Strona:Poezye (Odyniec).djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak w Jeruzalem lud Izraela,
Jak fale morza wyszłe z swych tam,
Tłocząc się, wołał głosem wesela,
Cześć Messyasza, Emmanuela,
Gdy do Syońskich wstępował bram.

I strach ogarnął ludu książęta,
Krzywéj potęgi poczuli kres.
Bo w lud wstąpiła siła natchnięta:
Lew Judy powstał, i wstrząsł swe pęta,
Co już przejadła rdza krwi i łez.

I strach ogarnął Faryzeusze,
I zawiść w sercu rozdęła złość.
Czują, że nie dość, w kłamanej skrusze,
Obłudą ludu omamiać dusze,
By współ z książęty w moc nad nim rość.

Bo w Nim jest miara Prawdy i Ducha,
Bo trzeba upaść — lub być jak On! —
Ale w ich sercu pycha, nie skrucha.
Aż w myśl zbrodnicza weszła otucha:
„On tylko człowiek! kres jego — zgon!“ —

I Pan przenika serc ich zamiary,
I w licu Jego boleści ślad. —
Słudzy ołtarzów! Mistrzowie wiary!...
W nichże to Niebios najdroższe dary
Strach tylko ziemskich wzbudzają strat? —