Strona:Poezye (Odyniec).djvu/420

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz Jegomość, widać, jeszcze
Nie znał dobrze, co to wieszcze,
Jak pochopni, jak ochoczy,
Awanturom zajrzeć w oczy.
Snać nie wiedział, jak to moi
Po Febie bracia stryjeczni,
Wszyscy są arcy waleczni,
Żaden się djabłów nie boi —
Chociaż się wydarza czasem,
Że ich w swoich rymach mieści.
Ale to między nawiasem.
Mniejsza o to! — Ja tymczasem
Wracam do dalszéj powieści;
Z którą już bez żadnéj przerwy,
Prościutko do końca idę.

Owóż, jak wam rzekłem pierwéj,
Poeta, in bona fide,
Nie wiedząc o bożym świecie
Ni o zdradzie, ni o strachu,
Maszerował spać do gmachu.
Ale nie sam jeden przecie.
Z kimże takim? — Z Jegomością
Zkądże jemu śmiałość taka? —
Grzeczność wiodła nieboraka.
„Niech licho z taką grzecznością!“
Myślał, idąc jak na ścięcie.
Dusza schowała się w pięcie,
Zęby głośne larum dzwonią,
Wzrok schylony zakrył dłonią,
Snać bojąc się ujrzeć strachu...