Strona:Poezye (Odyniec).djvu/607

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zwinny paź właśnie powracał w téj porze.
W ciasném się przejściu spotkali.
Choć nikt ni widział, ni wiedział na dworze,
Zdawna się wzajem kochali.
Jakże się cieszyli
Z tak pomyślnéj chwili!
Do piersi tulił dziewicę,
Całował oczy i lice.

Trzeba się rozstać! — każde swoją drogą.
Ona, by przywdziać strój nowy,
On, że się spóźnił, tajną zdjęty trwogą,
Biegł co tchu z workiem królowéj. —
Gdy wszedł do pokoju,
Wnet na jego stroju,
(Bo była bardzo przebiegła),
Krople sorbetu postrzegła.

Każe więc przyzwać Ochmistrzynię dworu.
„Wczoraś się ze mną sprzeczała,
„Że podług rzeczy zwyczajnego toru,
„Gdy się gdzie jaka rzecz stała,
„To chyba na świadku
„Znać ślady wypadku,
„Lecz nic, oprócz gwiazd, z daleka
„Nie ma wpływu na człowieka.

„Przyznaj, kto wygrał? — Wszak widziałaś sama,
„Jak się tu szklanka rozbiła:
„Paź był daleko, a przecież się plama
„Na jego sukniach zrobiła. —