Strona:Poezye (Odyniec).djvu/503

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na twe skinienie biorąc kształty inne,
Jakby dotknięte czarodziejską siłą,
Zakwitły sady, a nieżyżna niwa
Falami złotéj obfitości pływa,

Oby mi kiedy w pomroce przyszłości
Łaskawszém okiem Fortuna błysnęła!
Dumnych nadziei skromna myśl nie rości,
Chciwość śpiewaczéj duszy nie ujęła.
Ale w objęciach przyjaźni, miłości,
Z tą, co dla ciebie ten mi rym natchnęła,
Twoim podobne wieść bez przerwy chwile:
Józefie! któżby nie zażądał tyle? —

Tak niegdyś w raju nieśmiertelne lata
Płynąć musiały kochankowi Ewy,
Niżli miecz mściwy zawistnego brata
Krwi się niewinnéj sposoczył rozlewy.
Lecz gdy na postrach następnego świata,
Karzące z Niebios wylały się gniewy:
Inny już odtąd wyrok naszéj nędze
Wyryto w twardéj przeznaczenia księdze.

Patrz! oto morze groźną falą bucha,
Szaleją wichry, wrą zdradzieckie wiry;
W porcie przejezdnych czeka łódka krucha.
Jak wątłe żagle! jak niepewne stéry!
Przebyć w niéj morze, jak słaba otucha! —
Życia to wszakże wizerunek szczéry.
U kresu tylu niebezpieczeństw czeka
Spokojność, niegdyś towarzyszka człeka.