Strona:Poezye (Odyniec).djvu/641

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ja za rączkę białą wziąłem,
I do piersi przyciągnąłem.
Już się była
Nachyliła,
Jużbym pewnie pocałował!...
Gdy wtém z krzykiem nagle z chaty
Jak wyskoczy dziad brodaty,
Co nas dawno już szpiegował;
Ją do chaty zapakował,
A mnie myślał kijem obić. —
Nie było już tu co robić.
Co tchu do domu uciekłem,
I całusa się wyrzekłem.


IV.


Wczoraj wszedłszy pokryjomu
Zastałem ją samą w domu;
Nudziła się po mnie biedna.
„Dzisiaj będę sama jedna,
„Okna moje na podwórze,
„Czekam ciebie o wieczorze.“ —

I przyszedłem o wieczorze,
Pod okienko na podwórze,
I drabinkę przystawiłem,
I już blizko okna byłem . . .
A wtém średnie szczeble pękły,
I jam zleciał. — Zbity, zlękły,
Jęcząc do domu uciekłem,
I całusa się wyrzekłem.