Strona:Poezye (Odyniec).djvu/513

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Patrzeć na Pana Mateusza smutek,
I z tych ust, z których, jak z żywéj krynicy,
Płynął zdrój pociech całéj okolicy,
Słyszeć dziś tylko skargi i westchnienia? —

Lecz słyszę, zda się, wasze zagadnienia:
„Jakiż jest środek jego pocieszenia?“

Otóż pozwólcie, sąsiedzi szanowni!
Bym rzekł, co mi się zdaje najstosowniéj.

Znane wam serce Pana Mateusza,
Jak łatwo każde uczucie je wzrusza,
Jak dla przyjaciół rad do poświęcenia,
Wzajem dowody przyjaźni ocenia.
I ów kasztanek — czém był mu tak miły?
Czy że tak kształtny? czy że pełen siły?
Nie! — lecz, jakeście to wyżéj widzieli,
Że go darował przyjaciel Marceli.
I ztąd ta strata tak żal jego draźni,
Że stracił w koniu pamiątkę przyjaźni.
Koń za pieniądze łatwo się nagodzi,
Ale pamiątkę kto sercu nagrodzi?

Kto? My, sąsiedzi! — Koń ten był dla niego
Darem przyjaźni — lecz tylko jednego;
My wszyscy razem kupmy dlań nowego.
Uczyńmy składkę — a ta mu dowiedzie,
Że przyjaciela ma w każdym sąsiedzie. —
Dowód przyjaźni dumy nie obrusza,
Lecz nim szlachetna pociesza się dusza. —
Daj więc, kto kochasz Pana Mateusza!

1840.