Strona:Poezye (Odyniec).djvu/414

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— „Dość nie nudy téj domowéj!
Puść mię, matko, puść na łowy!“ —

I poszedł chłopiec na łowy,
Ślepa zuchwałość go niesie.
Śmiało skacze przez parowy,
Na najwyższe głazy pnie się.
Przed nim zlękła, lotem strzały,
Miga sarna z skał na skały.

W jednéj chwili rzut ją zwinny
Wiesza na szczycie opoki;
Przez rozpękłych skał szczeliny
Powietrznemi sadzi skoki.
Lecz tuż za nią, z łukiem w dłoni,
Niezmorzony strzelec goni.

Aż na śliskiéj skały szczycie,
Co się stromo w przepaść zmyka,
Mdlejąc w biegu, drżąc o życie,
Górnych pustyń córa dzika
Zawiesza się nad otchłanią —
Przepaść pod nią, strzelec za nią!

Niemém spójrzeniem rozpaczy
O litość zda się zaklina.
Okrutnik na nic nie baczy,
I już cięgły łuk napina...
Wtém się z szumem wiatru, w chmurze,
Genijusz Alp wzniósł ku górze.