Strona:Poezye (Odyniec).djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc ledwie tkliwa żona u progu
Z rodzeństwem wita go miłém,
Rzekł: „Ciesz się, żono! podziękuj Bogu,
„We Włoszech źródło kupiłem!“ —

— „Na cóż się przyda? co nam pomoże
„Zdrój w tak dalekiej krainie? —
„O! nierozważny! sądziłeś może,
„Że on za tobą popłynie?“... —

— „Niewiasto!“ — Gangolf przerwał surowo:
„Niech się gniew płochy uśmierzy!
„Toż ci nieznane Chrystusa słowo?
„Czy mu twe serce nie wierzy? —

„On rzekł: „Zaprawdę mówię wam, który,
„„Ze szczerém we Mnie ufaniem,
„„Rozkaże górom „pójdźcie!“ wnet góry
„„Powstaną i pójdą za nim.“

„Jam obietnicy Boskiéj zawierzył,
„Bóg szczeréj wiary nie myli.“ —
To rzekł, i laską w ziemię uderzył —
I oto, w téjże wnet chwili,

Z ziemi obfite wytrysły zdroje,
Na podziw zlękłéj małżonce;
I wkrąg ożywcze niosąc napoje,
Z szelestem biegą po łące. —