Strona:Poezye (Odyniec).djvu/397

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Słysząc to kilku młodzieńców z koła,
Chcą mu nieść pomoc z pośpiechem.
Wtém na wpół z żalem, na wpół z uśmiechem,
Sędziwy starzec zawoła:

„Stójcie, młodzieńcy! niech go niewcześnie
Nikt nie ostrzega, nie budzi;
Jestto lunatyk, co chodzi we śnie,
Człowiek nadludzki śród ludzi.

„Zawsze on nie rad z drugich, ni z siebie,
Zawsze myślami tęsknemi
Dziwaczne mary goniąc po niebie,
Nie dba że żyje na ziemi.

„A taka nad nim jest wola Boża:
Gdy księżyc w pełnéj lśni mocy,
On śpiący nagle zrywa się z łoża,
I śpiący błądzi śród nocy.

„Gdzie stare zamków leżą zwaliska,
W posępne lasów samotnie.
Gdzie się po skałach pnie ścieżka śliska,
Tam on pośpiesza ochotnie.

„A jak słyszałem od tych, co sami
Tego doznali za młodu,
Że go zwodniczy sen wtenczas mami
Wdziękiem rajskiego ogrodu.