Strona:Poezye (Odyniec).djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na mówcę–zuchwalca, co właśnie z ambony
Ich sidła wykrywa i targa;
Uczony, serdeczny, ognisty, natchniony,
Kochany od ludu — Piotr Skarga.

Bo w czynach, jak w słowach, on ludu wiernego
Mistrz, rajca, opiekun, pośrednik;
On wsparcie słabego, pociecha smutnego,
On umierających spowiednik! —

I prosto z ambony szedł zaraz wezwany
Do chorych, w ubogim szpitalu;
I wracał — gdy tańcem i winem rozgrzany
Tłum młodzi rozjeżdżał się z balu.

Spotkali, poznali — Ślepowron na czele,
Arcy–kacerz z głowy i z serca,
Wprzód uczeń sekt wszystkich, dziś w kłótni z wszystkiemi,
Chrztu, Trójcy i Zbawcy bluźnierca! —

Jak wybuch płomienia, na widok kapłana
Gniew myśli i krew w nim zapalił.
Spiął konia, by zdeptać; — lecz mędrszy od pana
Koń wspiął się — i na wznak obalił.

Cud zbawił szaleńca: — lecz jawna moc cudu
W niewiernym złość tylko rozżarza.
Poskoczył — i w obec kościoła i ludu,
Kapłana policzkiem znieważa! —

Struchleli widzowie — a w duszy Wyznawcy
I radość, i boleść, i trwoga!