Strona:Poezye (Odyniec).djvu/462

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Wiém bowiem sama drogę do Nieba,
Lecz by i drugich prowadzić,
Co? jak? i kiedy czynić mi trzeba?
Ciebie się przyszłam poradzić.

„Choć to grzech może, że mię tak boli
Ta myśl, że moi kochani,
Gdy Bóg mnie saméj być z Nim dozwoli,
Muszą pozostać w otchłani?“—

— „Hm!“ — mruknął kapłan — i kiedy oko
Badawcze na wskroś ją śledzi,
Znać po nim, że się z myślą głęboką
Do dłuższéj zabrał spowiedzi.

„Piękna chęć, córko! chcieć bliźnich zbawiać,
Komu Bóg na to sił doda.
Lecz któż są, których masz tak poprawiać,
Ty sama jeszcze tak młoda?“ —

— „Papa i mama, siostra i bracia,
Krewni i wszyscy domowi.
Dla których świętość i kontemplacja
Przedmiot zgorszenia stanowi.“ —

— „Tak?“ — rzekł znów kapłan. —„Lecz, moja droga!
Gdy oni tacy bezbożni,
Któż wlał w twą duszę tę miłość Boga,
Co cię dziś od nich tak różni?“ —

— „O! powiém wszystko! — bo to tak błogo,
To tak podnosi mi ducha,