Strona:Poezye (Odyniec).djvu/645

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A gdy spiesznie znów je chroni,
Koszyk jakoś wypadł z dłoni.

Poskoczywszy zatém do niéj,
Śmiało, żwawo, kosz podjąłem,
Rączkę białą zlekka wziąłem,
I poprawiłem troszeczkę
Zwianą w nieładzie chusteczkę,
A gdy wietrzyk znów swawoli,
Przycisnąłem ją powoli.
Tak mi było
Słodko, miło,
Tak się w głowie zakręciło,
Że sam siebie zapomniałem.
I pół w szale, pół w zapale,
Nie pamiętam już jak — ale,
Dość, że ją pocałowałem.


II.


Raz w południe, koło wody,
Strzegąc wspólnie wspólnéj trzody,
Patrzym — chmura, wiatr, ulewa!
Ani chatki, ani drzewa! —
Wtém ona z uśmiechem do mnie:
„Chodź tu, miły, stań koło mnie!
Ja rozwinę chustkę moję,
Okryjemy się oboje.“ —
I rozwiła chustkę swoję,
Okryliśmy się oboje.
Niech deszcz leje,
Niech wiatr wieje!