Strona:Poezye (Odyniec).djvu/541

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Minął go buhaj; wściekłe piany toczy —
Ale wnet z trafnéj wypuszczone dłoni,
Dzida za dzidą grot za grotem goni,
Aż pierś szeroką strumień krwi zabroczy.
Pomknął się, stanął, a w szaleństwie dzikiém,
Szarpie ziemię, ból strasznym wyrażając rykiem.

Znowu się zwraca: — ni pocisk, ni dzida,
Ni szybkość koni już się tu nie przyda!
Choć się dłoń silna mieczem uzbroiła,
Słaby tu oręż, słabsza jeszcze siła! —
Już dzielny rumak w krwi potokach pływa;
Ów pchnięty rogiem — ohydny widoku!
W rozdartéj piersi i otwartym boku
Drgające źródła żywota odkrywa.
Mdlejąc na sile, chwiejący się w kroku,
Wzmógł się jeszcze — i pana od zguby wyrywa.

Bez tchu, krwią cały i potem ociekły,
Tkwiącemi groty najeżona skóra,
Zwierz stanął w miejscu; do ostatka wściekły,
Jeszcze zwycięztwo w niepewności trzyma. —
Tu się rozwija zręczność Matadora.
Szkarłatnym płaszczem wiejąc przed oczyma,
Miecz podniesiony w prawéj dłoni zżyma. —
Z ostatniéj siły zwierz jak piorun skoczy —
Daremna wściekłość! zapęd nic nie nada!
Zdradziecka płachta zakryła mu oczy —
Widać tylko błysk miecza — stało się! — upada.

Właśnie gdzie szyja dosięga pacierza,
Wbite żelazo tkwi do rękojeści.