Strona:Poezye (Odyniec).djvu/383

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głos coraz głośniéj, coraz się zbliża,
Zda się, że z falą wznosi i zniża —
W jednym — harmonia chóru.

A dzień już zagasł — a z za gór szczytów,
Księżyc, jak łabędź, na tło błękitów
Wypłynął z czołem wybladłém;
I senném tchnieniem cichéj pogody
Ukołysawszy wiatry i wody,
Świeci nad morza zwierciadłem.

Jegoż to odblask, czy złuda oczu,
W mgle przezroczystéj, na wód przezroczu,
Ściąga spojrzenie Rycerza?
Nie! — tak nie może łudzić źrenica!
To żywa postać! — duch czy dziewica?
Płynie, i k’niemu wprost zmierza.

A ile czaru w pieśni jéj echu,
Tyle uroku w ust jéj uśmiechu,
Tyle powabu w spojrzeniu!
Mgła tylko lekka pierś jéj osłania,
I włos złocisty, co bez związania
Po śnieżném spływa ramieniu.

O! cóż się stało z duszą twą młodą,
Z pokojem serca, z myśli swobodą,
Z twemi ślubami, Rycerzu? —
Próżno chce od Niéj oderwać oczy;
Spojrzał sam na się — obraz uroczy
Odbija w stalnym paacerzu.