Strona:Poezye (Odyniec).djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ty wiész, o! Panie! że sercem i słowem
Duch mój od młodu Tobie służyć pragnie.
Lecz jam Cię świetnym chciał uczcić stugłowem,
Gdy mię zaledwo stać było na jagnię.

I niepamiętny, że tylko od Ciebie
Dar nam przyjść może godny chwały Twojéj:
Jam go napróżno chcąc stworzyć sam z siebie,
Mdlał tylko w czuciu bezsilności mojéj.

I zwykłym torem męczenników dumy,
Winę swą z siebie przerzucał na ludzi:
Czemu mię podnieść nie umieją tłumy? —
Czemu ich oklask sił we mnie nie wzbudzi? —

I gdy z ołtarzów braci méj rówiennéj
Dym ofiar wzrastał przed memi oczyma:
Cud w tém był tylko modlitwy codziennéj,
Żem na nie patrzał nie okiem Kaima.

Cud w tém był Twojéj łaski tajemniczéj,
Że same wrogów urągania ciche,
Nie Miłość we mnie, tchem swojéj goryczy,
Lecz tylko rażąc — zabiły mą Pychę.

A jak bojownik, gdy ujrzy w potrzebie
Że go bohater ochrania i wspiera:
Dość mu już tylko zapomnieć na siebie,
Aby mógł stać się cząstką bohatera: