Strona:Poezye (Odyniec).djvu/595

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A z ich błękitu, jak Aniół pociechy,
Myśl twa, z méj twarzy zrozumiawszy moją,
Zlatuje ku mnie z wdzięcznemi uśmiechy:
„Cóż, żeś tu obcy?... nie jestżem ja twoją?“ —

O! droga myśli! jakże mi błahemi,
Ród, chwała, skarby, zdają się w téj chwili!
Cóż z nich za szczęście, gdy bogaci niemi
Jużby je próżno dla cię poświęcili?

Większe me, bez nich, i szczęście i chluba!
Jednak o pychę ztąd mię nie obwinisz;
Ach! ty mię sama, ty tylko, o! luba!
Czyniąc szczęśliwym, godnym szczęścia czynisz.

Bo wzrok twój każdy rzuca w duszę moję
Jakby nadziei promienistą tęczę
Że przyjdzie chwila, gdy za miłość twoje...
Nie, nie! ja niczém godnie nie odwdzięczę!

1828.