Strona:Poezye (Odyniec).djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A wtém myśl nagła, jak odpowiedź Boża,
Jak głos wewnętrzny, w duszy mu przemknęła:
„Patrz na twój podpis u dzieł twych podnóża!
Sobieś, czy Bogu poświęcił te dzieła? —

„Czyżeś pracując nad Zbawcy obrazem,
Pozbył w swém sercu wszelkiej chluby próżnéj? —
Czyżeś sam raczéj nie myślał, zarazem
Słynąć jak sztukmistrz i jak mąż pobożny?“... —

Strwożon tym głosem, mistrz spytał sumienia.
I wstyd mu ogniem zapłonął na czole. —
Więc by korzystać z łaski upomnienia,
Szukał ustronia — i wybiegł na pole. —

Aż gdzie dwie drogi krzyżują się społem,
Postrzega starca: — on łzami zalany,
Na drżących barkach, z uchyloném czołem,
Dźwiga sam jeden, krzyż prosty, drewniany.

Mistrz się pokwapił ku wsparciu wieśniaka,
I cel ofiary zgadł z jego powieści:
Bóg mu odebrał syna jedynaka,
On święci Bogu krzyż swojéj boleści. —

Wzruszył się rzeźbiarz — i wkrótce w téj włości
Dziw stał się wielki i okrzyk wesela:
Na krzyżu zawisł, przecudnéj piękności,
Konającego obraz Zbawiciela.