Strona:Poezye (Odyniec).djvu/663

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chciano zamyć — lecz zachód daremny! —
„O! bodajto szlafroczek mój ciemny!“
Myśli znów, połykając łzy żalu.
Boć już z plamą nie tańczyć na balu!
A bal grzmi — chwila jeszcze nie późna —
Ach! a trzeba wracać! —
Noc mroźna.
Łzy na twarzy i ręce zakrzepły.
„O! kochany szlafroczku mój ciepły!
„Jak cię włożę!“... — i nagła pociecha
Już się w myśli przez łzy jéj uśmiecha.
Nie przeczuwa, jak straszny cios nowy! —

Strój co prędzej zrzuciła balowy,
O szlafroczek swój pyta, posyła —
Zapomniała, że w kąt go rzuciła.
Szuka sama. — „Szlafroczku mój! gdzie ty?“ —
Wtém postrzegła, porwała — niestety!
Cóż zeń? same dziury a szmatki! —
Tu już w płacz... i ze skruchą do matki. —
Matka mądra — nie łaje, nie fuka.
Rzekła tylko: „Niechże nauka,
„Dziecię moje! przyjdzie ci ztąd,
„Byś nigdy w kąt
„Nie rzucała płocho, dla nowych
„Ponęt lub uroków światowych,
„Cnót rodzinnych, przyjaciół domowych“.