Strona:Poezye (Odyniec).djvu/423

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Widzi to Pan — zbladł jak chusta,
Wlepił oczy, otwarł usta,
I duszę Bogu poleca.
A nasz poeta, w ferworze,
Grzbietem zwrócon ku potworze,
Jakby śród najgłębszéj ciszy,
Oprócz siebie nic nie słyszy.

Bo jak głuszec, gdy tokuje,
Nic nie widzi, nic nie czuje,
Ani strzelca, ani strzału:
Tak poeta śród zapału,
Gdy swe wiersze deklamuje.

Owóż i nasz wieszcz w tym razie,
Galopując na pegazie,
Myślał tylko o swéj chwale.
A choć słyszał jęk i żale,
Rozumiał, pełen radości,
Że to w jego tkliwéj scenie,
Tak żałosne rozrzewnienie
Napadło na Jegomości.
I zatém, rad z powodzenia,
Czytał bez zastanowienia.

A straszydło, stojąc zcicha,
Ciągle słucha, ciągle wzdycha,
Lecz co nigdy nie bywało,
I poziewać zaczynało! —
Coraz, coraz częściéj ziewa.
Jak zawsze było przywykło
Czekać, póki kur zaśpiewa:
Teraz jednym razem znikło.
I już go więcéj nie było. —