Strona:Poezye (Odyniec).djvu/511

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A młodsi nawet, nad wistem jak kruki,
Siedzą dzień cały, i milczą jak mruki:
Któż, jeśli nié ma Pana Mateusza,
Biedne panienki do tańca rozrusza,
I nawet w braku muzykantów z Krewa,
Uda basetlę, i altem zaśpiewa,
Lub w Wielkim Poście, gdy taniec przeciwny,
Zaintonuje; „Ogrodzie oliwny!?“
Kto poncz tak wszystkim do gustu przyprawi?
Kto gospodarzy tak wdzięcznie wysławi,
Gdy przy wieczerzy, w patetycznéj mowie,
Zachęci gości wychylić ich zdrowie?
Kto wszystkim zgoła przypomni, że przecie
Dawna wesołość jest jeszcze na świecie,
I gdy już damy kładą szuby lisie,
W sieniach im jeszcze huknie: „kochajmy się.?“
Kto, prócz naszego Pana Mateusza? —

Lecz Pan Mateusz z domu się nie rusza.
Próżno go czekać będziecie, sąsiedzi!
Ja wam opowiém, dla czego tak siedzi.
Lecz wy nie ścierpcie, by się długo smucił,
Kto wam tylekroć smutne chwile skrócił.

Pomnicie pewno ekwipaż ów znany,
W którym przyjeżdżał gość wasz pożądany:
Tę karafaszkę z rzniętemi ozdoby,
Jak raz dla jego jednego osoby,
(Choć w niéj trzem drugim dość miejsca byłoby),
I w któréj przeto, od Trab po Zabrzezie,
Sam się, gdzie może, incognito wiezie?