Strona:Poezye (Odyniec).djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A co kochać, w co ufać będzie serce, które,
Z poznania ludzi, tylko wyczerpnie k’nim wzgardę?
A jak myśl, jak duch ludzki zdoła wznieść się w górę,
Gdz je tu ziemska praca wprzęże w jarzmo twarde?

O! młodzieńcze! to właśnie, co świat zajrzy w tobie,
To we mnie żal nad tobą i obawę budzi! —
Nie mając innych skarbów, prócz tych, co masz w sobie,
Kupiłbyś za nie serca wszystkich prawych ludzi.

Oniby cię na ziemi otoczyli kołem,
W nich poznałbyś i uczcił piękność cnót ludzkości;
Myśl twoja, duch twój z niemi pracujący społem,
Znalazłby pokój w Prawdzie, a szczęście w Miłości.

A dziś — jak gniew lub boleść utrzymasz na wodzy.
Gdy za gminem pochlebców nie dójrzysz człowieka? —
Bo tém są od bogatych szczęśliwsi ubodzy,
Że zły do tych się kwapi, a od tych ucieka.

Jak znajdziesz chwilę spocząć z trosk i trwóg złowrogich,
Gdy ci wciąż grozić będą zdrada albo szkoda? —
Troska, ciągły cierń bogactw; tak jak skarb ubogich
Jest ich ciągła nadzieja, i myśli swoboda.

Lecz mającym tu wszystko, w jakiéj żyć nadziei?
A bez niéj życie — przesyt, albo trud mozolny! —
Nie ma, nie ma dla ciebie, jedno świat idei,
Gzie możesz być, jak człowiek, szczęśliwy i wolny!