Strona:Poezye (Odyniec).djvu/422

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czuje się to jednak lepiéj,
Gdy i światła rada czyja
To własne zdanie pokrzepi.“ —

Nic mu pan nie odpowiedział,
Bo nic ni słyszał, ni wiedział.
Strasznym zdjęty ambarasem,
Nie do krytyk się sposobił:
On myślał, by z nim dziś czasem
Strach tragedyi nie zrobił. —

Wieszcz więc, mając chęci szczére
Czytać, a przytém w pamięci:
Że qui tacet, consentire
Videtur: papier rozkręci,
I łyknąwszy haust węgrzyna,
Czytać zaczyna. —
I czyta, czyta z zapałem.
Sam sobie tylko przerywa:
„Uważ, jaka scena tkliwa!
Jak tu namiętność wydałem!“ —

Nie skończył aktu połowy,
Drzwi skrzypły, brzękły okowy,
I przy odgłosie kapeli.
Wysoka osoba w bieli,
W nieznajomym stroju,
Wchodzi do pokoju.
I ujrzawszy nowych gości,
Z podziwu, czy z ciekawości,
Otworzyła wielkie oczy.
I wprost ku nim — kroczy — kroczy...
I stanęła koło pieca.