Strona:Poezye (Odyniec).djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W szatańskiéj grozie gniewu i pychy,
Ezzelin z tronu miotał swe gromy.
Tygrys — a przed nim baranek cichy;
Mocarz — a przed nim mnich nieznajomy.

Czyjaż w tém sprawa, że z ust cichego,
Z ócz pokornego, zagrzmiał i błyska:
Głos, jak grom sadu ostatecznego,
Blask, jako łuna piekieł ogniska;

Gdy uniesiony tchem wyższéj mocy.
Miota na oczy, w krwawéj jasności,
I wszystkie zbrodnie dzikiéj przemocy,
I wszystkie kary strasznéj wieczności?... —

Czyja w tém sprawa — że tyran hardy,
Zamiast zapłonąć gniewem zawziętym,
Zamiast w proch zetrzeć sprawcę swéj wzgardy.
Sam na twarz z tronu upadł przed Świętym?

I jako żmija grotem przebita,
U stóp się jego czołga i wije;
Całuje obów, za ręce chwyta,
Pasek szat jego wiąże na szyję?.. —

„Wiedź mię, wiedź na nim!“ — z rozpaczą woła —
„Wiedź do pokuty! pojednaj z Bogiem! —
„Gdybym wprzód takich znał sług Kościoła,
„Bóg mię i Kościół nie zwałby wrogiem!“ —