Strona:Poezye (Odyniec).djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Tu w piersiach zamknąwszy głosy,
Dnia widzieć nie dałem oku;
Chleb tylko z klasztoru Ossy,
Wodę czerpając ze stoku. —
Pokutowałem — a przecie
Papież mię przeklął! — Kapłanie!
Jest-że kto jeszcze na świecie,
Co grzech mój zgładzić jest w stanie? —

— „Zaprawdę, straszny sąd Pana,
Lecz litość Jego bez końca.
Krew Zbawcy za nas wylana,
To przed Nim grzesznych obrońca.
Jęk twej boleści i skruchy
Usłyszał Sędzia na Niebie;
Przodków i ziomków twych duchy
Ojca błagały za Ciebie.

„I Pan policzył dni twoje.
Żałuj! — lecz strzeż się rozpaczy! —
Jak ja ci chętnie śmierć moję,
Niech ci tak Pan Bóg przebaczy!“ —
Strach Króla przejął głęboko,
Krew ścięła trwoga nieznana;
Wzniósł nagle zdumione oko —
Lecz już nie było kapłana.

Któż on był? — próżne pytanie!
Samże to Stanisław Święty
Opuścił chwały mieszkanie.
Pokutą Króla dotknięty? —