Strona:Poezye (Odyniec).djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Piérwszy powiernik!... Rodzice weseli
Z pociechą miłość wzajemną widzieli.
A ona — ona! — W nim dotąd jéj cała
Nadziéja, szczęście, ufność spoczywała.
Często się sama dziwiła, dla czego
Wszędzie jéj tęskno i smutno bez niego?
Czemu, gdy przyjdzie, niechcąca się płoni?
Czemu się gniewa, gdy nie mówi do niéj?
Czemu wprzód sama przemówić się wstydzi?
Czemu chce płakać, gdy go smutnym widzi?
Lub gdy z nią nawet rozmawia, żartuje,
Zkąd nieraz nagle tak łzy bliskie czuje,
Iż, by je ukryć, ucieka — i nieraz
Długo się, długo modli? — Ale teraz!...
Dla czegóż teraz raz piérwszy dziewczyna
Z upokorzeniem te chwile wspomina? —

Myśli jéj błądzą po balowéj sali. —
Wszyscy się o nię w tańcu ubiegali;
Gdzie tylko okiem rzuciła na stronę,
Spotkała oczy na siebie zwrócone;
Każdy chciał z jakąś pośpieszyć usługą!...

Znów we zwierciadło spójrzała — i długo
Patrzy. — Dla czegóż miałaby, dla czego
Tak dbać, tak bać się o względy jednego,
Gdy tylu innych — byle chęć, wzrok, słowo?... —
On tylko dzisiaj, z postawą surową,
Spoglądał na nią zimno i nieczuło,
I to spojrzenie wesołość jéj truło!..