Strona:Poezye (Odyniec).djvu/549

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


NA OBRAZ PUSTYNI.




Górą błękit i błękit, bez cienia, bez chmury,
Spodem piasek i piasek, bez drzewa, bez góry,
Wkoło przestrzeń i przestrzeń, bez granic, bez końca,
A nad nią martwa cisza, i tylko blask słońca.

Zda się nowo–stworzony świat jakiś, co czeka
Na koniec dzieła Stwórcy: na ruch i człowieka;
Zda się przygotowana olbrzymia świątynia,
Gdzie Bóg jeszcze Sam Jeden. — To step, to pustynia.

Któż pojmie, coby począł ten, coby w tym gmachu
Stanął sam w obec Boga? Czy raczéj z przestrachu,
Czy z miłościby skonał, by uczuciu sprostać?
Bo jeden, twarz w twarz z Bogiem, żyw nie mógłby zostać.

Lecz gdyby ludzi dwoje, nawzajem kochanych,
Tak ze świata za miłość, jak owych wygnanych
Za grzech z raju, tu przyszło — a wspólnie już znało
W duchu i niewinności miłość doskonałą:
Czyżby się jéj sromali przed obliczem Boga,
Jako Adam i Ewa, gdy w nich grzech i trwoga
Ducha poddały ciału? Lub czyżby im wzajem
Step się nie stał przez miłość odzyskanym rajem? —

1865.