Strona:Poezye (Odyniec).djvu/546

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakiż to cień olbrzymi, ścieląc się od brzega,
Jak ciężar nietonący na falach zalega?
Cień to nadbrzeżnéj góry: z dwóch stron mi widoma
Od jeziora, piaszczysta, przepaścista, stroma;
Snać gdy się pod nią kiedyś blizka woda wkradła,
Podmyta w swych posadach, nagle się zapadła.
Dotąd znać ślad, którędy spadały z jéj szczytów
Te bryły na wpół z wody sterczących granitów,
Gdzie pod białe swe skrzydła utuliwszy głowy,
Nieruchome, jak z gipsu, drzémią rybołowy.

Z drugiéj strony, zieloną pokryta darniną,
Powoli się schylając, połącza z doliną.
W dolinie, na rzut bystry młodzieńczéj źrenicy.
Zdala, jakby na niebie, błyszczy krzyż kaplicy.
Bliżéj nieco, nad zdrojem, co dolinę dzieli,
Z pomiędzy drzew zielonych pyszny dwór się bieli,
A odbity jeziora zwierciadły blizkiemi,
Tak w nich lśni nieruchomy, jak sam jest na ziemi.
Daléj — próżno źrenica najbystrzejsza sięga,
Zatrzyma ją las ciemny, w kształcie pół–okręga.

Lecz cóż to u stóp góry, w brzóz płaczących cieniu,
Lśni się tak między liśćmi w księżyca promieniu?
Wpatruję się — to pomnik, to mogiła świéża!
Czemuż ni obok innych, ani nad nią krzyża?
Widać tylko z daleka, jak w miejscu napisu,
Dwie różczki w krzyż złożone, lauru i cyprysu,
Lutnia zda się u spodu, a gwiazda na górze,
Z metalu wykształcone, błyszczą na marmurze.