Strona:Poezye (Odyniec).djvu/536

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wzrostu ich, życia, ich celów, ich torów,
Słońce, nie widzi — czyż człowiek je zgadnie? —

O! jak mi lubo! gdy nad twoją wodą,
Czy nasrożona, wesoła, czy cicha,
Świeżością głębi i fali swobodą
I pierś, i dusza z rozkoszą oddycha!

Myśl uskrzydlona wesołością ryby.
Szybuje w nurtach szmaragdowéj fali,
I widzi wkoło, przez kropliste szyby:
Tu góry muszli, tam lasy korali.

W cieniu skał stoją wielorybów trzody,
Ćma ryb barwistych miga w błyskawice,
Po dnie olbrzymie chodzą dziworody,
Z grot srebrnym wirem buchają krynice.

A w głębi groty, pod konchy sklepieniem,
Do pasa w wodzie, kąpie się dziewica:
Woła mię ręką, ośmiela spójrzeniem,
Słodyczą nęci, pięknością zachwyca;

Płoni się, wzdycha, uśmiecha się, śpiewa! —
Zadrżałem, słucham, wzrok ogniem się pali:
Mdłość się rozkoszna po sercu rozlewa...
To śpiew Syreny?... to szum morskiéj fali! —

1830, w Neapolu.