Strona:Poezye (Odyniec).djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Nigdy z ust jego tych słów uwielbienia,
„Nigdy tych względów, przysług, uprzedzenia!...
„Muszę być warta ich — gdy tylu innych!...
„Jużem téż przecie wyszła z lat dziecinnych;
„Czy chce mną rządzić?... — On nie mój brat! cudzy,
„Jak każdy inny! — Niech widzi jak drudzy!...
„Będzie się gniewał? — I cóż ztąd? toć przecie
„Nie ja z nim jedna jesteśmy na świecie! —
„Pójdzie? — niech idzie! — bylebym pragnęła,
„Może ktoś lepszy!...“ — Tu się uśmiechnęła,
Lecz coś takiego było w tym uśmiechu,
Że się go sama przelękła jak grzechu. —
Chciała się cofnąć — wtém lice jéj zbladło —
Jak mgłą się całe powlekło zwierciadło —
Krzyk skonał w ustach — musiała pozostać.

W zwierciadle druga zjawiła się postać. —
Nie ziemska — jasna, jako światło dzienne:
Śnieżyste skrzydła i czoło promienne!
Lilię białą w prawéj trzyma dłoni,
A lica, jakich oko nie widziało,
Były — czy prawda? — czy jéj się tak zdało? —
Do jéj kochanka podobne, i do niéj! —

Strach ją ogarnął — w oczach się zaćmiło,
Krew pozimniała, i serce nie biło.
Wtém ciche słowa do uszu jéj płyną:
„Jam twój Stróż–Aniół! — nie bój się, dziewczyno!
„Jam twój Stróż–Aniół — jam jest dusza twoja! —