Strona:Poezye (Odyniec).djvu/421

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przyszli nakoniec do gmachu,
Niosąc, na przypadek wszelki,
Karabelę, pistolety,
A na wniesienie poety,
Węgrzyna cztery butelki.
Przyszli — stolik postawili,
Cztery świéce zapalili,
I usiadłszy przy kominie,
Poeta tak zaczął pierwszy:

„Wiész, jak się w całéj krainie
Rozlega echo mych wierszy? —
Wiész, jako w trudnych zawodach,
Na strome Parnasu głazy,
Sława ma, na czterech odach,
Wszystkie prześcigła pegazy?
Jak za tragedyą sławną
Pierścień od króla dostałem? —
Lecz nie wiész, właśnie niedawno
Drugą taką napisałem.

„Dziś więc, gdy i czas po temu,
I mam do czytania wenę,
Posłuchaj! — Lecz notabene,
Tobie to tylko jednemu
Daję ten dowód przyjaźni. —
Słuchaj więc! a bez bojaźni
Powiész mi zdanie otwarte.

„Bo choć wiém, co czego warte,
Wiém, że mi natchnienie sprzyja: