Strona:Poezye (Odyniec).djvu/540

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy się im krwawe powiodą igrzyska,
Uśmiech piękności i oklaski gminu,
Najdroższą płacę największego czynu,
Cel trudów bohatera, każdy z nich pozyska.

W szkarłatnym płaszczu, świetny blaskiem stroi,
Lekki Matador w środku pieszo stoi.
Chciwy się spotkać z dumnéj królem trzody,
Lecz wprzód nim walka odbywać się zacznie,
Ostróżnym krokiem plac obchodzi bacznie,
By w czas ukryte przewidział przeszkody.
Broń jego pocisk, a walczy z daleka.
Ani co więcéj zdoła moc człowieka,
Bez konia — który często w złéj godzinie,
Niestety! broniąc pana, sam cierpi i ginie.

Trzykroć brzmi trąba, i znak już wydany.
Trwożna ciekawość osiadła oblicza. —
Trzaskiem gibkiego rozdrażniony bicza
Miota się w szranki buhaj, rozhukany.
Wzrok jego dziki, ziemię bije nogą,
Ni ślepo wpada na wroga: lecz wkoło
Zwolna grożące obracając czoło,
Przeziera, jaką wprzód się rzucić drogą:
I szybko ciska okiem zapaloném,
I w oba biodra gniewnym uderza ogonem.

Wstrzymał się nagle, i nasrożył oczy —
Uchodź młodzieńcze! lub się imaj broni!
Męztwo cię chyba ze złéj wyrwie toni! —
W czas szybki rumak na stronę uskoczy.