Strona:Poezye (Odyniec).djvu/467

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wdzięczy się wszystkim — nie tylko w domu,
Lecz lada babie szpitalnéj.

„Wié o każdego chęciach i gustach,
Zgadnie co komu potrzebne;
A zawsze tylko uśmiech na ustach,
A co krok, słówko pochlebne.

„Wstręt bierze słyszeć, jak z papą, z mamą,
Lub jak rozmawia z sługami.
Chciałaby wszystkich — mnie nawet samą....
Ale mnie jednej nie zmami!

„Ze mną swych dumnych celów nie dopnie,
Ze mną się chytrość nie uda! —
Lecz to okropnie, ojcze! okropnie,
Z próżności taka obłuda!

„A co najgorsza, to widzieć ludzi,
Jak są czy ślepi, czy słabi;
Jak lada pozór łatwo ich złudzi,
Lada pochlebstwo przywabi!

„Widzę to codzień, czuję — i cierpię.
Lecz ach! zaczynam czuć trwogę,
Że się cierpliwość w końcu wyczerpie,
I że ja zgrzeszyć téż mogę.

„Na to więc szukam sił i pociechy,
Aż Bóg mi raczy objawić,
Jak mam spokojnie znieść cudze grzechy,
I jak grzeszników poprawić.“ —