uderza,
Krzepił wprzód w ogniu Prawdy hart mego puklerza.

I oto, jużem gotów! — Lecz cóż? nadaremnie!
Czas już ciebie i Prawda zwalczyły bezemnie.
Ciebie, mistrza sofistów! coś wróg i bluźnierca
Romantycznych i pieśni i uniesień serca,
Dziś — jeśli nie zwodnicza pociesza mię fama,
Sam, poczuwszy nakoniec, uczcił pieśń Adama,
A prawdziwéj miłości: ogniem oświecony,
Odprzysiągł zgubnych maxym u stóp — Narzeczonéj.

Zważ więc teraz, gdyś rzeczy obaczył istotę,
Zaliś nie dobrowolną miłował ślepotę,
I czyś słusznie zwał marą, duch, którego władza,
Tak nawet, jak ty, twardych, kruszy i odradza? —

Lecz wiém ja, coć tak długo utrzymując w błędzie,
Raz piérwszy na krzywego wystrychnęło sędzię.
Pojętny uczeń wieku, a wcześnie zaznany
Ze słodkością poetów Tybru i Sekwany,
Gdzie Pegaz na munsztuku ryglowych wędzideł,
Jak struś, do biegu tylko umie użyć skrzydeł;
Gdzie Geniusz, jak dworak, w strzyżonych szpalerach
Spacerujący zwolna w tłumnych Tuillerach,
Z obawy przenikliwéj a szyderczéj zgrai,
Każdą żywszą myśl tłumi, a uczucie tai;
Nie dziw, żeś wnet podobać nie mógł Muzy, która,
Wróżka–dziwotwórczyni, wolnych ludów córa,
To z wiatry na skrzydlatych hippogryfach lata,
To współczuje z ziemiany, to się z duchy brata,
Aż do wyższych ich celów zatęskniwszy z niemi,
Jak kapłanka na grobie, modli się na ziemi.

Ale czemu się dziwię, to, wyznaję szczerze,
Téj dwoistéj a sprzecznéj sądów twoich mierze,
Żeś na pieśń i natchnienie chcąc wtłaczać okucie,
Z najświętszych nawet karbów wyzwalał uczucie,
I ziemskiemu bożyszczu czcze niosąc ofiary,
Bóztwu prawéj Miłości odmawiałeś wiary.

Lecz błąd, co twe jedynie dotąd serce kalił,
Gdy niebieski jéj ogień do rdzeni wypalił,
Patrz! jak pokutującej skroni renegata
Drogi wieniec nagrody własna dłoń jéj splata!

Młodą krasą królowéj kwiatów rowiennica,
A sercem tylko własném piękniejsza od lica,

Co cię przedtém, jak niegdyś Minosowa córa,
Wywiodła z labiryntu błędów Epikura,
Ceniąc szczerość twych ogniów, gorąc niemi zgodnie,
Niezgasłą w nich Hymenu zapala pochodnię.

Oby jéj blask niećmiony, jak smug światła z góry,
Świecił wam w drodze życia przeze mgły i chmury,
Jak dziś serca mojego pomrok rozwesela,
Zwiastując choć jednego szczęście przyjaciela!

Pozwól więc, że tém słodkięm uczuciem przejęty,
Życzeniami zakończę rym sporem zaczęty.
Ale nie! nie chcę tego nieméj zwierzać mowie,
Co chyba serce pojmie, a oko wypowie.
Sam pośpieszę, jak skoro będę mógł pośpieszyć,
I tobie powinszować, i siebie pocieszyć,
A czerpiąc dobrą wróżbę w przyjaciela losie,
„Piękniejszą od Tulczyńskiéj światu śpiewać Zosię.“






DO JÓZEFA RAHOZY.



Błogo, na łonie wieśniaczéj swobody,
Komu, jak tobie, słodki wiek upływa!
Ani cię krwawe mocarzów niezgody,
Ni dźwięk wojennéj trąby ze snu zrywa.
Na kruchéj łodzi, za nieznane wody,
Płynąć nadzieja nie waży się chciwa.
A ten szczęśliwy, kto rad z doli swojéj,
Nic więcéj nie chce, i nic się nie boi.

Każdy dzień nowy, jako kropla miodu,
Płynąc z kielichów zawsze pełnych Czasu,
Dopełnia miary dni twych; a od młodu
Z namiętnościami zwykły do zapasu,
Przebieżonego pamiątka zawodu
Chwili lubego nie truje ci wczasu;
Lecz jak cień przez cię sadzonego drzewa,
Kwitnąc nad skronią, wonny chłód rozlewa.

Tu ci się zdaje Niebo dobroczynne
Swéj nad naturą władzy ustąpiło.
Wszystko ci piękność, wszystko byt swój winne,
Co nadto znikło, co trzeba ożyło.

Na twe skinienie biorąc kształty inne,
Jakby dotknięte czarodziejską siłą,
Zakwitły sady, a nieżyżna niwa
Falami złotéj obfitości pływa,

Oby mi kiedy w pomroce przyszłości
Łaskawszém okiem Fortuna błysnęła!
Dumnych nadziei skromna myśl nie rości,
Chciwość śpiewaczéj duszy nie ujęła.
Ale w objęciach przyjaźni, miłości,
Z tą, co dla ciebie ten mi rym natchnęła,
Twoim podobne wieść bez przerwy chwile:
Józefie! któżby nie zażądał tyle? —

Tak niegdyś w raju nieśmiertelne lata
Płynąć musiały kochankowi Ewy,
Niżli miecz mściwy zawistnego brata
Krwi się niewinnéj sposoczył rozlewy.
Lecz gdy na postrach następnego świata,
Karzące z Niebios wylały się gniewy:
Inny już odtąd wyrok naszéj nędze
Wyryto w twardéj przeznaczenia księdze.

Patrz! oto morze groźną falą bucha,
Szaleją wichry, wrą zdradzieckie wiry;
W porcie przejezdnych czeka łódka krucha.
Jak wątłe żagle! jak niepewne stéry!
Przebyć w niéj morze, jak słaba otucha! —
Życia to wszakże wizerunek szczéry.
U kresu tylu niebezpieczeństw czeka
Spokojność, niegdyś towarzyszka człeka.

Kto skromny w blasku, mężny w niepogody,
Niezłomny w trwodze, wytrwały w cierpieniu:
Ten słodkiéj trudów dopłynie nagrody,
Ten tylko stanie w tém Niebios przedsieniu.
Szczęsny, kto stanął! — Jam w żegludze młody,
Ani o dalszém świadom przeznaczeniu,
Płynę, ku jakiéj wiatr mię pędzi strefie.
Może na zawsze, bywaj zdrów Józefie!

1825.





DO WINCENTEGO J....



Takżeś się to w ochocie pracowania zaciął,
Że niepomny obietnic, ni szczerych przyjaciół,
W chmurach pyłu nad stosem fascykułów zgięty,
Na chwilkę wybiedz z miasta nie raczysz, Wincenty?
Czyż prawo kłamać uczy? — Rokiem może wprzódy
Zdolne zmniejszyć twą winę znalazłbym powody,
Kiedy jeszcze w motylich smakując niestatkach,
Ciągła nowość przy nowych więziła cię kwiatkach.
Dziś trudno wierzyć wieści, co mi o tém głosi.
Gdzież kwiat milszy od róży, dziewica od Zosi?
W blasku jéj spojrzeń skrzydło spłonęło motylka.
Nosił, bracie, wilk owce, ponieśli i wilka.
Lecz przebacz, żem zbyt w sobie zaufany wielce
Zapomniał, że grot czasem zwraca się na strzelce.
Zgoda raczéj, Wincenty! dajmy wzór dla świata,
Jak i w spółzawodniku można kochać brata.

Tak niegdyś przed wiekami, gdy do chlubnéj mety
Rycerze się dziarskiemi gonili dzianety,
Choć każdy chciwy sławy, skromnéj pełen trwogi,
Zdradą obok bieżącym nie krzyżował drogi,

I nieraz prześcigniony, godzien chwały w klęsce,
Z uśmiechem szczęśliwszego winszował zwycięzcę.
Im równie, bądźmy w walce i przyjaźni stali.
Ogień czyści nić złotą, lecz jéj nie przepali.

Gdy téj słodkiéj nadziei nie chcesz kłaść zaprzeczeń
Ziść skutek szczeréj prośby i danych przyrzeczeń,
A na chwilę prawniczéj zabywszy mozoły,
Przyjdź na wsi z przyjacielem spędzić dzień wesoły.

Nie łudź się jednak szumnéj nadzieją biesiady.
W co mój domek bogaty, tém ci będzie rady.
A choć pod wagą sréber stół się w nim nie zgina,
Choć w sklepach od Augustów nie starzeją wina:
Nie trwóż się, godny uczniu Epikura szkoły!
Znajdziesz nie twarde łoże, i nie nagie stoły.
I poeci nie samym wieszczym duchem żyją,
I nie zawsze kastalską tylko wodę piją . . .

Ale cyt! oto właśnie kiedy ten list piszę.
Śpiew północny koguta głuchą przerwał ciszę.
Przyjedź tylko, Wincenty! a zwinna i szparka
Źródło pieśni nadworna wnet mu przetnie Parka.
I w sadach już nieskąpém bogactwem jesieni,
Na wpół zgięta ku ziemi, jabłoń się czerwieni;
I na wysmukłéj gruszy, z pod zieleni wianka,
Hesperyjskim migoce blaskiem sapieżanka.
A jeśli ci i wodni smakują mieszkańce.
Są tu już zdawna w więzach wytuczone brańce,
I szczupak, mocarz stawu, co się braćmi pasie,

I złotouste karpie, i słodkie karasie,
Post pisces, vinum misces, jest starych przysłowie.
Przyjedź tylko, Wincenty! nie ręczę, lecz kto wie,
Gdy sobie nadpotrzebnych wydatków pozwolę,
Czy i szampan na wiwat nie strzeli na stole.

Lecz wiém, że mniéj dla ciała, więcéj chcesz dla duszy.
Mam dla niéj desser, który, jak me serce tuszy,
Najrychléj cię do skutku obietnic zaprosi.
Ten desser składać będą — nowiny o Zosi.
O wszystkich się z ust moich dowiesz najdowodniéj,
Trzecie słońce nie zgasło, jakem wrócił od niéj.
Spiesz więc, nim jeszcze żywo w myślach mych przytomne.
Jeśli nie — to o wszystkich dla ciebie zapomnę.
A nawet przed nią samą w końcu wyjdzie na to,
Żeś z wiernego czciciela, stał się apostatą.

1825.





INWITACYA

DO PRZYJACIÓŁ.



Febus utonął w słocie; dzień mgłami nawisły
Żądne blasku sennością poobciążał zmysły.
Nie czas dziś, ni ochota, krokiem uciekanym
Biedz, a troski oddawać wiatrom napotkanym;
Ani rzecz z próżném sercem narzucać się komu,
Jak z worem na pociechę, co dla się ma w domu.

Więc jak ptak, nim z piór jego deszcze się olały,
Tuląc się w ciemnym kątku, siedzę przez dzień cały,
Czekając, aże Hesper nawlókłszy ciemnice,
Weźmie oczom niemiłą pogody różnicę,
A wy, jasne naszego Parnasu Tryony,
Z Astronomem wzejdziecie na mój próg uczczony,
Aby jako gwiazd owych nieśmiertelném graniem,
Duch się mój rozradował waszém rozmawianiem.

Izbo moja! o! gdyby mógł twój mur niemiecki
Wyrozumieć, co powié Mickiewicz, Gorecki,
Co Garczyński, Domejko! a słów tych wspomnienie
Osadził, jako perły, między swe kamienie:

Nierazby tu potomne polskie pisorymy
Przychodziły, jak owe pobożne pielgrzymy
Do pieczar, gdzie przed wieki mieszkali prorocy,
Natchnień ich tajemniczéj zasięgać pomocy,
I rzekliby: „Szczęśliwy był gospodarz, komu
Tacy gośćmi, i tacy przyjaciółmi w domu!“ —

I Gospodarz sam to czuje, i gdy łaska wasza,
Na war z chińskiego liścia uprzejmie zaprasza.

1832 w Dreznie.





OKOLNIK DO SĄSIADÓW.



Któż z nas nie kocha Pana Mateusza?
W kim się weseléj nie uśmiechnie dusza,
Kto, zapomniawszy o dziennych kłopotach,
Gdy go przez okno obaczy we wrotach,
Nie krzyknie wesół: „Pan Mateusz jedzie!
„Proś duszko, żeby został na obiedzie!?“
Któraż z żon, słysząc ten głos gospodarza,
Nie skoczy sama zawołać kucharza,
Jeśli ją z krzykiem nie uprzedzą dzieci,
I coś smacznego dodać nie zaleci?
I któryż nawet kucharz nie jest gotów
Robić, nie mrucząc na wielość kłopotów?

Bo Pan Mateusz jest wszystkich kochanek.
Ledwie zajechał i wysiadł na ganek,
Już śmiechy, żarty, i wesołe fraszki,
Lecą w ślad za nim z jego karafaszki:
Dom się ich gwarem napełnia wesoły,
Jak ul, gdy po nim rozlecą się pszczoły.

Cóż gdy, jak w naszéj nie nowość parafji,
Jaka sąsiedzka biesiadka się trafi,

A młodsi nawet, nad wistem jak kruki,
Siedzą dzień cały, i milczą jak mruki:
Któż, jeśli nié ma Pana Mateusza,
Biedne panienki do tańca rozrusza,
I nawet w braku muzykantów z Krewa,
Uda basetlę, i altem zaśpiewa,
Lub w Wielkim Poście, gdy taniec przeciwny,
Zaintonuje; „Ogrodzie oliwny!?“
Kto poncz tak wszystkim do gustu przyprawi?
Kto gospodarzy tak wdzięcznie wysławi,
Gdy przy wieczerzy, w patetycznéj mowie,
Zachęci gości wychylić ich zdrowie?
Kto wszystkim zgoła przypomni, że przecie
Dawna wesołość jest jeszcze na świecie,
I gdy już damy kładą szuby lisie,
W sieniach im jeszcze huknie: „kochajmy się.?“
Kto, prócz naszego Pana Mateusza? —

Lecz Pan Mateusz z domu się nie rusza.
Próżno go czekać będziecie, sąsiedzi!
Ja wam opowiém, dla czego tak siedzi.
Lecz wy nie ścierpcie, by się długo smucił,
Kto wam tylekroć smutne chwile skrócił.

Pomnicie pewno ekwipaż ów znany,
W którym przyjeżdżał gość wasz pożądany:
Tę karafaszkę z rzniętemi ozdoby,
Jak raz dla jego jednego osoby,
(Choć w niéj trzem drugim dość miejsca byłoby),
I w któréj przeto, od Trab po Zabrzezie,
Sam się, gdzie może, incognito wiezie?

Pomnicie tego dziarskiego kasztana,
Co ztąd, że swego przywoził wam pana,
Tak był wam wszystkim znajomy i miły,
Że dzieci wasze chlebem go karmiły,
A pan, z radością widząc te pieszczoty,
Liczył wam jego zalety i cnoty,
Z których najpiérwsza, jakeście słyszeli,
Że go darował przyjaciel Marceli?

Owoż słuchajcie, sąsiedzi szanowni!
Ta karafaszka jest dotąd w wozowni.
Ale kasztanek — pożal się go Boże!
Cygan gdzieś na nim wywija dziś może! —

Bo dnia jednego, gdy jako zwyczajnie
Pan jego z rana odwiedzić szedł stajnię,
Ujrzał — wystawcie, co uczuł w téj dobie! —
Uzdeczkę tylko wiszącą przy żłobie,
I choć ślad świeży znać było po błoni,
Nié miał już na czém przedsiębrać pogoni,

Odtąd się jego zasmuciła dusza,
Odtąd nie widzim Pana Mateusza,
I nie zobaczym, aż w dawnym zaprzągu
Nie stanie nowy rumak do pociągu,
Siłą przynajmniéj podobny z kasztanem,
Aby mógł ruszyć karafaszkę z panem.

Lecz dajmy nawet, kochani sąsiedzi!
Że i piechotą was czasem odwiedzi,
Zważcie, jak smutny sprawi na was skutek,

Patrzeć na Pana Mateusza smutek,
I z tych ust, z których, jak z żywéj krynicy,
Płynął zdrój pociech całéj okolicy,
Słyszeć dziś tylko skargi i westchnienia? —

Lecz słyszę, zda się, wasze zagadnienia:
„Jakiż jest środek jego pocieszenia?“

Otóż pozwólcie, sąsiedzi szanowni!
Bym rzekł, co mi się zdaje najstosowniéj.

Znane wam serce Pana Mateusza,
Jak łatwo każde uczucie je wzrusza,
Jak dla przyjaciół rad do poświęcenia,
Wzajem dowody przyjaźni ocenia.
I ów kasztanek — czém był mu tak miły?
Czy że tak kształtny? czy że pełen siły?
Nie! — lecz, jakeście to wyżéj widzieli,
Że go darował przyjaciel Marceli.
I ztąd ta strata tak żal jego draźni,
Że stracił w koniu pamiątkę przyjaźni.
Koń za pieniądze łatwo się nagodzi,
Ale pamiątkę kto sercu nagrodzi?

Kto? My, sąsiedzi! — Koń ten był dla niego
Darem przyjaźni — lecz tylko jednego;
My wszyscy razem kupmy dlań nowego.
Uczyńmy składkę — a ta mu dowiedzie,
Że przyjaciela ma w każdym sąsiedzie. —
Dowód przyjaźni dumy nie obrusza,
Lecz nim szlachetna pociesza się dusza. —
Daj więc, kto kochasz Pana Mateusza!

1840.





DO A. F. ADAMOWICZA.

DOKTORA MEDYCYNY, b. PROFESSORA UNIW. WILEŃ.

(Przy posłaniu fotelu).



Większą część życia, o! mój przyjacielu!
Jużeśmy przeszli; i czas niedaleki,
Że już nam tylko, siadłszy na fotelu,
Gwarzyć i marzyć — nim zaśniem na wieki.

O! i szczęśliwy! komu Niebo zdarzy,
Że wiek swój prostą przebiegłszy koleją,
Z pociechą w sercu o przeszłości marzy,
I w przyszłość patrzy z spokojną nadzieją!

I któż nad ciebie, do jednéj i drugiéj
Lepszemi może pochlubić się prawy?
Ty, co przez pracę tylko do zasługi,
A przez zasługę doszedłeś do sławy!

Bo prac twych wszystkich, w nauce i w czynie,
Pożytek kraju był bodźcem i celem:
Boś ich nagrody w tém szukał jedynie,
Żeś przez nie bliźnich był pocieszycielem.

To téż posłuchaj, jak szerokie echo
Serc pocieszonych, hołd dzięków ci płaci!
A cóż jest życia najdroższą pociechą,
Jeśli nie miłość i szacunek braci?

A cóż pewniejszą rękojmią przyszłości,
Jeśli nie przeszłość — kto jéj dobrze użył;
Kto dar od Boga wzięty, dla ludzkości
Niósł na ofiarę, i w niéj Bogu służył? —

Marz więc i patrzaj, spocząwszy u celu,
W przeszłość z pociechą, w przyszłość bez bojaźni!
A wspominając twych przyjaciół wielu,
Byś téż i o mnie wspomniał, przyjacielu!
Przyjm ten tron marzeń — pamiątkę przyjaźni.

1850.





DO MICHAŁA KĄTKOWSKIEGO.



Nie wszystko wszystkim, Panie Michale!
Nie do wszystkiego wszyscy, jako ty,
Co jak stos Wolty wszelkie metale,
Amalgamujesz różne przymioty.

Znać, że cię, darząc hojna natura
Wszystkoć Rachunkiem dała Podwójnym.[36]
W myśli i we krwi żywość Mazura,
Obok z Litwina sercem spokojném.

Wzór kassyerow, mistrz kontrolerów,
Maxym mądrości zbieracz poważny;
Galant z damami, bon vivant z nami,
Pod ogniem armat żołnierz odważny,

I oto nagle sławny gospodarz! —
W domu, w apteczce, sam jak kobieta;

W gorzelni chemik, na polu włodarz,
A przy tém wszystkiém autor, poeta!

I dziwy dziwów! w tece, w szkatule,
Plon w równej mierze rośnie ci razem;
I gdy Fortunę gonisz na Mule,[37]
Po laur Parnasu śmigasz Pegazem.

Jak ci nie zajrzeć? mnie zwłaszcza, który,
Pokusą twoją zwabion na wędę,
Chcąc jak ty wstąpić w podwójne tory,
Fermę skarbową wziąłem w arendę.

Nadzieja wprawdzie była dwojaka,
I cel dwoisty nęcił mię razem;
Własném swém sianem karmić stępaka,
I mieć gdzie na wsi bujać Pegazem.

Lecz ach! niestety! zdrajca ekonom,
Tak mię kłopotał, tak znudził wreście,
Iż by ujść tylko jego andronom,
W kanikuł nawet siedziałem w mieście.

A on tam wszystko mierzył w pół miary,
Faktor ostatki przedał w pół ceny,
Sianożęć całkiem spaśli huzary,
A troski całkiem zbiły mię z weny.

Tak, że nie tylko Pegaz mój w sobie
Bez duchowego obroku sechnie,

Lecz i mój rumak, przy pustym żłobie,
Najniezawodniéj téj zimy zdechnie.

To jest — jeżeli i cnót podwójność
W sercu się twojém nie będzie gnieździć,
I Oszczędności nie każe Hojność
Wziąć go na przechów — ale nie jeździć!

Bo wiedz, że koń ten z moim Pegazem
Są jak Siamskie rodzeństwo bliźnie;
Jeśli ten zdechnie, to i ten razem
Pójdzie na Styxu paść się płaszczyźnie.

A jedź, pogadaj z Ambrożewiczem,
Boś sam na sobie nie doznał — co to
Jest, przed zoilów swoich obliczem,
W drodze do sławy zostać piechotą! —

1852.





DO MICHAŁA BALIŃSKIEGO.

MADRYGAŁ.



Héj! stary Pegazie! raz jeszcze, dopóki
Będziesz skrzydła i nogi podźwigał,
Daj susa z kopyta, a pokaż twe sztuki,
Z Parnasu uszczknijmy madrygał!

A w tym madrygale,
Cny Panie Michale!
Ku czci twéj a chwale.
Chcę w ziomków chorale
I ja téż głos mój wznieść.
Boć to jest dział pieśni,
Z pomroku a cieśni
Wynosić na dzienne,
Na światło promienne,
Ludzi i zasług cześć. —

Lecz gdzieżby, synu Klii!
Był taki nieuk, w czyjéj
Myśliby już nie brzmiała
Imienia twego chwała?

Kto nie wié twéj zasługi,
Żeś, jak Twardowski drugi,
(Tylko że nie przez czary),
Wskrzesił nam duch Barbary?

Że jako wódz duchowy
Do świętéj Częstochowy,
Przodkujesz każdéj rzeszy
Pielgrzymów, co tam śpieszy?

I że od Macedona,
Aż do Napoleona,
Żaden z bożków zniszczenia
Tyle miast nie rozwalił.
Ileś ty ich ocalił
Z otchłani zapomnienia?[38]

O tém wié Polska cała. —
Lecz wiész, co mi się zdaje?
Że ci więcéj ta chwała
Odejmuje, niż daje. —

Bo któż nie myśli, gdy ciebie czyta,
Że ten Pan Michał, taki uczony,
Taki Antykwarz i Erudyta,
Musi być mędrzec zatabaczony:
Co wciąż, jak w todze, stąpa z partesów,
Co marszcząc czoło, wznosząc powiekę,
Każdy z swych mądrych, górnych frazesów.
Zaczyna pewnie od „iż tak rzekę“?...

Dzięki za łaskę! piękna mi sława!
Gwałtem ci biret sadzić na skronie,
Gdy całe Wilno, cała Warszawa,
Zna cię najmilszym gościem w salonie!
Gościem, któremu starzy i młodzi,
Mądrzy i prości, panny i panie,
Z krzykiem radości, gdzie tylko wchodzi,
Serca podają na powitanie.
A w nim, jak z śnieżnym włosem twarz młoda,
Tak z dojrzałaścią zapał młodzieńczy,
Tak z uczonością myśli pogoda,
Łączą się wzajem, jak barwy w tęczy.
A gdzie ta tęcza błyśnie śród gości,
Wszystkich rozjaśnia blask jéj odbicia;
I jak twém piórem dzieje przeszłości,
Tak słowem żywych budzisz do życia! —

Lecz ktoby już myślał, cny Panie Michale!
Że tu jest twych zalet limita;
To ja mu wręcz mówię, że myli się wcale —
A w czém? — niechaj u mnie zapyta.
A ja mu odpowiem: że jeśli pisarza
Równego mu łacniej znajdziecie;
Jeżeli gość taki choć czasem się zdarza;
Toć pewnie takiego, jak on, gospodarza
Nie było, i nie ma na świecie!

Ale nie ten gospodarz,
Co jak ciwun lub włodarz,
Wciąż po błocie, po słocie,
Z kijem, w szaréj kapocie,

Z pękiem kluczów za pasem,
Z ciągłym fukiem, hałasem,
Z kąta w kąt dybiąc gdera.

Nie ten gospodarz sknera,
Co przeto, że skarb zbiera,
I jak gryf na nim siedzi,
Sławią go wprzód sąsiedzi,
Myśląc, że coś w potrzebie
Wypochlebią dla siebie;
Aż w końcu, zawiedzeni
A affektach do kieszeni,
Zaczną, z kolei swojéj,
Lżyć go, na czém świat stoi.

Nie ten gospodarz wreście,
Co i na wsi, jak w mieście,
Sadząc się na przepychy,
Sam istny bałwan pychy,
Chce i dom swój, przez zbytek,
Zmienić jak w jéj przybytek,
By przyjmować — nie gości,
Lecz hołd dla swej wielkości;
Aż zostanie zaczasem,
Istnym królem Midasem,
Między sprzęty złotemi,
Sam — z uszami nie swemi.

Lecz zkąd mi te myśli o szlachtach–ciwunach,
O sknerach, o panach–bałwanach? —
Nie taki Pan Michał gospodarz w Jaszunach!

Wart słynąć nie tylko na lutni méj strónach,
Lecz na całéj Litwy organach!

Boć skarb to jest wspólny, skarb droższy od innych
Skarb ducha narodu i kraju:
Dom, arka, przybytek, cnót starych, rodzinnych,
I uczuć braterskich, i podań gościnnych,
I nowego wzór obyczaju.

Zaprawdę, o ile ku temu niewieści
I rozum i wdzięk się przykłada:
Madrygał mój musi odstąpić od treści,
I u stóp téż Pani Jaszuńskiéj hołd cześci,
I córom jéj równyż hołd składa.

Lecz Pana Michała wysławić zalety
Jest cel madrygału. — O! Febie!
Ty, co sam twym blaskiem malujesz portrety!
Cóż malarz lepszego ma być od poety?
Poetę téż wspomóż w potrzebie!

Dzień jeden daj tylko opisać najprościéj,
Jak stokroć w Jaszunach się zdarza,
A wtedy — Cóż wtedy? Tém większy tłum gości
Najeżdżać je zacznie — aż z wielkiéj miłości,
Jak to mówią, zjé gospodarza.

A nam co? — A! prawda! — A zatém, niech na tém
Madrygał mój koniec swój bierze;
A służy świadectwem przed tobą i światem,
Cny Panie Michale! że sługą i bratem
Twym jestem, serdecznie i szczerze.

1854.





DO KAZIMIERZA WŁ. WÓJCICKIEGO.

(Z OKOLICZNOŚCI).



Drogi panie Kazimierzu!
Na jakim to czasomierzu
Obliczyłeś, że już pora,
Nadać mi imię Nestora?

Czyż to cię wiek tak przygniata,
Że choć młodszy o dwa lata,
Tak się już staruszkiem czujesz,
Że i mnie nim tytułujesz?

Bóg ci zapłać! boć ja wierzę,
Że sam czując, myślisz szczerze,
Że siwizna, w oczach synów,
To rodzaj ojca wawrzynów.

Że młodzian dzielny, a warty
Być synem Romy czy Sparty,

Czcząc w starszych przeszłość, z kolei
Czci przyszłość własnych nadziei.

Lecz cyt! bo dziś ta myśl dzika,
Gorzéj niż wszelka metryka,
Zdradzi wnet w obec każdego,
Żeś stary — więc do niczego.

Bo gdy tak było, toć chyba
Za króla ćwieczka, czy Grzyba,
Nie dziś, gdy postęp wyraźny
Jeździ po drodze żelaznéj.

Na co dziś komu wiek długi
Do nauki, czy zasługi,
Kiedy to wszystko dla młodzi
Samo z natchnienia przychodzi?

I kiedy z ust jéj moc ducha,
Jak para, w słowach wybucha,
Stary pielgrzymie! co żywo
Zmykaj przed lokomotywą! —

A więc zmiłuj się, kolego!
Nim chyba sami dostrzegą,
Nie popisuj się przed nikiém
Z przybywającym krzyżykiem!

Boć to jest jednak okropnie,
Gdy się człek tego doczeka,
Że Piękność przed nim ucieka,
A lada Młodość go kopnie!

1869.





MÓJ KARDYNAŁ.

ŻARCIK Z OKOLICZNOŚCI, W IMIONNIKU

MARCELINY ŁEMPICKIÉJ.



Każdy człowiek musi przecie
Mieć cel dumy na tym świecie.
Otóż moja duma cała,
Moje szczęście, moja chwała,
Mieć patronem Kardynała.

Wiécież kto jest mój Kardynał? —
Ni Watykan, ni Kwirynał,
Nie ozdobił go sygnetem,
Nie przyodział fioletem,
Nie opasał paliuszem,
Nie uwieńczył kapeluszem.

Lecz Ten, który róży wdzięki,
Lecz Ten, który twarz jutrzenki,
Lecz Ten, który w głębi fali
Umalował pierś korali,
Tego dłoń w szkarłat odziała
Lice mego Kardynała.

Choć on dla ludu pocieszeń,
Błogosławieństw ni rozgrzeszeń
Nie rozdziela na wsze strony:
Kto go zna — błogosławiony!
Sam jego wzrok i uśmiechy
Wypędzają z myśli grzechy.
I choć na nóżce, święcony
Nie lśni trzewiczek czerwony,
W każdym wiernym żądza pała
Klęknąć u stóp Kardynała.

Mój Kardynał miejsc nie bierze
W Kapitule, ni w Kamerze,
Ni śród Watykańskich chorów
Nie śpiewa mszy, ni nieszporów.
Kapitułę jego składa
Jasnych Serafów gromada.
W ich on chórze nieustanne
Nócił hymny i hozannę,
Nim go Święty Ojciec świata
Posłał do nas za Legata,
By na ziemi mój Kardynał
Ludziom Niebo przypominał.

O! gdybyż on chciał, jak może,
Umieścić mię na swym dworze,
W jakimkolwiekbądź honorze,
Byle nie daleko siebie:
Byłbym już jak gdyby w Niebie!

Bo choć on, jak życzę, będzie
Sto lat bawił na urzędzie;

Ja zaś wkrótce, jak snać muszę,
Kuryerem w podróż ruszę;
Ale nim się przez komorę
Z pakiem grzechów mych przebiorę;
Nim odbędę przepisany
Czas czyscowéj kwarantanny;
Może da Bóg, że u bramy
Rajskiéj, w sam czas się spotkamy.
Wtenczas, choć tam tłok niezmierny,
Choćby surowy odźwierny,
Święty Piotr, czy Święty Michał,
Po sto razy mię odpychał:
Pójdę naprzód z sercem śmiałém,
Tuż za moim Kardynałem.
Raj mię pewno nie ominie!

Ol widziałem ja w Syxtynie,[39]
Nikt tym wejścia nie zagrodził,
Kto za Kardynałem wchodził.

Ztąd więc moja duma cała,
Moje szczęście, moja chwała,
Mieć patronem Kardynała! —

1830, w Rzymie.





ODJAZD Z RZYMU.

WIERSZ POŚWIĘCONY

HENRYECIE–EWIE ANKWICZÓWNIE
I
MARCELINIE ŁEMPICKIÉJ.



Jedźmy! cóż nada rozstanie przewłóczyć?
Jedźmy! pierś w Rzymską uzbroiwszy stałość.
Gdzież, gdy nie w Rzymie, potrzeba się uczyć
Jak zrzec się szczęścia, i pokonać żałość?

Jedźmy! — lecz jeszcze zwróćmy raz oczyma! —
Widzę cię, Rzymie! i żegnam na wieki!
Żegnam ostatnią modlitwą pielgrzyma,
Gdy z twoich świątyń wraca w kraj daleki.

Żegnam ostatniém spojrzeniem malarza,
Gdy płonąc żądzą twoich mistrzów chwały,
Z głazów i płócien twych, w duszę swą wraża
Tchnące w nich ludzi i bóstw ideały.

Żegnam ostatniém wieszcza zadumaniem,
Kiedy ku przyszłéj pieśni swych ozdobie,
Troskliwą myślą zbiera przed rozstaniem
Wszystko co widział, czuł, i myślał w tobie!

Miasto! dość wspomnieć twoje święte imię,
Czyjeż wnet serce żywiéj nie uderzy? —
Jako świat niegdyś do ciebie, o! Rzymie!
Chwała twych wspomnień do świata należy.

Z nią naprzód serce zaręcza młodzieniec,
Kraj i swobodę gdy kochać zaczyna;
Tu myśl poety ulata po wieniec,
Po palmę Niebios duch Chrześcijanina.

Któż nie zapragnął, dawnych świadom czynów,
Nad twoją o nich podumać ruiną?
Lub cię z nadludzkich cnót i dzieł twych synów
Nadziemską jakąś nie mniemał krainą? —

Nie inny urok na współczesnych ludzi
Wieszcz lub zwycięzca zwykł rzucać zdaleka.
W kim–że szlachetnéj zawiści nie wzbudzi,
Kto zblizka poznał wielkiego człowieka:

I o natrętnéj zapomniawszy chwale
Przyjazne serce ku niemu ośmielił.
Na łonie jego myślał poufale,
Czuł jego czuciem, i swoje z nim dzielił? —

Szczęsny! kto błądząc po twych, Rzymie, szczątkach,
Z grobu olbrzyma, dawny wzrost ocenia:

I po twych polach, i po twych pamiątkach,
Jak bluszcz, swe skromne rozciągnął wspomnienia!

Ileż miejsc, których świat imiona święci
W poważnéj chwale czynów uroczystych,
Na wieki w sercu mojém i pamięci
Podzielać będzie urok pól ojczystych?

Tu syn Północy, z dziecka zachwyceniem,
Nowéj natury obaczyłem dzieła:
Tu, upojona innych niebios tchnieniem,
Nowy świat uczuć moja pierś objęła.

Śród nowych wspomnień, śród obrazów nowych.
Nowością wrażeń dusza odmłodniała,
Jak gdyby w wieniec kwiatów południowych,
W nowe się myśli z uśmiechem ubrała!... —

Wspomnienia! po cóż stawacie przedemną?
Wdzięk wasz smutkowi rozstania urąga. —
Żegnam cię, Rzymie! — Już zasłoną ciemną
Mgła błękitnawa twój obraz zaciąga.

Nic już w niéj oko rozeznać nie zdoła.
Krzyż Watykański lśni tylko na niebie,
Jak przeżegnanie ostatnie Kościoła,
Dla tych, co z żalem patrzą po za siebie.

Znikłeś! — a przestrzeń co chwila rosnąca,
Że dzieli wiecznie, wiém ja to i czuję.
Lecz nieraz jeszcze, nieraz myśl tęskniąca
Ojczyste tobą pola zabuduje!...





Wy, co mię wiodąc po Rzymu ruinach,
Ziomki urocze, jak kraju wspomnienia!
O Rzymskiéj chwale, i o Rzymskich czynach.
Jak z ksiąg Sybilli, uczyły z kamienia:

Znacie te róże rozwisłe wieńcami,
Po Cezarskiego niegdyś gmachu szczątkach?
Jako te róże, chwile, com żył z wami.
Kwitnąć mi będą na Rzymu pamiątkach.

1830, w Rzymie.





ŻNIWIARZE RZYMSCY.

(OBRAZ L. ROBERTA).



Minął czas, kiedy zwycięzki Rzymianin,
Legii swoich świat czyniąc obozem,
Plon krwawych bitew i hołdownych danin
Wiózł, tłumy jeńców prowadząc za wozem.

Rzymskiego ludu potęgą dziś — praca,
Plonem i jeńcem — snop zżęty na polu.
A jednak, patrzaj! gdy od żniwa wraca,
Rzekłbyś, zwycięzca w bramy Kapitolu.

Łachman, jak togę, zarzucił na ramię,
Skroń okrył wieńcem z latorośli winnéj,
I w twarzy jeszcze starożytne znamię
Mocy, godności, i dumy rodzinnéj.

Kształtem do bożka podobny posągu,
Otoczon gronem wesołych żniwiarzy,
Przy głośnym brzęku łańcuchów zaprzągu,
On nie o żniwie — o tryumfie marzy.

I tych to marzeń siła tajemnicza,
Że choć z dusz Rzymskie czucia uleciały,
Lud Rzymski dotąd, z postawy, z oblicza,
Jest jak nagrobny posąg Rzymskiéj chwały.

1830, w Rzymie.





MORZE.



Morze! zwierciadło czarodziejstw natury!
Ty niebo ziemskie! równych pełne cudów,
I niezbadane, jak te, co u góry!
Podziwie, grozo, dobrodziejstwo ludów!

Czy w walce z burzą, kiedy się rozdąsasz,
Do gwiazd się wściekasz pianą twych bałwanów,
Bijąc o brzegi, ląd na osi wstrząsasz,
I potop ognia wypychasz z wulkanów:

Czy gdy zwycięzkim zmordowane gniewem,
Zwierciadłem do dna staną twe głębiny,
Lub gną się w cienie, pod lekkim powiewem,
Jak miękki atłas na piersiach dziewczyny:

Wielki, potężny, uroczy żywiole!
Bóg snać żywego natchnął w ciebie ducha,
Wszystkie twe ruchy zdał na twoję wolę,
A ta głębokiéj myśli twojéj słucha.

Dziwy twych skarbów i żyjących tworów
Ty samo stwarzasz w tajemnicy na dnie;

Wzrostu ich, życia, ich celów, ich torów,
Słońce, nie widzi — czyż człowiek je zgadnie? —

O! jak mi lubo! gdy nad twoją wodą,
Czy nasrożona, wesoła, czy cicha,
Świeżością głębi i fali swobodą
I pierś, i dusza z rozkoszą oddycha!

Myśl uskrzydlona wesołością ryby.
Szybuje w nurtach szmaragdowéj fali,
I widzi wkoło, przez kropliste szyby:
Tu góry muszli, tam lasy korali.

W cieniu skał stoją wielorybów trzody,
Ćma ryb barwistych miga w błyskawice,
Po dnie olbrzymie chodzą dziworody,
Z grot srebrnym wirem buchają krynice.

A w głębi groty, pod konchy sklepieniem,
Do pasa w wodzie, kąpie się dziewica:
Woła mię ręką, ośmiela spójrzeniem,
Słodyczą nęci, pięknością zachwyca;

Płoni się, wzdycha, uśmiecha się, śpiewa! —
Zadrżałem, słucham, wzrok ogniem się pali:
Mdłość się rozkoszna po sercu rozlewa...
To śpiew Syreny?... to szum morskiéj fali! —

1830, w Neapolu.





NA OBRAZ MORSKI.

„PRZEMYCACZE.“



Na okręt zyskowny, nad morzem, w ukyciu,
Mąż, starzec, i młodzian, czekają zarazem.
O! jak ich czekanie podobne jest życiu,
Jak każdy jest wieku swojego obrazem!

Wie starzec, że próżne rachuby człowieka,
Nauczył się żyjąc, jak znosić trosk brzemię;
Więc zdał się na losy: — nie patrzy, nie czeka,
Wytrwaniu, nie szczęściu, zaufał — i drzemie.

Lecz insza, gdy siłą wre pełna pierś męża,
A losem, jak morzem, zawładnąć nie może;
Patrz! wolą swą tylko gniew pychy zwycięża,
I jako na wroga, spogląda na morze.

Szczęśliwy młodzieniec! on jeden z ufaniem
Ugląda swéj nawy w błękitach przestrzeni;
Nie trwoży się zwloką, nie nudzi czekaniem:
Bo każdy huk fali, on dział jéj strzelaniem,
Bo każdy wał biały, on żaglem jéj mieni.

1830.





WALKA BYKÓW.

W HISZPANII.

WYJĄTEK Z PIEŚNI PIÉRWSZEJ PIELGRZYMKI

CHILDE–HAROLDA.



Otwarto szranki, miejsce czynią woźni,
Tysiąc tysięcy tłoczy się dokoła:
Nim piérwsza trąba na hasło zawoła,
Nie znajdzie wejścia, kto się chwilą spóźni.
Na gankach błyszcza Grandowie i Damy,
Wprawne jak łowić serca, lecz i skore
Słodkie zranionym wnet podać balsamy.
Rzadki tu ogniem niewzajemnym gore,
Ni zimną wzgardą na śmierć był skazany,
Jak śpiewa po miesiącu pasterz rozkochany.

Ucichła wrzawa. Na dzielnych rumakach,
Czteréj rycerze śmiało w szranki wnijdą,
Z lekkim ukłonem i zniżoną dzidą.
Białe się pióra chwieją na szyszakach,
Przez lewe ramie pas przewisa drogi,
A koń się wspina od złotéj ostrogi. —

Gdy się im krwawe powiodą igrzyska,
Uśmiech piękności i oklaski gminu,
Najdroższą płacę największego czynu,
Cel trudów bohatera, każdy z nich pozyska.

W szkarłatnym płaszczu, świetny blaskiem stroi,
Lekki Matador w środku pieszo stoi.
Chciwy się spotkać z dumnéj królem trzody,
Lecz wprzód nim walka odbywać się zacznie,
Ostróżnym krokiem plac obchodzi bacznie,
By w czas ukryte przewidział przeszkody.
Broń jego pocisk, a walczy z daleka.
Ani co więcéj zdoła moc człowieka,
Bez konia — który często w złéj godzinie,
Niestety! broniąc pana, sam cierpi i ginie.

Trzykroć brzmi trąba, i znak już wydany.
Trwożna ciekawość osiadła oblicza. —
Trzaskiem gibkiego rozdrażniony bicza
Miota się w szranki buhaj, rozhukany.
Wzrok jego dziki, ziemię bije nogą,
Ni ślepo wpada na wroga: lecz wkoło
Zwolna grożące obracając czoło,
Przeziera, jaką wprzód się rzucić drogą:
I szybko ciska okiem zapaloném,
I w oba biodra gniewnym uderza ogonem.

Wstrzymał się nagle, i nasrożył oczy —
Uchodź młodzieńcze! lub się imaj broni!
Męztwo cię chyba ze złéj wyrwie toni! —
W czas szybki rumak na stronę uskoczy.

Minął go buhaj; wściekłe piany toczy —
Ale wnet z trafnéj wypuszczone dłoni,
Dzida za dzidą grot za grotem goni,
Aż pierś szeroką strumień krwi zabroczy.
Pomknął się, stanął, a w szaleństwie dzikiém,
Szarpie ziemię, ból strasznym wyrażając rykiem.

Znowu się zwraca: — ni pocisk, ni dzida,
Ni szybkość koni już się tu nie przyda!
Choć się dłoń silna mieczem uzbroiła,
Słaby tu oręż, słabsza jeszcze siła! —
Już dzielny rumak w krwi potokach pływa;
Ów pchnięty rogiem — ohydny widoku!
W rozdartéj piersi i otwartym boku
Drgające źródła żywota odkrywa.
Mdlejąc na sile, chwiejący się w kroku,
Wzmógł się jeszcze — i pana od zguby wyrywa.

Bez tchu, krwią cały i potem ociekły,
Tkwiącemi groty najeżona skóra,
Zwierz stanął w miejscu; do ostatka wściekły,
Jeszcze zwycięztwo w niepewności trzyma. —
Tu się rozwija zręczność Matadora.
Szkarłatnym płaszczem wiejąc przed oczyma,
Miecz podniesiony w prawéj dłoni zżyma. —
Z ostatniéj siły zwierz jak piorun skoczy —
Daremna wściekłość! zapęd nic nie nada!
Zdradziecka płachta zakryła mu oczy —
Widać tylko błysk miecza — stało się! — upada.

Właśnie gdzie szyja dosięga pacierza,
Wbite żelazo tkwi do rękojeści.

Okrzyk tryumfu o niebo uderza. —
Lecz jeszcze duma nie opuszcza zwierza.
Bez znaku trwogi, bez głosu boleści,
Porwał się — wstrząsnął — i runął o ziemię. —
Pysznie ozdobny wóz ku szrankom zmierza;
Na wierzchu jego chlubne kładą brzemię.
Widok powabny gminniejszemu oku!
Znoszą go cztery konie, ledwo widne w tłoku.

1825.





PODZIAŁ ŚWIATA.

Z SZYLLERA.



„Bierzcie świat sobie!“ rzekł Stwórca do ludzi,
„Zbyt mię już jego panowanie nudzi.
„Na was więc nad nim zlewam władzę całą.
„Lecz się podzielcie, jak braciom przystało!“ —

Zaledwie skończył — kto tylko ma ręce,
Śpieszy, by lepszą zachwycił dzielnicę.
Pole rolnicy, las wzięli młodzieńce,
Ocean kupcy, prałaci winnice.

A gdy już wszystko na ziemi ucichło,
Przyszedł zdaleka Poeta; lecz rychło
Obaczył z żalem, że już na tym świecie
Nic nie zostało biednemu poecie.

Więc na ołtarza upadłszy podnóże,
Zawołał smutnie: „Sprawiedliwy Boże!
„Ci toną, w zbytkach, ja syn prawy Nieba,
„Miałżebym jeden pozostać bez chleba?“ —

— „Los twój, Bóg rzecze, własnéj przypisz winie;
„W sennych się marzeń błąkając krainie,
„Czemuś nie umiał pożytkować z chwili?
„Gdzie byłeś wtenczas, gdy ci świat dzielili?“ —

— „Byłem u Ciebie — Twoim blaskiem oko,
„Ucho czarując pieniem Twych aniołów.
„Przebacz, o! Boże! jeśli zbyt wysoko
„Duch mój śmiał sięgać z tych ziemskich padołów!“ —

— „Prawdziwie, nie wiém, co zrobić dla ciebie,
Rzeki Bóg z uśmiechem — „gdy już, wszystko wzięte.
„Lecz skoro zechcesz odwiedzać mię w Niebie,
„To nigdy dla cię nie będzie zamknięte.“ —

1825.





NOC MIESIĘCZNA.

KRAJOBRAZ.



Noc spokojna, noc cicha; gdzie niegdzie się jeszcze
Słowik tylko odezwie, lub zdrój zaszeleszcze.
Prócz pełgania gwiazd jasnych na niebios lazurze,
Wszelki zda się ruch ustał w uśpionéj naturze.
Uroczystą w powietrzu zatrzymane ciszą,
Z traw i liści przejrzystéj krople rosy wiszą.
Roztoczonego w pełni blady blask księżyca,
We wszystkich, w każdéj inną barwą się przeświéca;
Łamie się w bystrym zdroju, tak, że patrząc zdala,
Falą płynnego złota każda zda się fala,
I jak blada twarz smutku z posępnym uśmiéchem,
Przez mgłę lekką w jeziorze przegląda się cichém.

Powierzchnia wody gładka, jak zwierciadeł szyba.
Gdzie niegdzie czasem ze snu obudzona ryba
Pomknie nagle, lecz tylko tak lekko ją wzruszy,
Jak piérwsza myśl miłości pokój młodéj duszy.

Jakiż to cień olbrzymi, ścieląc się od brzega,
Jak ciężar nietonący na falach zalega?
Cień to nadbrzeżnéj góry: z dwóch stron mi widoma
Od jeziora, piaszczysta, przepaścista, stroma;
Snać gdy się pod nią kiedyś blizka woda wkradła,
Podmyta w swych posadach, nagle się zapadła.
Dotąd znać ślad, którędy spadały z jéj szczytów
Te bryły na wpół z wody sterczących granitów,
Gdzie pod białe swe skrzydła utuliwszy głowy,
Nieruchome, jak z gipsu, drzémią rybołowy.

Z drugiéj strony, zieloną pokryta darniną,
Powoli się schylając, połącza z doliną.
W dolinie, na rzut bystry młodzieńczéj źrenicy.
Zdala, jakby na niebie, błyszczy krzyż kaplicy.
Bliżéj nieco, nad zdrojem, co dolinę dzieli,
Z pomiędzy drzew zielonych pyszny dwór się bieli,
A odbity jeziora zwierciadły blizkiemi,
Tak w nich lśni nieruchomy, jak sam jest na ziemi.
Daléj — próżno źrenica najbystrzejsza sięga,
Zatrzyma ją las ciemny, w kształcie pół–okręga.

Lecz cóż to u stóp góry, w brzóz płaczących cieniu,
Lśni się tak między liśćmi w księżyca promieniu?
Wpatruję się — to pomnik, to mogiła świéża!
Czemuż ni obok innych, ani nad nią krzyża?
Widać tylko z daleka, jak w miejscu napisu,
Dwie różczki w krzyż złożone, lauru i cyprysu,
Lutnia zda się u spodu, a gwiazda na górze,
Z metalu wykształcone, błyszczą na marmurze.

Jeleń wbiegł na dolinę, wzniósł promienne czoło,
Nastawił czujne ucho, i patrzy wokoło. —
Wiatr gdzieś listkiem poruszył — zwierz odskoczył, słucha:
Wiatr przewionął, liść usnął, znowu cichość głucha.
Ośmielony postąpił, i pomknąwszy skoro,
Niedaleko od góry przybiegł nad jezioro.
Przybiegł, stanął, wyciągnął, i pokręca szyję,
Zgiął ją, i z głośnym szmerem ciche wody pije.
Orzeźwiony, wzniósł czoło, i patrzał jak wprzódy.
Wtém kropla z ust zwilżonych wplusnęła do wody.
Zadrżał — jak jego obraz, gdy kropla co spadła,
Wstrząsnęła nieco kryształ płynnego zwierciadła.
Ale wnet, jakby płonną zawstydzony trwogą,
Parsknął głośno, i w ziemię gniewną tupnął nogą.
Zwrócił się nagle, pomknął, wstrzymał się przez chwilę,
I pasząc się powoli poszedł ku mogile. —
Lecz jakaż znów go trwoga wstecz tak rychło niesie?
Jak błysk mignął po polu, i znikł w ciemnym lesie.

Postać się jakaś w bieli podnosi z mogiły,
Czy duch, którego zwłoki te głazy pokryły?
Nie! to ziemska, to jeszcze śmiertelna dziewica:
We łzach się na jéj licach lśni promień księżyca,
Choć większa od śmiertelnych piękność ich i bladosć.
Jakaż to w néj snać nagła, czy trwoga, czy radość?
Tak bystro patrzy wkoło, tak troskliwie słucha,
Jakby chciała obaczyć, lub dosłyszeć ducha!

Są duchy, lecz śmiertelne nie dójrzy ich oko! —
Nie ujrzała dziewica; westchnęła głęboko,
Wzniosła ręce, i łzami nowemi zalana,
Jak wprzód, znów na mogile padła na kolana.

1827.





NA OBRAZ PUSTYNI.



Górą błękit i błękit, bez cienia, bez chmury,
Spodem piasek i piasek, bez drzewa, bez góry,
Wkoło przestrzeń i przestrzeń, bez granic, bez końca,
A nad nią martwa cisza, i tylko blask słońca.

Zda się nowo–stworzony świat jakiś, co czeka
Na koniec dzieła Stwórcy: na ruch i człowieka;
Zda się przygotowana olbrzymia świątynia,
Gdzie Bóg jeszcze Sam Jeden. — To step, to pustynia.

Któż pojmie, coby począł ten, coby w tym gmachu
Stanął sam w obec Boga? Czy raczéj z przestrachu,
Czy z miłościby skonał, by uczuciu sprostać?
Bo jeden, twarz w twarz z Bogiem, żyw nie mógłby zostać.

Lecz gdyby ludzi dwoje, nawzajem kochanych,
Tak ze świata za miłość, jak owych wygnanych
Za grzech z raju, tu przyszło — a wspólnie już znało
W duchu i niewinności miłość doskonałą:
Czyżby się jéj sromali przed obliczem Boga,
Jako Adam i Ewa, gdy w nich grzech i trwoga
Ducha poddały ciału? Lub czyżby im wzajem
Step się nie stał przez miłość odzyskanym rajem? —

1865.





Z MATHISSONA.



Mrok posępny, mrok ponury
Szczyt olbrzymiéj omglił góry.
Między smutnie brzmiącą trzciną,
Szeleszczące zdroje płyną.
Pasterskiego blask ogniska,
Z po za ciemnych gajów błyska,
Bladą światłość lejąc z siebie,
Jako lampa przy pogrzebie.

Już się nocy ptak nieśmiały
Drżącym lotem wzbił nad skały,
I na szczycie drzew zielonym
Noc płaczliwym budzi tonem. —
W długie wiążąc się łańcuchy,
We mgle ciche tańczą duchy,
Przy świetlika mdłych połyskach,
Po mogiłach, po zwaliskach.

Blask wiodący łódź przez morze,
Na nadbrzeżnéj zgasł już skale;
Ze dzwonicy przy klasztorze
Dzwonek smutne głosi żale.

Przez jesiennéj mgły zasłonę
Błyszczą gwiazdy zasmucone;
Wkoło wietrzyk wiejąc zcicha,
W ponadwodnéj trzcinie wzdycha.

Chciwa karmić swe tęsknoty,
Melancholijnemi loty
Leci smutna myśl żałoby,
Gdzie się mchem zielenią groby.
O! jak cichy sen mogiły!
Ani wiosny oddech miły,
Ni porannéj uśmiech zorzy
Oczu śpiących nie otworzy!

Matko! któréj lube cienie,
Blaskiem słońca uwieńczone,
Malując mi przypomnienie,
Czaruje oko złudzone:
Jeśli wierzym nie daremno
W nowe życie w wieczném Niebie:
Zstąp z niego czuwać nademną,
Wskazać mi drogę do siebie!

1824.





Z KLOPSTOCKA.



Orszak pogrzebny przeszedł — „Co tak smutny stoisz?
„Czyżbyś się lękał śmierci?“ — „Śmierci, nie!“ — „Więc czego?“ —
— „Umierania!“ — „Co do mnie, ja nawet i tego
„Nie boję się.“ — „Szczęśliwy! więc się nic nie boisz?“ —
— „Niestety! Prawda tego powiedzieć mi wzbrania,
„Gdybym nie miał przyjaciół!... Lecz mam; i daremno
„Myśl uzbrajam w odwagę. Boję się rozstania,
Nie tylko mego z nimi, ale i ich ze mną.“ —
1875.





WSPOMNIENIA.


Nic srożéj nie boli,
Jak chwile szczęścia wspominé w niedoli.
Dante. (Przekład Juljana Korsaka).




Ciężkie zaprawdę, ciężkie jest wspomnienie
Szczęścia w niedoli; — lecz z czegóż cierpienie
Złoży ofiarę Bogu, co je zsyła,
Gdyby w niém dusza strat swoich zabyła?

I chociaż rzewniéj płyną łzy sieroty,
Gdy przypomina matczyne pieszczoty,
W tych przypomnieniach i w tych łzach się mieści
Jedyna ulga sierocéj boleści.

Pieszczot już takich nie dozna na ziemi,
Lecz dusza tęskni i rwie się za niemi,
Dokąd? Za matką — gdzie teraz przebywa,
Tak duchem w Bogu, jak w pamięci żywa.

I gdy żal serce jak płomieniem ściska,
Wspomnienia z serca, jak iskry z ogniska

Lecą — a każde wzniesione do góry,
Prześwieca myśli, jak gwiazda kir chmury.

I z gwiazd tych blasku składa się blask tęczy,
Co drogą, postać aureolą, wieńczy,
I przez łzy drogę znaczy i odsłania
Tam — gdzie już nié ma ni łez, ni rozstania.

1872.





URYWEK.



Znużone myślami
Nad tajnią, stworzenia,
Wieki za wiekami,
Z rozpaczą zwątpienia,
Idą ku Wieczności.
A Wieczność każdego
Spotyka i bada:

„Cóżeś dla ludzkości
„Uczynił dobrego?“ —
— „Zapytaj drugiego!“
Każdy odpowiada. —

I cóż się w przyszłości
Objawi i stanie?

O! Zbawco! o! Panie!
Myśl własna mnie trwoży,
Lecz w Tobie otucha. —
Oświeć lud Twój Boży
Światłem Twego ducha. —





Z LEONARDA DA VINCI.



Jeśli nie możesz co chcesz, chciéj co możesz,
Gdy być spokojnym i szczęśliwym życzysz.
Niemożebności chęcią nie przemożesz,
Lecz ją usuniesz, gdy chęć ograniczysz.

Szaleniec tylko lub głupiec w swéj dumie
Mniema, że wszystko po swéj woli nagnie.
Mędrzec, co prawdę wszech rzeczy rozumie,
Wié, co podoła — i więcéj nie pragnie.

Lecz i nie wszystko, co mieć możesz snadnie,
Plon spodziewanéj przynosi słodyczy.
Jak w głębi kwiatu jad ukryty na dnie,
Zgryzotę znajdziesz w rozkoszy zwodniczéj.

To szczęście tylko jest pewném i stałém,
Co z powinnością da się zgodzić społem.
Ja, co to piszę, nieraz już płakałem
Na to, żem osiągł, co wprzód mieć pragnąłem.

Ty więc słów moich czytelniku miły,
Chcesz ustrzedz w sercu pokój i niewinność?
Celu twych żądań nie stawiaj nad siły,
Ani rozkoszy nie kładź nad powinność.





SZTUKA.



Co w przeszłości z ziemi było,
Ziemia w swém łonie zamyka,
Pod skromnéj darni mogiłą,
Lub dumnym głazem pomnika.

Lecz duch, co na nią tchnął z Nieba,
W sztuce ma wieczne odbicie,
By przez nią znowu, gdy trzeba,
W przyszłości wstąpić mógł życie.

I równéj godne zalety,
Gdy mistrz w nich prawdę odtwarza,
Czy pieśń natchniona poety,
Czy twórczy pędzel malarza.

Bo równie dziełem ich obu,
Dla serc potomnych i oka,
Kształt przeszłości wstaje z grobu,
A duch jéj spływa z wysoka.





OBRAZEK.



O! gdyby ten obrazek mógł słyszeć! O! gdyby
Mógł czytać w myślach moich! Samby, bez ochyby;
Uradował się nieraz — jak ów Anioł, który
Raz w duszę po niebiesku spójrzawszy nam z góry,
Lub tajemniczém słowem, niesłyszaném w uchu,
Raz do nas po anielsku przemówiwszy w duchu.
Widzi, jak się od tego słowa lub spójrzenia
Dusza budzi, ożywia, wznosi, rozpromienia,
I do wyższych swych celów rwie się z krain grzechu,
Po promieniu tych spojrzeń, lub po słów tych echu. —
A i cóż może bardziej radować Anioła,
Jak gdy duch, lub myśl czyją w wyższy świat powoła?





LUCIA.



Na licu krasa róży dziewiczéj,
W błękitach oczu gwiazdy uczucia,
W ustach anielskiéj uśmiech słodyczy.
To Lucia!

Myśl — cichy, jasny wiosny poranek,
Rozkwit nadziei, tęskność przeczucia.
Dusza — gołąbek; serce — baranek.
To Lucia!

I kto wié nawet, Aniołki w Niebie,
Czy nie naszego tonem współczucia,
Wskazując na nią, mówią do siebie:
„To Lucia!“





UŚMIECH.



Nie bój się, dziewczę, nie bój uśmiechu!
Szyderczy tylko ma czarność grzechu.
Ale wesoły uśmiech pustoty,
To jak swawolne dziecka pieszczoty;
Ale serdeczny uśmiech wesela,
To pocałunek ust przyjaciela;
A smutnym nawet, uśmiech dobroci,
Jak słońce chmurę, smutek ozłoci;
Na łzy ich nawet rzuci blask tęczy.
Bo gdy się dobroć ku łzom uśmiecha,
Aniół w tém zda się mówi i ręczy:
Że być gdzieś musi, i przyjść pociecha.





ODPOWIEDŹ NA LIST NIEZNAJOMÉJ.



O! nie płoń się dziewczę! że dusza twa młoda
Przy dźwiękach się pieśni rozmarza!
Współczucie dusz takich, toć jedna nagroda,
Toć cała pociecha pieśniarza.

On wzajem, gdy słyszy twój głos tajemniczy,
Twe ciche, serdeczne westchnienie —
On wzajem twój obraz postaci dziewiczéj
W tęczowe obleka marzenie.

I oto masz dzieje, jak w pieśniach i w życiu
Dusz bratnich się wiąże społeczność;
W ich tonów oddźwięku, w ich barwy odbiciu,
Jest poezyi siła, i wieczność.

I jeśli się kiedy, ze sfer wyobraźni,
Widomie tu zejdą na oczy:
Gdzie pieśnią myśl z myślą, tam węzłem przyjaźni
I serce się z sercem jednoczy.





DO JASKÓŁKI.

(Odpowiedź na wiersz pod tym tytułem i pod tymże pseudonimem autorki).



Na co tobie, Jaskółeczko,
Słowicza piosenka?
Gdy szczebioczesz, a gniazdeczko
Lepisz u okienka:

Gdy o świcie głos twój kwili
Na pogodny dzionek;
Nie zanócą sercu miléj
Słowik ni skowronek.

Z pól i gajów tylko echy
Brzmią ich śpiewy głośne;
Tyś śpiewaczka naszéj strzechy,
Ty nam głosisz wiosnę. —

Na co tobie, Jaskółeczko,
Orłów lot wysoki?
Gdy się zwijasz po nad rzeczką,
Lub śmigasz w obłoki;

Gdy szybujesz, wzdłuż czy wokół,
W powietrza przezroczu;

Ani orzeł, ani sokół
Większy dziw dla oczu.

Oba oni wiecznie sami
W sferach burz i gromu;
Tyś, ptaszyno, zawsze z nami,
W przyjacielskim domu.

Tam się na nich strzelec zbroi,
Ptaki ich lękają;
Tu się ciebie nikt nie boi,
A wszyscy kochają. —

Ty więc wzajem, Jaskółeczko!
Czuj, co my dla ciebie,
A piosneczka za piosneczką
Przyjdą same z siebie.

I sąd o nich niech nie budzi
Obaw twéj skromności!
Znajdzie zawsze cześć u ludzi,
Kto wart ich miłości.

1868.





DO ALEKSANDRY KURNATOWSKIEJ.



Wohl ist mir, dass ich dich nicht verkannt
Das ich gleich dich in der ersten Stunde.
Ganz den Herzensausdruck in dem Munde
Dich ein wahres–gutes Kind genannt.
Göethe


Widziałem ciebie w taneczném kole,
Uśmiech na ustach, radość na czole;
Wzrok twój był śmiały, ale łagodny,
Ruch twój był wdzięczny, ale swobodny.
Znać, że ci wewnątrz żadna z trosk życia
Nie psuła miłéj chwili użycia;
Znać, że ci nie szło, by oczy ściągać,
By swym tryumfem drugim urągać.
Bujałaś w tańcu, jak przed pogodą
Ptaszek w powietrzu, rybka pod wodą.
Ścigałem ciebie pomiędzy gronem
Okiem i sercem rozweseloném,
I pomyślałem: to jest dziecinna
Swoboda myśli, dusza niewinna.

Słyszałem ciebie w wielu rozmowach,
Zawsze myśl szczera była w twych słowach.

Znać, że masz w sobie sąd swój, nie cudzy,
Ani powtarzasz, co rzekli drudzy.
Nie brałaś za złe, że ci ktoś przeczy;
Znać, że ci idzie o prawdę rzeczy,
A nieuporna przy swém mniemaniu.
Chętnie chcesz uledz lepszemu zdaniu.
I rzekłem sobie: w niéj snać przebywa
Szczera chęć prawdy, dusza prawdziwa.

Byłaś w teatrze: — wzrok twój wlepiony
W scenę, nie strzelał na różne strony,
Twarz była wierném duszy zwierciadłem;
Z niéj każde twoje uczucie zgadłem:
Jak cię oburza, jaki żal budzi,
Cierpienie dobrych, przemoc złych ludzi;
I jak cię tryumf cnoty pociesza,
I jak niewinna śmieszność rozśmiesza.
Oddana całkiem temu, co widzisz.
Ni kłamiesz czucia, ni się go wstydzisz;
Myśląc o sztuce, nie o parterze,
Śmiejesz się szczerze, i płaczesz szczerze.
I rzekłem sobie: w tém się odkrywa
I czyste serce, i dusza tkliwa.

Posłyszysz wprawdzie, jak świat w swéj mowie
Wesołość myśli płochością zowie;
Jak szczera mowa i własne zdanie.
Znaczą u niego złe wychowanie;
Jak każde czucie uśmiechem tłumi,
Lub je za oczy wyszydzać umié,

A mądrość swoję na tém zakłada,
Żyć, nie jak trzeba, lecz jak wypada,

Ty jednak zachwiać nie daj się trwogą,
Idź zawsze swoją, a prostą drogą;
Słuchaj nie tego, co gdzieś szyderca,
Lecz co sumienie powié do serca,
I żyj, pamiętna przykazań Nieba,
Nie jak wypada, ale jak trzeba,

Znajdą się ludzie, którzy wyśledzą
Głąb’ duszy twojéj; ci niech powiedzą:
„Dobra jest, szczera, rozumna, tkliwa!“
Bądź tém, a dodasz: „jestem szczęśliwa.“

Drezno 1836.





DO TESI.

(W dzień rozpoczęcia lekcyi muzyki).



Tesiuniu kochana!
Gdy do fortepiana
Siądziesz codzień z rana,
Pamiętaj, dopóty
Nie wziąć żadnej nóty,
Nie tknąć żadnéj gamy,
Póki w sobie saméj,
Jak w kościelnym progu,
Nie westchniesz ku Bogu:
„Przyjm to moje granie,
„Nacześć Twoję, Panie!“

Bo wszystko na świecie,
Lube moje dziecię!
Co ma głos lub dźwięki,
Bogu cześć i dzięki,
Bogu chwałę niesie.
Jemu wiatr po lesie,
Jemu szumią drzewa,
Jemu ptaszek śpiewa;

Jemu brzęczą pszczołki,
Po nad drzew wierzchołki;
Jemu gwiazdy grają;
Jego wyznawają,
Na strónach i głosach,
Ludzie, a w Niebiosach,
Na wieki weseli,
Śpiewają Anieli.

Owóż ci Anieli,
Gdy będą widzieli,
Że i ty tak z niemi
Modlisz się na ziemi,
Wszyscy się za ciebie
Pomodlą na Niebie,
Z Świętą Cecylią.
Aniół–Stróż, z lilią,
Przy twym fortepianie
Niewidomy stanie,
I tak, w Imię Boże,
Uczyć się pomoże,
Że z strón twoich echa,
Da Bóg, będzie brzmiała:
Rodzicom pociecha,
Panu Bogu chwała.

1851.





DZIEWIC–WIECZÓR.



DO***

Kwiatku, kwiatku nadobny!
Dość w cieniu tajemniczym,
Skromny, cichy, osobny,
Kwitłeś życiem dziewiczém!
Czas przed świata obliczem,
Stać się — na coć stworzono:
Męzkiéj siły koroną,
Męzkich trudów osłodą,
Szczerych uczuć nagrodą!

Dość już, dość, skowroneczku!
Cześć dziecinną i dzięki
Kwilić w cichém gniazdeczku!
Błysnął świt twéj jutrzenki —
Na świat! w górę z piosenki!
Niech rozgłośnie, radośnie,
Brzmią ku Niebu o wiośnie,
I za sobą, wysoko
Zwą myśl ludzką i oko!

Kwiatku, ptaszku, dziewico!
Dość w dziecinném uśpieniu,
Pod rodziców źrenicą,
Myśl kołysać w marzeniu!
Jutro twemu istnieniu
Inszy cel się obwieści:
Pracy, chwały niewieściéj;
Obowiązków ziemianki,
Cnót, zasług chrześcijanki! —

Ale niech cię nie trwoży
Przestrzeń nowéj przyszłości!
Z wierzącymi duch Boży,
Duch światła i miłości!
On rozproszy ciemności,
On zawady przełamie! —
A jeżeli twe ramię
Ma dźwignąć krzyż: — ON zmienia
Znak mąk, w godło zbawienia!

1866.





NAGROBEK W DZIEŃ IMIENIN.

(NA ŻĄDANIE PANI SALOMEI BECU.)



Szumi topola z wiatry lekkiemi;
Któż pod jéj cieniem spoczywa?
Ach! najgodniejsza szczęścia na ziemi,
„A jednak nigdy szczęśliwa.“

Cóż jest to szczęście, którém tak łudzi
Serca nadzieja zwodliwa?
O! gdyby szczęście było dla ludzi,
Onaby była szczęśliwa.

Komu się stale fortuna śmieje,
Gmin go szczęśliwym nazywa.
Marne pochlebstwa! próżne nadzieje!
„Ona nie była szczęśliwa.“

W czynach litości, w cnocie bez skazy,
Prawdziwe szczęście przebywa.
Święte nauki! płonne wyrazy!
„Ona nie była szczęśliwa.“

W kim myśl skrzydlata w sfery natchnienia
Serce za sobą porywa:
Ten wié, co szczęście. — Mylne marzenia!
„Ona nie była szczęśliwa.“

Świętéj miłości, szczeréj przyjaźni,
Kto znał i cenił ogniwa,
Był–że szczęśliwym? — Śnie wyobraźni!
„Ona nie była szczęśliwa.“

Ach! nie ta ziemia szczęścia gospodą.
Lecz tam, gdzie wiara prawdziwa
Czyni go cierpień i cnót nagrodą,
Tam ona pewnie szczęśliwa! —

Oby, gdy setne lata nastaną,
I dni twych zwiną przędziwa,
Ryjąc ów napis, w końcu dodano:
„Sto lat przeżyła szczęśliwa!“

1825.





ROSA MISTICA.

SONET.



Cześć ci i chwała, Różo tajemnicza!
Gościu naszego, córo wyższych światów!
Królowo uczuć i marzeń, jak kwiatów!
Wiecznie kwitnąca, promienna, dziewicza!

Ziemia lśni blaskiem twojego oblicza,
Jutrzenka płonie barwą twych szkarłatów,
Wiosna tchnie wonią twoich aromatów,
Z natchnienia twego płynie pieśń słowicza. —

Piękności! tyś jest tą Mistyczną Różą.
Bóg przez cię ludziom objawia Sam Siebie;
Czci ich dla ciebie Aniołowie wtórzą,
Tam, u stóp tronu Najświętszéj na Niebie!

Piękności! tęczo po nad życia burzą!
Ty mię wiedź tutaj, bym tam ujrzał ciebie.





RÓŻA.

SONET.



The rose is fairest, when ’tis budding new,
The rose is sweetest, wash’d with morningr dew
Walter–Scott.

Piękna jest wprawdzie róża, gdy z pączka rozkwita,
I sama zapłoniona rumieńcem jutrzenki,
Poi się tchem poranku, i słucha piosenki.
Którą, jako świat młodość, skowronek ją wita.

Lecz patrz na nią, gdy kirem ciemności okryta
Schyla czoło ku ziemi, a przejrzysta rosa,
W każdéj łzie odbijając gwiaździste niebiosa,
Lśni nad nią, jak korona z gwiazd i pereł zwita.

Wtedy to, wtedy słowik, co sam szuka cienia,
Bierze ją za królowę swych marzeń i pieśni. —
Nie hołdy to skowronka, o których on nie śni,
To tylko głos współczucia, i hymn uwielbienia.

Piękna dusza na ziemi, im cierpi boleśniéj,
Tém się uroczéj nawet w piękność rozpromienia.





FIJOŁEK.

(Z GOETHEGO).



Skromnéj barwy i woni,
Kwitł fijołek na błoni,
Fijołek maleńki.
Pasterka biegła po łące,
Zbierając kwiaty kwitnące,
Daléj, daléj!
Słodkie śpiewając piosenki.

„Ach! gdybym ja w téj dobie,“
Myślał kwiatek sam w sobie,
„Miał krasnéj róży wdzięki!
„Możeby ona mię wzięła,
„Może u piersi przypięła,
„Ach! przynajmniéj
„U swojéj białéj sukienki!“ —

Lecz pasterka przebiegła,
Fijołka nie postrzegła,
Zdeptała kwiat maleńki.
Konając jeszcze zawołał:
„Gdym się podobać nie zdołał,
„Dzięki, dzięki!
„U nóg jéj konam — dość dla mnie.“
1827.





PIERWSZE ROZSTANIE.

(NA OBRAZ: „AMOR I PSYCHE.“)



Szczęśliwe lata, gdy bożek miłości
Dzieckiem był jeszcze! — Rad z pieszczot dziecinnych,
Igrając w Psychy objęciach niewinnych,
Każdy wzrok, uśmiech, sam widok piękności
Trzymał w spoczynku skrzydła niestateczne;
Wszędzie go urok nowości czarował,
I każde szczęście, którego kosztował,
Jak bóztwo jego, zdało mu się wieczne!

Przeklęta piérwsza rozstania godzino!
We łzach po tobie, gdzie szukać pociechy?
Cóż są miłości rozkosz i uśmiechy?
Raz już minęły — choć wrócą, znów miną!...

Amor się rozstał z Psychą — Wy, co chcecie
Wiernymi dotąd zostać jego cześci,

Macież dość siły dzielić z nim boleści? —
Smutny, samotny, błądzi on po świecie;
Ku ziemi schylił pochodnię weselną,
Duma, i w Niebo patrzy ze łzą cichą. —
Tam on już chyba połączy się z Psychą.
Psyche, jak Miłość, będzie nieśmiertelną.

1830.





OSTATNI TOAST.



I.

Ha! jeszcze toast! nalewajcie wkoło!
Lecz chwila krótka, trzeba pić z pośpiechem.
Wesoło tylko, proszę was, wesoło!
Lżéj się jest żegnać, żegnając z uśmiechem.

Niech żal, co na mnie z łzawemi oczyma,
Towarzysz drogi, czeka za wrotami,
Z waszą pamięcią nic wspólnego nié ma;
Poznam go naprzód — rozstawszy się z wami.

Tyleśmy słodkich z sobą lat przeżyli,
Oby ich szereg wspominając długi,
Nikt z nas nie znalazł jednej takiéj chwili,
Któréjby przeżyć nie śmiał już raz drugi.

Nalewaj! wino niech smutek ukoi!
Nie chcę się smucić, póki bawić mogę. —
Za zdrowie wasze, przyjaciele moi!
Wy za szczęśliwą przyjaciela drogę!

II.

Któż wie, czy kiedy będziemy znów społem,
Jak dziś, żal słodzić pociechą wzajemną? —
Lecz gdziebądźkolwiek, za biesiadnym stołem,
Puhar się jeszcze zaiskrzy przedemną:

Niech będzie gorzki, jak ten, co go piję,
Jeśli jak bóstwu, dla waszéj pamięci,
Wprzód niż z ust moich zabrzmi imię czyje,
Myśl moja piérwszych kropel nie poświęci.

Wy téż, gdy kiedy będziecie w swém kole
Smucić się po mnie, lub bezemnie bawić,
Pomnijcie zawsze, w sercu i przy stole,
Niezapełnione miejsce mi zostawić.

Bo gdy dla niego rad wszystkie porzucę,
A wy méj prośby pomnieć nie będziecie,
Nie mając miejsca, kędyż się obrócę?
A równe temu, gdzież znajdę na świecie?


III.

Cóż to za odgłos? — ha! dzwonek pocztowy!
Przez litość, bracia! niech puharów brzęki,
Niech śmiech, niech pieśni, niech głośne rozmowy
Stłumią w mém uchu te straszliwe dźwięki!

I jeszcze toast! jeden i ostatni!
Lecz niech i w saméj chwili pożegnania,
Zbierze z ust waszych pocałunek bratni
Krople radości! — Lecz czyjeż to łkania?

Daj mi twój puhar! ty! co tak pomału
Do ust go chylisz, jakbyś przełknąć nie mógł.
Daj go! zdradziła przejrzystość kryształu,
Że żal niewieści nad twém sercem przemógł.

Daj! ja wypiję — tyś skończyć nie w stanie.
Łzy twe zatruły ci nektar wesela.
Mnie, gdy co może osłodzić rozstanie,
To łzy takiego, jak ty, przyjaciela.

1826.





POŻEGNANIE.

(Z ANGIELSKIEGO).



I.

Smutny, posępny był ranek jesieni,
Gdym się z mą lubą raz ostatni żegnał.
Kłęby mgły nocnej wiły się w przestrzeni,
Gdy je przed chwilą nieco wiatr rozegnał.
Te wpół przejrzyste, jako welon biały,
Co krył naówczas bladą twarz dziewicy.
Wpół osłaniając, w dwakroć pomnażały
Urok, jak ona pięknéj okolicy;
Te w groźną deszczem zlewając się chmurę,
Jak smutek w duszy, w powietrzu ciężyły;
Lub jak myśl nasza, mroczne i ponure.
Wznosząc się w niebo, niebo nawet ćmiły,
I nie wprzód rzednieć i jaśnieć zaczęły.
Aż się jak we łzy, w rosę rozpłynęły.


II.

Byliśmy sami, w altanie bez liści,
Co wraz z miłością naszą rozwinione,

Przed skwarem słońca i okiem zawiści
Niegdyś tak pewną tworzyły zachronę;
Co tyle razy, nad naszemi głowy
Szumiąc rozkosznie, lub szeleszcząc głucho,
Tłumiły słowa tajemnéj rozmowy,
By ich zdradzieckie nie przejęło ucho.
Dzisiaj, o! zmiano! zżółkło i zwarzone,
Jedne już ziemię wpół skrzepłą zaległy,
Jak chwile szczęścia mnogie, nieliczone,
Co nam w ich cieniu tak szybko ubiegły;
Drugie, jak chwile co nam pozostały,
Gdzie niegdzie ledwie trzymając się drzewa,
Nakształt serc naszych, z trwogi zda się drżały,
Że i je wkrótce lada wiatr pozwiewa.


III.

Byliśmy sami, bez świadków — prócz w Niebie,
Ach! bez nadziei drugiéj takiéj chwili;
A jednak spojrzeć nie śmieli na siebie,
Jednak do siebie słowa nie mówili.
Bo choć łzy ulżyć mogłyby jedynie,
Lecz łzy wylane w rozstania godzinie,
Nim witający znów je wzrok osuszy
Blaskiem wesela: tak ciężą na duszy,
Jak rosa spadła we chwili zachodu,
Nim znowu słońce na niebie zabłyśnie,
Tchem mroźnéj nocy ścięta w perłę lodu,
Zimnym ciężarem kwiat ku ziemi ciśnie.
A serca nasze tak już przepełnione
Były i żalem, i boleścią rzewną,

Iżby w nie jedno spójrzenie rzucone,
Iżby za lada westchnieniem wstrząśnione,
We łzyby gorzkie rozlały się pewno!...


IV.

Wtém głos przeciągły, żałosny, ponury,
Zabrzmiał jak z nieba. — Spójrzymy do góry —
Wprost po nad nami, niedójrzane prawie,
We mgle przelotne krążyły żórawie,
I coraz wyżéj wznosząc się w niebiosy,
I coraz nócąc smutniejszemi głosy,
Zdały się niby użalać nademną,
Zdały się z sobą zwać mię do podróży.
Uczułem w sercu pociechę tajemną:
„O! luba! rzekłem, to nam dobrze wróży!
„I one lecą do dalekiéj ziemi,
„One powrócą — i ja wrócę z niemi!“ —

Spójrzałem na nią; — jakby wzrok mój zgadła,
Nagła spokojność lice jéj osiadła;
Przez mękę zda się gorzko uśmiechnęła,
Nie patrząc na mnie, rękę mi ścisnęła,
I by łzy wstrzymać, wzrok wzniosła ku Niebu.

Nagle głos dzwonka rozległ się przed domem.
Przebóg! słyszałem dzwon mego pogrzebu!
Czułem dreszcz śmierci w sercu nieruchomém.
Straszliwa chwilo! — Wtém drżąca i zbladła,
Z głośnemi łzami na pierś mi upadła.

Nie wiém, nie pomnę, jak ją pożegnałem.
Czułem ach! tylko, gdym się już oddalił,
Żar zda się jakiś, co mi usta palił,
I łzy na twarzy — choć sam nie płakałem.

1826.





ODDALONY.



I.

„Rozwesel lice cudzoziemcze młody,
Poprzestań tęsknić za północnym krajem!
Niebo stalszemi świeci tu pogody,
Bogatszym ziemia kwitnie urodzajem.

„Pójdź raczéj, w gronie nowych przyjacieli,
Skroń swą bluszczowym przyozdobić majem!
Pieśń żal ukoi, wino rozweseli
Posępną tęskność za rodzinnym krajem.

„A niebios warte dziewice téj ziemi!
Jeden wzrok, uśmiech — sam nazwiesz ją rajem —
Więc, przyjacielu! pójdź z nami i z niemi
Zapomnieć tęsknot za rodzinnym krajem!“ —

— „Dzięki za czułéj przyjaźni dowody!
Obyś podobnych nie doznawał wzajem!
Nigdy, daleki od ojców zagrody,
Nie musiał tęsknić za rodzinnym krajem!

„Miłe mi niebo, miła ziemia wasza,
Miła z gościnnym uczta obyczajem;
Lecz pieśń obudza wino nie rozprasza
Posępnych tęsknot za rodzinnym krajem.

„Znam waszych dziewic wdzięki i uśmiechy;
Lecz świat raz tylko miłość czyni rajem. —
Więc, przyjacielu! gdy chcesz méj pociechy,
Pozwól mi tęsknić za rodzinnym krajem!

1827.





ŁZY.



I.

Kiedy z przeznaczeń ludzi lub Nieba,
W kraj jadącemu daleki,
Wszystko co miłe, porzucić trzeba,
Porzucić może na wieki:
Pierś wre wulkanem, a łza, co płynie,
Jak potok lawy twarz pali. —
Pomnisz, w ostatniej szczęścia godzinie
Gdyśmy się z sobą żegnali?


II.

Lecz gdy już stanął na obcéj ziemi,
Śród obcych zaczął żyć ludzi,
Gdy mgła posępna przyszłość zaciemi,
Obecność nuży lub nudzi,
A przeszłość w łzach się tylko maluje:
Łzy wtedy ulgą w żałobie.
Jedną, co mogę, jedną, co czuję,
Samotnie myśląc o tobie.

Aż gdy cierpliwych, wiernych statecznie,
Bóg się nakoniec użali,
I oddalonych połączy wiecznie,
By wiecznie wzajem kochali:
Jak muszą, słodkie być łzy, co wtedy
Jedynym uczuć tłómaczem! —
O! moja luba! kiedyż my, kiedy
Takiemi łzami zapłaczem?

1827.





PRZYPOMNIENIE.

(Z ŻUKOWSKIEGO).



Słodkie minionych dni omamienie!
Znówże mię urok otacza twój? —
Kto śpiące w sercu zbudził wspomnienie?
Kto skrzepłych marzeń ożywił rój? —

Wionęły w duszę dźwięki znajome,
Zabłysnął duszy znajomy wzrok:
I znów przedemną stoi widome,
Co już przeszłości zaciągał mrok.

O! święte Niegdyś! gościu mój miły!
Próżno chcesz znowu w piersi méj tchnąć.
Mogęż Nadzieję wskrzesić z mogiły,
Mogęż rzec temu, co było: „bądź!“?

Mogęż przyoblec w świeżość rozwicia
Zwiędły mych uczuć, marzeń mych kwiat,
Lub widną nagość szkieletu życia
Zakryć znów rąbkiem tęczowych szat? —

O! duszo moja! przecz wzrok twój goni
Ku miejscom, świadkom szczęśliwych dni?
Już tam nie wiosna kwitnie na błoni!
Już tam nie zorze poranne lśni!

Tam noc, pustynia — martwa i głucha,
Gdzie jeden tylko przedmiot i kres:
Mogiła serca, kolebka ducha,
Ołtarz ofiary — z szczęścia i z łez!

1856.





POCIECHA WE ŁZACH.

(Z GOETHEGO).



„Czegoś ty smutny, gdy wszystko wkoło
Zakwita wiosny weselem?
Smutek, co twoje zasępia czoło,
Zmniejszy się, gdy go podzielem.“ —

— „Jeżelim smutny — cóż to do kogo?
Jeżelim płakał — mnie boli.
A i łzy czasem słodkie być mogą,
One mi ulżą niedoli.“ —

— „O! nie płacz, nie płacz! pójdź między braty,
Oni twą boleść osłodzą;
Jeśliś co stracił, powiedz twe straty,
Oni je chętnie nagrodzą.“ —

— „Precz z tą pociechą! — nikt z was, jak baczę,
Przyczyn mych żalu nie czuje.
Czyż tylko straty płakać? — ja płaczę,
Że mi tak wiele brakuje.“ —

— „O! więc się marną nie dręcz żałobą!
Mniéj masz do żalu, niż mniémasz.
Tyś jeszcze młody, wszystko przed tobą,
Co nie dziś, jutro otrzymasz.“ —

— „Ty chcesz nadzieją łudzić me oko?
Daremno! wszystko daremno!
To tak daleko, to tak wysoko,
Jak gwiazda błyszczy przedemną,“ —

— „No! ależ gwiazdy nikt nie pożąda,
I tylko tęskna źrenica
Tkliwém spojrzeniem ku nim spogląda,
I ich się blaskiem zachwyca.“ —

— „Ja téż nie pragnę, ja téż nie żądam
Ni Jéj, ni waszéj pomocy.
Tylko z westchnieniem ku Niéj spoglądam,
I płaczę we dnie i w nocy.

1828.





UŁAMEK Z ELEGII.




Richer than wealth, prouder than garment’s cos
Thy love is better than high birth to me,
And havig thee, of all men’s pride I boast
Shakespear. Sone.


Często, o! luba! gdy w światowém gronie,
Niepostrzeżony albo zapomniany,
Stojąc samotnie i marząc na stronie,
Z żalem i dumą walczę na przemiany:

„Cóż, że nikt z tłumu, dla mnie, ni dla siebie,
Widząc samego, nie przystąpi do mnie?
Rozmowa moja miłą jest dla ciebie!
Gdybyś tu była, pomniałabyś o mnie!“ —

Wtém drzwi się przemkną, ty wejdziesz do sali,
W całym i strojów i wdzięków uroku;
Gdy, co mi czołem skinąć żałowali,
Zewsząd z pokorą żebrzą twego wzroku,

Lub na twą drogę cisną się natrętnie;
A ty oziębła idziesz między zgrają,
A twoje oczy — niby obojętnie
Błądząc wokoło — wiém, że mnie szukają;

A z ich błękitu, jak Aniół pociechy,
Myśl twa, z méj twarzy zrozumiawszy moją,
Zlatuje ku mnie z wdzięcznemi uśmiechy:
„Cóż, żeś tu obcy?... nie jestżem ja twoją?“ —

O! droga myśli! jakże mi błahemi,
Ród, chwała, skarby, zdają się w téj chwili!
Cóż z nich za szczęście, gdy bogaci niemi
Jużby je próżno dla cię poświęcili?

Większe me, bez nich, i szczęście i chluba!
Jednak o pychę ztąd mię nie obwinisz;
Ach! ty mię sama, ty tylko, o! luba!
Czyniąc szczęśliwym, godnym szczęścia czynisz.

Bo wzrok twój każdy rzuca w duszę moję
Jakby nadziei promienistą tęczę
Że przyjdzie chwila, gdy za miłość twoje...
Nie, nie! ja niczém godnie nie odwdzięczę!

1828.





KOCHANKOWIE.

ELEGIA.



O! biédni kochankowie! nigdyż nie możecie
Znaleźć jednego miejsca na tym wielkim świecie,
Gdzieby was, jak wy wszystkich, zapomnieli drudzy,
I harmonii westchnień nie mieszał śmiech cudzy;
Gdzieby was nie dosięgła złéj obmowy żmija,
Lub gorszy od Argusa potwór — Familija!

Choćbyś flet syna Mai odziedziczył słodki,
Zerwiesz pierś, nimbyś uśpił braci, stryje, ciotki!
Nic bez cierni: — to ciernie przy kwiecie piękności,
Ćma lecąca by zgasić pochodnię miłości!

Skoro raz twoje tkliwsze przejęli wejrzenie,
Lub z ust ulatujące dostrzegli westchnienie,
Ci już nos przez dzień cały więżąc w okularach,
W twych genealogicznych nurtują konarach,
By dociec i obliczyć, co i samym dla się,
Czy pod ich cieniem uszczknąć, czy z nich zerwać da się,
Tych oczy, jak kozaki strzegące granicy,
Ze wszech stron zabiegają sercu synowicy,

Aby gdzie nie przebiło linii kordonu
Familijnéj godności, lub dobrego tonu.
Ci nakoniec, z troskliwéj nie tracąc uwagi,
Jak co rychléj sióstr zbywszy, zatrzymać posagi,
Arytmetycznie pragną rozwiązać zadanie,
Czy szwagier na miłości siostry poprzestanie,
Lub czyli jeszcze za nią, dla kochanych braci,
Protekcyą, darami, godnie się odpłaci?

Biada tobie, nieszczęsna! jeśli kochasz szczerze,
A serce twoje tylko takiego wybierze,
Ze choćby był sam w sobie jako żyzna gleba
Co wróży plon stokrotny — lecz jéj pomódz trzeba,
A zatém familijna gdy twoja starszyzna
Za dobrą go dla siebie partyą nie przyzna:
Przygotuj serce twoje do cierpień tysiąca!
Nie rozbroi szydercy łza w twém oku drżąca,
Nie ubłagają względu twój smutek i męki,
Ni litości, gasnące i zdrowie i wdzięki.

Okrutni! Lecz was dzikie omylą rachuby!
Miłość szczera nawzajem, nie zlęknie się próby,
Miłość stateczna w wierze, opiekę wybłaga
Tego, co fałsz zwycięża, a Prawdę wspomaga.

1828.





RANEK I WIECZÓR.

(Z HISZPAŃSKIEGO)



I.

Wschodź, wschodź pogodnie, ranne słoneczko!
Zajrzyj wesoło w Jéj okieneczko,
Oświeć łagodnie senne Jéj czoło,
Niech się obudzi z myślą wesołą!

Ona tak lubi blask twój pogodny.
On tak z promieniem oczek Jéj zgodny,
I w Niéj od niego tak się rozwija,
Serce jak róża, myśl jak lilija!

Nie chmurz się na mnie, nie chmurz na niebie,
Że ja mniéj przy Niéj zważam na ciebie,
I że z Jéj tylko oczek odbicia
Biorę od ciebie promienie życia!

Za toż ty widzisz, jak w duszy mojéj
Wszystko się budzi, ożywia, roi,
Gdy jak Jéj saméj twoja pogoda,
Tak Jéj wesołość mnie siły doda.




II.

Niebo nad nami pała gwiazdami,
W mrocznéj alei błądzimy sami,
Ja się nie boję, ona nie wstydzi,
Choć wiemy dobrze, że Bóg nas widzi.

A bo i czegóż lękać się mamy?
Jestże to wstydem, że się kochamy?
Jestże to grzechem, iżbyśmy chcieli
Być tu przez miłość, jak tam Anieli,
Coraz się wzajem stawać lepszymi,
Aż się tam złączym z sobą i z nimi?

I gdy Ją, widzę w bieli śród mroku,
Zda się, że Anioł–Stróż przy mym boku,
Co wszystkie moje troski powszednie,
Myśli, uczucia, uczynki we dnie,
Przyszedł obaczyć, koić, urządzić —
Biada! że tylko nic nie chce sądzić.

I ztąd mi kłopot — że potém muszę
Sam w sobie do dna przetrząsać duszę,
Co w niéj jest nie tak, lub czego nie ma,
Aby być takim, jak ona mniema.





POD KRUŻGANKIEM.



W oknach Jéj światło: — ja cały w oku
Pod jéj oknami stoję o zmroku.
Patrzę i czekam — ach! nadaremno!
Choć czekam tylko, aby przedemną
Choć cień jéj mignął na tle firanek,
Aby choć wyszła na swój krużganek,
By ją choć ujrzeć — dość tego dla mnie!

Mniejsza! że może nie spójrzy na mnie...
Gdzie słońcu patrzeć na kwiat? a przecię
Kwiatu bez słońca nie żyć na świecie!

Lecz czas upływa — ja próżno marzę. —
O! gdybym umiał grać na gitarze!
Gdyby tu słowik zaśpiewał słodko!
Gdyby choć przeszedł strażnik z grzechotką!
Gdyby choć jakiś hałas czy wrzawa! —
Może nań wyjśćby była ciekawa! —
Ale niestety! wszystko śpi w ciszy,
A westchnień moich ona nie słyszy.

Ale co widzę? — O! przyjacielu!
O! powierniku, pocieszycielu
Wszystkich kochanków,
Co u krużganków,
Grają lub radzi grać serenady!
Jak oni smutny, jak oni blady,
Księżycu! widzę, wschodzisz na niebie!

Ona, wiém, lubi patrzeć na ciebie.
Wschodź więc, wschódź prędzéj, nim sen ją zmorzy!
Może choć szybkę w oknie otworzy.
A jak ty z słońca bierzesz twe blaski,
Tak słońce dla mnie błyśnie z twéj łaski.





CZARY.

ELEGIA TURECKA.

(Z BYRONA).



Dałem ci łańcuch sztuką uwiązany cudną,
Dałem ci lutnię, matkę niebieskiego głosu.
Miłość niemi darząca nie była obłudną,
Ni się doświadczonego spodziewała losu.

Darom tym czarodziejską powierzono czynność,
Strzedz wiary danych przysiąg w niebytności mojéj.
Niestety! one swoję spełniły powinność,
Nie mogąc się nauczyć dopełnienia twojéj!

Łańcuch był silnie w każdém związany ogniwie,
I każda stróna lutni słodkie lała dźwięki.
Łańcuch pękł, milczy lutnia — skoroś ty zdradliwie
Śmiała je pod władanie obcéj poddać ręki.

Niech ten, czyich uderzeń lutnia dziś nie słucha,
Kto łańcuch świętokradzko zerwał z szyi twojéj,
Powiąże rozsypane ogniwa łańcucha,
I oniemiałą lutnię na nowo nastroi.

Tajną zdradę wydały dary tajemnicze.
Z odmianą twéj wierności, siła ich ustała.
Ha! więc bądźcie mi zdrowe — o! serce zwodnicze!
Łańcuchu rozerwany! lutni oniemiała!

1824.





Z BYRONA.



Zmiennaś, lecz miłość t