Strona:Poezye (Odyniec).djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Szczęśliwszy! kogo w młodości kwiecie
„W grobowéj zamknęli cieśni!
„Wesele tylko znając na świecie,
„O niém i śmierci sen prześni.

„A gdy go wreście po długiém spaniu
„Obudzi trąba Anioła,
„Wszystkich, co płakał przy pożegnaniu,
„Razem obaczy dokoła! —

„Lecz ja, niestety! w lat mych rozkwicie
„Szczęścia zgubiłam już drogę;
„Świat mi pustynią, ciężarem życie,
„A jednak umrzeć nie mogę! —

„O! Boże! czémże mogłam zasłużyć.
„Żeś moje prośby odrzucił:
„Ani dni szczęścia nie chciał przedłużyć,
„Ni dni boleści nie skrócił? —

„Gdzież jest ta dobroć, ta Twoja litość,
„W którem tak szczerze ufała?
„Gdybyś serc ludzkich przenikał skrytość,
„Czyżbyś mógł...“ — „Nie kończ, zuchwała!“

Krzyknął pustelnik, co już przez chwilę,
Wprzód się zbliżywszy nieznacznie.
Słuchał, na bliskiéj wsparty mogile,
A teraz mówić tak zacznie: