Strona:Poezye (Odyniec).djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I Wiktor, Rzymianin, na świetnym rydwanie
Przybieżał i woła: „O! Grecy!
„Kto prawy syn Romy, ten za was dziś stanie! —
Więc naprzód! Wy piersi, my plecy.“ —

A na to wódz Greków: „Nie nasza to droga!
„Nie siła ludzkiego oręża.
Lecz czystą ofiarą, za prawdę, dla Boga,
„Duch Boży przez ludzi zwycięża.“ —

Wtém zabrzmiał znak straszny, i zbójców okrzyki
I wpadli. — Tebanie w téj chwili,
Zrobiwszy znak krzyża, rozwarli swe szyki,
I oręż na ziemię rzucili.

I wszyscy — czy który sam pierś swą odsłania,
Czy słabszy, co w żalu i skrusze,
W modlitwie sił szuka na chwilę skonania:
Wszyscy radzi oddali swe dusze. —

I widział Rzymianin — i poczuł sam w sobie
Moc prawdy i Krzyża zwycięztwo.
Uwierzył — i wyznał, i dotrwał w swéj próbie,
I z Greki podzielił męczeństwo. —

Poganie szydzili z słabości swych wrogów,
Maksymin się cieszył z ich zgonu;
Ci, widząc w nim pomstę i tryumf swych bogów.
On, pewność swej władzy i tronu.