Strona:Poezye (Odyniec).djvu/583

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przed skwarem słońca i okiem zawiści
Niegdyś tak pewną tworzyły zachronę;
Co tyle razy, nad naszemi głowy
Szumiąc rozkosznie, lub szeleszcząc głucho,
Tłumiły słowa tajemnéj rozmowy,
By ich zdradzieckie nie przejęło ucho.
Dzisiaj, o! zmiano! zżółkło i zwarzone,
Jedne już ziemię wpół skrzepłą zaległy,
Jak chwile szczęścia mnogie, nieliczone,
Co nam w ich cieniu tak szybko ubiegły;
Drugie, jak chwile co nam pozostały,
Gdzie niegdzie ledwie trzymając się drzewa,
Nakształt serc naszych, z trwogi zda się drżały,
Że i je wkrótce lada wiatr pozwiewa.


III.


Byliśmy sami, bez świadków — prócz w Niebie,
Ach! bez nadziei drugiéj takiéj chwili;
A jednak spojrzeć nie śmieli na siebie,
Jednak do siebie słowa nie mówili.
Bo choć łzy ulżyć mogłyby jedynie,
Lecz łzy wylane w rozstania godzinie,
Nim witający znów je wzrok osuszy
Blaskiem wesela: tak ciężą na duszy,
Jak rosa spadła we chwili zachodu,
Nim znowu słońce na niebie zabłyśnie,
Tchem mroźnéj nocy ścięta w perłę lodu,
Zimnym ciężarem kwiat ku ziemi ciśnie.
A serca nasze tak już przepełnione
Były i żalem, i boleścią rzewną,