Strona:Poezye (Odyniec).djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To każdej boleści pociecha,
To każdej słabości obrona! —
Wkrąg niego radosne brzmią echa,
I wściekłość zamilkła szalona.

On słyszy co zaszło, i rzecze:
„Ziomkowie! skrzywdziliście Świętą! —
Nie było w tem dzieło człowiecze.
Że przyjść ją tu ku wam natchnięto.
 
„Ziomkowie! Bóg który ją zsyła,
Nic nigdy nie czyni daremno.
Jest prawdą, co ona mówiła,
Słuchajcież, i wierzcie wraz ze mną!“ —

I w głosie świętego kapłana
Powionął jakgdyby duch Boży. —
Przed chwilą wściekłością pijana.
Gromada się kruszy i korzy.

I radna starszyzna wraz z ludem,
Dziewicę wkrąg ze czcią okala. —
A ona: „Widzicie, jak cudem
„Bóg w Nim ufających ocala!“ —

Płacz głośny się rozległ po tłumie,
I wszyscy w ślad niewiast, co przy niéj,
Pokutni, niepomni o dumie,
Hołd Panu złożyli w świątyni.