Strona:Poezye (Odyniec).djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I widząc, jak po mistrzowsku
Tworzył: nieraz na podziękę,
Z rozczuleniem, po synowsku,
Usta kładł na jego rękę.

Dziś — jaki powód go kłoni
Znęcać się nad losem bratnim?
Bóg to sam chyba odsłoni
Na swoim sądzie ostatnim. —

A Wit Stwosz już u pręgierza,
Na milczącą patrzy zgraję,
Co choć zbrodni nie dowierza,
W obronie prawdy nie staje.

I ci, co jego przyjaźni
Jako zaszczytu szukali,
O jego tylko już kaźni
Szeptając, stoją w oddali.

On przecież, chociaż sromotny,
Krzywy nań wyrok się iści.
Jak w duszy próżen zgryzoty,
Tak w sercu bez nienawiści.

I chociaż wié, że niewinny
W tém, w czém go winią potwarze,
Sam szuka przyczyny innéj,
Za co go może Bóg karze.