Strona:Poezye (Odyniec).djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mógł wyrzec: „stań się!“ czynem, pieśnią, mową,
Czem bądź — lecz stań się! bym spoczął — bo muszę!...
Jak łuk przed strzałem czuję w sobie duszę:
Grot musi wypaść — lub cięciwę spęka;
Grot musi trafić — lub na wieki ręka
Martwém zostanie narzędziem, straciwszy
Wiarę swą w siebie. — A toż spocząć znaczy,
Gdy kto moc wszystką próżno wytężywszy,
Padnie na ziemię w mdłości i rozpaczy;
I gdybyż umarł! — lecz ach! nieszczęśliwszy,
Życia się tylko niegodnym obaczy? —

Taki spoczynek miał szatan w otchłani.
I dobrze, jeśli temu człowiekowi,
Szatan, na boleść, co go wewnątrz rani,
Téj, co sam sobie, pociechy nie wmówi:
Pogardzić dobrém, co go nie mógł dostać;
Stać się złym raczéj — by niczém nie zostać!

Ciebie chcę, Niebios rozkoszy! spoczynku!
Którego tylko Bóg w pełni doświadczył,
Gdy świat swój stworzył, i w swoim uczynku
Sam doskonałość zupełną obaczył!
Spoczynku mędrca, poety, malarza!
Gdy duchem z góry, czyn swéj woli stwarza,
Lub już w żyjącém lubując się dziele,
W niém moc swą czuje, a w sobie wesele!

Bo duch tworzący w ponadziemskiéj sferze,
Jak głodny orzeł, dwie tylko ma chwile,