Strona:Poezye (Odyniec).djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chciwy nie łupów, lecz sławy,
Brał, i rozdawał korony:
Lennikom zwierzchnik łaskawy,
Poddanym ojciec lubiony.

„Jam nim jest; — moje to ramię,
Starłszy potęgę dumnego,
Na złotéj Kijowa bramie
Wznowiło razy Chrobrego.
Lecz ach! tam zbytków ponęta,
Ojczyzny głusząc wołanie,
W zgubne ujęła mię pęta. —
Znasz-li ty rozkosz, kapłanie?“ —

— „Piérwszym z Nieba upominków,
Piérwszym jest rozkosz prawdziwa,
Rozkosz, co z dobrych uczynków,
Z pełnienia cnoty wypływa.
Lecz dusz piastunka zdradziecka
Jest rozkosz zmysły mamiąca,
Co zasłoniwszy wzrok dziecka,
W bezdenną przepaść je wtrąca.“ —

— „Ach! tak jest! ona mię pchnęła
W myśli i uczuć zawiłość:
Aż to, co miękkość zaczęła,
Występna skończyła miłość.
Na uciech drzémiący łonie,
Trudne narodem władanie
W pochlebcze zwierzyłem dłonie. —
Ach! znasz ty miłość, kapłanie?“ —