Strona:Poezye (Odyniec).djvu/468

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Skończyła, — Kapłan wzniósł wzrok ku górze,
I widać z tego spójrzenia,
Że skupia myśli w ducha pokorze,
I z góry czeka natchnienia.

„Córko! — rzekł wreście —, grzeszniśmy wszyscy,
Lecz to wiém jak najdowodniéj,
Że ci, co Boga najbardziej bliscy,
Najmniéj Go czują się godni.

„I że ktokolwiek z nas w oku brata
Lada źdźbło łatwo dostrzega,
Znak to, że jeszcze pokusa świata,
Jak tram, w nim samym zalega.

„Czyż bowiem dusza, jak gospodyni,
Co dom swój urządzić żąda,
Sprzątnie w nim brudy, lub ład uczyni,
Gdy wciąż za okno wygląda? —

—„Cóż to jest? ojcze! Czyż się to do mnie
Ściąga ta twoja przestroga? —
Nikt tak o sobie nie trzyma skromnie,
Nikt tak nie wzdycha do Boga,

„A że i drugich zwrócić ku Niemu,
I prawd im Jego chcę dowieść“ ... —
— „Stój! — przerwał kapłan — “stosowną k’temu,
Powiém ci krótką przypowieść.

„Młodzieńczyk jeden widział, jak słwny
Wódz raz swe wojsko sprawował;