Strona:Poezye (Odyniec).djvu/547

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeleń wbiegł na dolinę, wzniósł promienne czoło,
Nastawił czujne ucho, i patrzy wokoło. —
Wiatr gdzieś listkiem poruszył — zwierz odskoczył, słucha:
Wiatr przewionął, liść usnął, znowu cichość głucha.
Ośmielony postąpił, i pomknąwszy skoro,
Niedaleko od góry przybiegł nad jezioro.
Przybiegł, stanął, wyciągnął, i pokręca szyję,
Zgiął ją, i z głośnym szmerem ciche wody pije.
Orzeźwiony, wzniósł czoło, i patrzał jak wprzódy.
Wtém kropla z ust zwilżonych wplusnęła do wody.
Zadrżał — jak jego obraz, gdy kropla co spadła,
Wstrząsnęła nieco kryształ płynnego zwierciadła.
Ale wnet, jakby płonną zawstydzony trwogą,
Parsknął głośno, i w ziemię gniewną tupnął nogą.
Zwrócił się nagle, pomknął, wstrzymał się przez chwilę,
I pasząc się powoli poszedł ku mogile. —
Lecz jakaż znów go trwoga wstecz tak rychło niesie?
Jak błysk mignął po polu, i znikł w ciemnym lesie.

Postać się jakaś w bieli podnosi z mogiły,
Czy duch, którego zwłoki te głazy pokryły?
Nie! to ziemska, to jeszcze śmiertelna dziewica:
We łzach się na jéj licach lśni promień księżyca,
Choć większa od śmiertelnych piękność ich i bladosć.
Jakaż to w néj snać nagła, czy trwoga, czy radość?
Tak bystro patrzy wkoło, tak troskliwie słucha,
Jakby chciała obaczyć, lub dosłyszeć ducha!