Strona:Poezye (Odyniec).djvu/644

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rada śmiać się, alo żadna
Ani blizko do ulżenia.
„O! rozpaczy! o! boleści!“
I westchnąłem z głębi łona.

Wtém coś lekko zaszeleści,
Spojrzę, — przebóg! ach! to ona!
Pastereczka moja młoda.
Co za wdzięk! co za uroda!
W bielszéj od śniegu sukience,
Sierp na ramieniu, kosz w ręce,
Szła — pewno znowu do żniwa.
Lecz idzie zwolna, nie śpiéwa;
Melancholijny obłoczek
Przygaszą blaski jéj oczek;
Twarz ku ziemi schyla skromnie,
Znać że smutna — pewno po mnie!

Nie już śmiało, nie już żwawo.
Nie wesoło, jak uprzednio,
Lecz ze drżeniem, lecz z obawą,
Lecz smutny stanąłem przed nią.
Postrzegłszy, wstrzymała kroku.
Śmiech na ustach, łza na oku,
Twarz jéj cała
Ogniem pała,
Chce coś mówić, lecz nie śmiała.
I jam się strasznie zapłonął...

Wtém na szczęście wiatr powionął,
I zwieszoną od niechcenia
Zwiał chusteczkę z jéj ramienia,