Strona:Poezye (Odyniec).djvu/512

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pomnicie tego dziarskiego kasztana,
Co ztąd, że swego przywoził wam pana,
Tak był wam wszystkim znajomy i miły,
Że dzieci wasze chlebem go karmiły,
A pan, z radością widząc te pieszczoty,
Liczył wam jego zalety i cnoty,
Z których najpiérwsza, jakeście słyszeli,
Że go darował przyjaciel Marceli?

Owoż słuchajcie, sąsiedzi szanowni!
Ta karafaszka jest dotąd w wozowni.
Ale kasztanek — pożal się go Boże!
Cygan gdzieś na nim wywija dziś może! —

Bo dnia jednego, gdy jako zwyczajnie
Pan jego z rana odwiedzić szedł stajnię,
Ujrzał — wystawcie, co uczuł w téj dobie! —
Uzdeczkę tylko wiszącą przy żłobie,
I choć ślad świeży znać było po błoni,
Nié miał już na czém przedsiębrać pogoni,

Odtąd się jego zasmuciła dusza,
Odtąd nie widzim Pana Mateusza,
I nie zobaczym, aż w dawnym zaprzągu
Nie stanie nowy rumak do pociągu,
Siłą przynajmniéj podobny z kasztanem,
Aby mógł ruszyć karafaszkę z panem.

Lecz dajmy nawet, kochani sąsiedzi!
Że i piechotą was czasem odwiedzi,
Zważcie, jak smutny sprawi na was skutek,