Strona:Poezye (Odyniec).djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie dziewczyna, nie gaszek,
Jak ów piękny twój Laszek! —
Wzrost, jak dębu, wyniosły,
Cały czarno zarosły,
Wzrok, jak gdyby Perkuna,
Błyska ogniem pioruna,
A niech zginę, gdy kłamię,
W ręku sztabę rozłamie! —

„Ho! już płakać przestała!
Ogniem płonie twarz cała. —
Czy dziękujesz, czy prosisz,
Że tak w Niebo wzrok wznosisz?
Zkąd z tak nagłym pośpiechem
Siadasz na koń z uśmiechem? —

„No, no! przytul się do mnie,
Zarzuć ręce koło mnie!
Tak, tak! — teraz już mogę
Ptakiem puścić się w drogę. —

„Zkądże znowu to drżenie?
Co tak patrzysz w płomienie?
Cóż że jedziem koło nich?
Wszak nie wepchnę cię do nich. —

„Ha, ha! stój, stój! zuchwała!
Z konia mi się zerwała.
Lecz nie ujdziesz pogoni,
Lub cię strzała dogoni! —