Strona:Poezye (Odyniec).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sam jak pokutnik, włosieniem odziany,
Mąż święty stanął przed synem rozpaczy.
I nie w objęcia — ale do stóp jego
Rzucił się płacząc: „Bracie mój!“ zawołał:
„Przebacz mi powód zgorszenia twojego!
„Nikt cię, nikt więcéj miłować nie zdołał,
„Nikt cię miłować nie zdoła nademnie! —
„Zgrzeszyłem nie chcąc — lecz tyś mię naprawił! —
„Bracie mój! obyż Bóg raczył wzajemnie
„Zmiękczyć cię przez mię — i obu nas zbawił!“ —

Tak wołał Święty: — a grzesznik zdumiony.
Śledził go długo spojrzeniem badaczém.
Łamał się z sobą — aż przezwyciężony
Zakrył twarz dłońmi, i wybuchnął płaczem.

I była chwila — jakiéj nie wypowie
Nikt ze śmiertelnych — nawet gdy doświadcza.
Bo w niej nie ludzie, lecz się Aniołowie
Radują w ludziach — gdy im Bóg przebacza. —

I blask tej chwili, na pasmo lat długich,
W myśli grzesznika, padł jak łuną jasną.
W czém dotąd tylko widział winę drugich,
We wszystkiém teraz poczuł winę własną.
I żal tak wezbrał w sercu i sumieniu.
Że nie już tylko przed zbawcą i bratem.
Że nie już tylko w samotném więzieniu.
Lecz grzech swój wyznać chciał przed całym światem,
I sam się jawnéj dopraszał pokuty.