Strona:Poezye (Odyniec).djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ciężarem sreber schylone
Giermkowie stoły ubrali:
Zamku dziedzińce przestronne
Zalały tłumy wassali.

Zegar południa domierza,
Wszystko gotowe w kaplicy.
Lecz jeszcze nié ma rycerza,
Ni młodéj oblubienicy.

Ona w weselnéj odzieży,
I we łzach gorzkich od ranka,
U okna wysokiéj wieży,
Czeka przybycia kochanka.

Okiem panując nad drogą,
Słucha, nie śmiejąc oddychać.
Ale nie widać nikogo,
Ale nikogo nie słychać.

„Aneto! wstąp tu na wieżę,
Siądź przy mnie, patrz na tę drogę!
Może go wzrok twój dostrzeże,
Ja nic już widzieć nie mogę.“ —

Rzekłszy, twarz chustką zasłoni.
„Aneto! która godzina?“ —
 — „Pół biło.“ — Spojrzy po błoni,
I znowu płakać zaczyna.

— „Aneto! nie widzisz kogo?
Nie słyszysz tententu w lesie?“ —