Strona:Poezye (Odyniec).djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I miękkość bujnych warkocza pierścieni,
Ujętych wstęgą z gwiaździstych kamieni:
I postać lekka, powietrzna, wiejąca,
Bez skrzydeł zda się ku niebu lecąca:
I pierś, w nieznanym, lubym niepokoju,
Lekkiém się tchnieniem wznosząca z pod stroju:
Wszystko ją samą cieszy i zdumiewa. —
Tajna się lubość po sercu rozlewa,
Coraz w krysztale głębiej toną oczy. —
Im dłużej patrzy, tém obraz uroczy
Coraz ją bardziéj czaruje i nęci.

Raz piérwszy teraz rozbiera w pamięci:
Czułe zabiegi, pochlebne wyrazy,
Względy, spojrzenia — co jéj tyle razy
Twarz mimowolnym rumieńcem oblały. —
Dotąd, w prostocie skromnéj i nieśmiałéj,
Widząc w nich tylko dobroć, pobłażanie,
Bogu i ludziom dziękowała za nie. —
Teraz wié prawdę — teraz myśli inne...
Były to hołdy jéj wdziękom powinne!
I lekki uśmiech, wesela — próżności,
Nowego blasku przydał jéj piękności.

Jakaż mgła nagle wzrok jéj przesłoniła? —
Twarz zadumaną ku ziemi skłoniła,
Żywszém westchnieniem pierś chwiać się zaczyna.
Jakaż myśl nowa? — Kochała dziewczyna!..
Młodzian, towarzysz jéj od lat dziecinnych,
Wspólnik jéj zabaw, jéj uczuć niewinnych