Strona:Poezye (Odyniec).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Siedzi, myśli — co za niego
Kupić komu? wiele czego? —
Suknię niańce? — rubla mało!
Suknię lalce? — Jaką? — białą?
Nie! — Zieloną? — tę już ma! —
Żółtą? — nie! fe! żółta zła!
Więc różową, czy błękitną,
Ale całą aksamitną!... —
Lecz czyż na to rubla dosyć? —
Można Tatę znów poprosić...
Ale kto wié, da, czy nie da? —
Wreście z Tatą mniejsza bieda!
Ale Mama!... Czuje sama,
Że dziś jakoś przed śniadaniem,
Nie najlepiéj poszła gama,
Jak po grudzie szło z czytaniem! —
Mama powié — Tata, kto wié,
A nuż może każe sobie
Oddać nawet co dał?.. — Bieda!
Co tu począć? — Główkę skrobie,
Sama sobie rady nie da.

„No! toż nie chcę nic kupować.
„Rubla schowam. — A gdzież schować? —
„Skrzynki nie mam. — Ancia mówi,
„Że najłatwiéj złodziejowi
„Przyjść i ukraść! — No! to włożę
„Pod poduszkę. — A jak może
„On z łóżeczkiem mnie wyniesie? —
„Obudzę się w nocy, w lesie!...
„Ach!...“ — i daléj w płacz żałosny. —