Strona:Poezye (Odyniec).djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz i lud, który Bogiem Go zowie,
Czyż tylko Boga znaleźć w Nim chce?
Czyż tylko nawet sami uczniowie
Prawdę w Mistrzowém pojmują słowie,
A nie swe myśli wcielają w nie? —

Lud pragnie kresu nędz i niedoli,
I w synu ludu swą widzi cześć.
Kleofas marzy blask dawnych króli,[1]
Iskaryota, pysze swéj gwoli,
Myśli, jak z Mistrzem sam się ma wznieść.

I tak na całym świata przestworze,
Gdy nań widomie zstąpił sam Bóg,
Nikt Boga w Bogu pojąć nie może! —
Kędyż im przyjdzie Królestwo Boże,
Gdy nikt tu jego nie czyni dróg?

Jak pojmą sercem niebieskie dary,
Gdy w ziemi tylko skarbów ich skład? —
Przyjdź duchu Łaski! przyjdź w świetle Wiary!... —
Lecz ach! Duch musi, przez krzyż ofiary
Pierwéj odkupić, nim zbawi świat! —

I Syn posłuszny téj Ojca woli,
Wié, że dlań tryumf jest wstępem mąk.
I nie nad sobą — o! lecz Go boli
Grzech podżegaczy zdrad i swawoli,
Z których ma umrzeć namów i rąk.

  1. Ewang. ś. Łukasza, Roz, 24. w 21.